|
ROZWAŻANIA SŁOWA BOŻEGO KS. GRZEGORZA ŚWIERCZA

Podejmę się wygłoszenia rekolekcji np. adwentowych, wielkopostnych
czy jakichkolwiek innych. W tej sprawie proszę o kontakt emeilowy: ksgrzegorz@deon.pl
19 LUTEGO 2012
VII niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania:
Iz 43,18-19.21-22.24b-25; Ps 41,2-5.13-14; 2 Kor 1,18-22; Łk 4,18; Mk 2,12

Kazanie mp3
Dzisiejsza Liturgia Słowa mówi o przebaczeniu grzechów.
Zastanówmy się, co to w ogóle jest grzech?
Otóż grzech jest to popełnienie jakiegoś zła, czegoś, co nie jest dobre. Grzechem jest niespełnienie Woli Boga, bo tylko Bóg wie, co jest dobre a co złe.
Wolą Boga zaś jest, aby wszystko, co Bóg stworzył, funkcjonowało zgodnie z Jego zamysłem. Wiemy, że cały Świat tak właśnie funkcjonuje, poza aniołami, które się zbuntowały i stały diabłami i poza ludźmi, gdy popełniają grzech, bo mają wolną wolę.
Bóg bowiem stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, dał mu ciało i duszę. Jego dusza wygląda powiedzmy, że tak (rysunek). – bez twarzy, bez podobizny do Boga. A ma wyglądać tak – (obraz). Bóg chce, żeby człowiek sam z własnej inicjatywy upodobnił się do Niego. Jeśli będzie się człowiek wpatrywał w Boga, dużo z Nim rozmawiał, rozmyślał o Nim, to ten obraz Boga odbije się na nim. Znamy przysłowie: z jakim przestajesz, takim się stajesz.
Grzech polega na odwróceniu się od Boga, zaniedbaniu modlitwy. Wskutek tego nie odbija się już w człowieku obraz Boga, zamazuje się.
Do człowieka, na którym nie odbija się dobry obraz Boga, zbliża się kusiciel i kusi do coraz to większych i większych grzechów, które zadają człowiekowi głębokie rany, powodują jakieś bezpowrotne zniszczenie czegoś. Oczywiście rany te mają skutek przede wszystkim na duszy, nie zawsze na ciele, dlatego człowiek tak łatwo sobie na nie pozwala. Gdyby widział jak niesamowite zniszczenia na duszy powoduje grzech, zwłaszcza ciężki, to o wiele mniej ludzi by grzeszyło. Można go porównać z urwaniem ręki (urywam), nogi, kawałka głowy, z jakąś bezpowrotną stratą.
Powstaje pytanie: czy taki grzech, takie straszne zniszczenie, można po prostu zapomnieć, darować bez żadnych konsekwencji? Przecież tej ręki, nogi czy kawałka głowy, już nie ma.
Oczywiście, że nie można. Po pierwsze, grzesznik, który zadał sobie taką ranę, zaszkodził sobie, osłabił się i nie może tak sprawnie funkcjonować, jak przed grzechem.
Jednak po drugie, ten grzesznik zniszczył doskonałe dzieło Boga. Zamiast to dzieło upiększać, modelować na podobieństwo Boga, to jeszcze je zniszczył. W ten sposób grzesznik obraża Boga i zrywa z Nim relację.
Na żaden z tych wymiarów grzechu nie można machnąć ręką i powiedzieć: nic nie szkodzi, zapomnijmy o tym.
O takim zniszczeniu nie można, po prostu zapomnieć; a jednak, jak słyszeliśmy w czytaniach, Bóg chce okazać miłosierdzie, czyli przebaczyć.
Zastanówmy się, na czym to przebaczenie polega?
Przede wszystkim, gdy przychodzimy do spowiedzi, Bóg skreśla ten drugi aspekt grzechu. Bóg czuje się obrażony z powodu zniszczenia jego dzieła, które On stworzył piękne i dobre. Bóg na siebie bierze ten aspekt grzechu ludzkiego i cierpi za niego na krzyżu. Odbudowuje w ten sposób relację miłości i zaufania z człowiekiem.
Natomiast ten pierwszy aspekt, że człowiek wskutek grzechu jest osłabiony, nie w pełni sprawny, to już mu zostaje. Z tego powodu musi on więcej cierpieć, tu na ziemi albo w czyśćcu, obojętne. W każdym razie przez cierpienie odpokutowuje za swój grzech.
W Ewangelii usłyszeliśmy jak Chrystus najpierw odpuszcza grzechy, potem przywraca zdrowie paralitykowi.
Trzeba powiedzieć, że nagromadzenie dużej ilości grzechów, może powodować tak wielkie osłabienie duszy, że nie może ona zapanować nad ciałem, że człowiek jest sparaliżowany.
Jezus odpuszczając grzechy, udowadnia że jest Bogiem. Dla wszystkich Żydów, a już zwłaszcza dla uczonych w Piśmie, było zupełnie oczywiste, że grzechy może odpuszczać tylko i wyłącznie Bóg. Powinni zatem wyciągnąć wniosek: Jezus jest Bogiem. Tym bardziej powinni dojść do takiego wniosku, że zobaczyli oczywisty dowód tego rozgrzeszenia, tj. uzdrowienie ciała. Jezus bowiem nie poprzestał na tym, co niewidzialne dla oczu, czyli nie poprzestał na oczyszczeniu duszy i naprawieniu relacji z Bogiem, ale też usuwa cielesne skutki grzechu, chorobę, paraliż.
W jaki sposób to robi? Otóż, chociaż ten chory człowiek, był już prawdopodobnie wrakiem człowieka, miał pourywane ręce, nogi, tułów – tu chodzi oczywiście o bardzo poranioną duszę, nie o ciało, to Jezus tę porwaną duszę stwarza jakby od nowa. Stwarza, ponieważ jest Bogiem, Wszechmogącym Stworzycielem Świata.
Widzimy tutaj, że Jezus jest miłosierny, ale czy jest sprawiedliwy? Oczywiście, że tak. Jezus jest tu konsekwentny, bo skutki grzechu muszą być odpokutowane. W tym przypadku Jezus bierze te skutki na siebie, bo wie, że niedługo będzie cierpiał na krzyżu.
Pan Bóg tak już ustanowił, że na mocy prawa miłości, każdy człowiek jest zaproszony do pomagania sobie nawzajem w dźwiganiu krzyża; do ofiarowywania siebie za innych, na wzór Jezusa. Chociaż kto inny zaciągnął dług, to ja go spłacę. Będzie to wyraz naszej miłości do Boga, który pragnie zbawić każdego, nawet tego wielkiego grzesznika, bo go kocha. Dlatego cały Kościół, czyli wszyscy jego członkowie cierpią i pokutują za grzechy każdego swojego członka.
Można by się zapytać: dlaczego Bóg jest aż taki konsekwentny? Przecież jest Bogiem Stworzycielem, mógłby bez problemu stworzyć wszystko jeszcze raz. Ale nie, Bóg nie stwarza niczego na próbę, lecz do końca ponosi odpowiedzialność za swoje stworzenie.
Mógłby też za każdym razem naprawiać, gdy człowiek popsuje. Lecz wtedy byłoby to dla człowieka niewychowawcze, uczyłoby, że popełnienie zła, wykroczenie przeciwko Woli Boga, nie pociąga konsekwencji, że można bez problemu grzeszyć.
Można tu zadać jeszcze jedno pytanie: czy koniecznie trzeba wyspowiadać swoje grzechy na ucho księdzu, żeby uzyskać rozgrzeszenie? Czy nie wystarczy, jak się robi w niektórych kręgach na zachodzie, żałować za swe grzechy przed Bogiem, i uzyskać rozgrzeszenie ogólne? Otóż nie wystarczy. Jezus bowiem dając Apostołom władzę rozgrzeszania, powiedział: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Jn 20,23 – skąd kapłan miałby wiedzieć, komu odpuścić a komu zatrzymać, gdyby nie usłyszał ich na ucho? Nie wszystkie grzechy można tak od razu odpuścić. Poza tym odpuszczenie grzechów jest to tak ważna sprawa, że każdy musi to usłyszeć osobiście, żeby mieć absolutną pewność, iż to właśnie do mnie Bóg to mówi.
Drodzy bracia i siostry zjednoczeni w jedno Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest Kościół Święty! Zechciejmy korzystać często z tych wielkich darów, jakie nam Bóg zostawił w Kościele, z Sakramentów Świętych. Bóg nie po to stał się człowiekiem, żeby pożyć 33 lata wśród ludzi i wrócić do nieba, ale po to, żeby być z nami tutaj razem do końca Świata. Jest obecny właśnie w Sakramentach. Dzisiaj tak samo jak paralitykowi z Ewangelii, chce mówić każdemu z nas: odpuszczone są twoje grzechy. Zechciejmy się spowiadać, żeby te słowa usłyszeć. Jeśli nie będziemy się spowiadali tylko gromadzili nasze grzechy, to będziemy się stawali coraz bardziej niewolnikami grzechu, coraz bardziej będzie nas to paraliżowało.
Amen
12 LUTEGO 2012
VI niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania:
Kpł 13,1-2.45-46; Ps 32,1-2.5.11; 1 Kor 10,31-11,1; Mt 4,23; Mk 1,40-45
Wiemy jak straszną chorobą jest trąd, że jest zaraźliwy i dopiero od niedawna uleczalny.
Jak słyszeliśmy w 1 czytaniu, już prawo żydowskie nakazywało oddzielić trędowatych od społeczeństwa, żeby nie zarażali innych. Było to zatem dobre prawo, bo nie pozwalało rozprzestrzeniać się chorobie, chroniło społeczność.
Jednak dla chorego było to dodatkowe, niesamowite cierpienie.
Czym jest spowodowany trąd ? Otóż trąd i wszelkie choroby jak też i śmierć człowieka, spowodowane są jego grzechem.
Ktoś powie: to nie logiczne, to nie ma związku. - Nieprawda. Otóż, wiemy, że choroba jest jakąś dysfunkcją, niesprawnością, zepsuciem. Następnie, wyznajemy, że wszystko, łącznie z człowiekiem zostało stworzone przez Boga.
Jeśli my zrobimy jakieś urządzenie, np. samochód, to chcemy, żeby się nie psuł. Znamy takie urządzenia. Jak się coś dobrze dopracuje, to mogą one działać bezawaryjnie przez cały czas. Bóg, ponieważ jest nieskończenie mądry, to mógłby stworzyć człowieka bez żadnych chorób, odpornego na wszelkie wirusy i w ogóle działającego bez awarii przez całe życie. A tu jednak człowiek się psuje.
Ktoś powie: to jest dowód, że Bóg nie stworzył człowieka a jeśli stworzył, to nie jest taki mądry ani wszechmogący.
Nieprawda! Bóg jest nieskończenie mądry i wszechmogący i wszystko przewidział.
- Dlaczego w takim razie stworzył człowieka z chorobami?
odpowiedź: Bóg nie stworzył choroby ani zła ani śmierci, lecz wszystko stworzył dobre i piękne, bo sam jest Dobry i Piękny. Stworzenie a zwłaszcza człowiek jest obrazem Boga i wszystkich Jego cech. Niektórym jednak wybranym przez siebie stworzeniom Bóg dał wolną wolę, żeby mogły stanowić o sobie i mieć wpływ na innych. A to dlatego, żeby te stworzenia czyli anioły i ludzie, mogły być obrazem najważniejszej cnoty Boga jaką jest Miłość, czyli bezinteresowne obdarowywanie innych sobą.
Mając wolną wolę, człowiek i anioł sam decyduje jaki chce być: dobry czyli taki jak Bóg zamierzył, czy zły. Przy czym każdy swoją decyzją pociąga za sobą innych. Jeśli ktoś wybrał dobro, to innym aniołom i ludziom także pomaga być dobrymi. I odwrotnie, jeśli stał się złym, to innych pociąga do zła. Każdy ma wpływ na pozostałych, bo przez serce jednego przechodzą inni ludzie; w sercu jednego mieszczą się inni ludzie – na mocy prawa miłości, albo niestety nienawiści. Każde zło czy dobro wyrządzone przez jednego człowieka, oddziaływuje na całą społeczność. To jest jak kamień wrzucony w wodę, powoduje nie tylko plusk w miejscu wrzucenia, ale zakłóca całą powierzchnię wody. Im dalej, to oczywiście fale są mniejsze, ale są.
Każde odejście od tego, kim człowiek powinien być wg obrazu Boga, każde sprzeciwienie się Woli Boga, jest złem. To zło powoduje jakieś zakłócenie w całym stworzeniu, jak fala rozchodzi się po świecie.
Zło produkuje w ludziach jakąś truciznę, jakiś jad zatruwający organizm. Odejście przez jednego człowieka od prawa Bożego, odrzucenie Jego Miłości, powoduje u niego i u innych ludzi napięcie emocjonalne: dlaczego ktoś odrzuca Miłość Tego, którego chciałbym, żeby wszyscy kochali, bo On tak bardzo pragnie naszej miłości? To napięcie może powodować złe funkcjonowanie ciała, chorobę, zepsucie relacji międzyludzkich, różnie.
Te skutki zła czy dobra rozkładają się w czasie może nawet na wiele pokoleń – jak to było z grzechem pierworodnym, którego skutki mamy do końca świata, i także rozkładają się w przestrzeni, tak, że nie dźwiga ich jeden człowiek, ale wszyscy ludzie a najbardziej najbliżsi.
Te skutki zła mogą się objawić w postaci przeróżnych chorób zarówno duszy jak i ciała. Ostateczną konsekwencją tego jest śmierć ciała. Potwierdzeniem tego są słowa z księgi Mądrości: Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą. Mdr 2,23-24
Widzimy zatem, że choroba i śmierć to skutki grzechu, ale niekoniecznie tej osoby, która cierpi, - owszem, najczęściej tej samej, ale czasem jakiejś innej. Przez serce bowiem jednego człowieka przechodzą inni ludzie, i to tym bardziej przechodzą i tym więcej, im bardziej ktoś kocha, im bardziej jest związany więzami miłości.
Na mocy tego prawa miłości, jesteśmy wszyscy wezwani do wzajemnego pomagania sobie w dźwiganiu cierpienia jako skutku grzechu. Najdoskonalszy przykład takiego postępowania dał oczywiście sam Jezus Chrystus, Syn Boży. Jezus wziął na siebie skutek wszystkich naszych grzechów i zaniósł je na Krzyż, swoim przejściem przez śmierć do Zmartwychwstania, pokonał naszą śmierć.
Zauważmy co robi Jezus dzisiaj w Ewangelii: dotyka się trędowatego człowieka. Wiemy, że trąd przenosił się właśnie przez dotyk. Jezus mógł się zarazić. Mimo to ryzykuje i bierze na siebie krzyż spowodowany ludzkim grzechem.
Wiemy także, że dotyk jest wyrazem miłości, przygarnięcia. Tego właśnie takich wyrazów miłości potrzebuje człowiek najbardziej. Jezus bez problemu mógłby go uzdrowić na odległość, wypowiadając same słowa: chcę, bądź uzdrowiony.
Ale nie, Jezus najpierw dotyka. Pokazuje w ten sposób: widzisz, jestem tobą mimo twej choroby, bo cię kocham. Ty jesteś dla Mnie ważniejszy, niż moje zdrowie czy życie.
Jezus wie, że te wyrazy Jego Miłości, Jego jako Boga Stworzyciela, są bardzo ważne, wręcz niezbędne dla każdego człowieka, przez wszystkie wieki. Są konieczne do tego, żeby człowiek, który ciągle popełnia grzech i wskutek tego zadaje sobie rany, psuje się, żeby tego człowieka ciągle przytulać i oczyszczać z jego widocznego albo niewidocznego trądu spowodowanego grzechem.
Bez tego przytulenia Boga Stwórcy, człowiek nigdy nie będzie się czuł wystarczająco kochany i wskutek tego będzie słaby i będzie szukał tanich zamienników miłości.
Czy my, gdy przyjmujemy Jezusa w Komunii Świętej, prosimy Go o cokolwiek? Tak jak np. ten trędowaty: jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić? – Czy prosimy z wiarą i otwartością na Wolę Boga? A przede wszystkim, czy cieszymy się z Jego obecności w nas, czy nie traktujemy jako coś martwego, jak kawałek opłatka?
Zawsze, na każdej Mszy przystępujmy do Komunii Świętej. Tak się spowiadajmy, żeby Go zawsze przyjąć. A przyjmując, prośmy: Jezu, przytul mnie. Amen
5 LUTEGO 2012
V niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Hi 7,1-4.6-7; Ps 147,1-6; 1 Kor 9,16-19.22-23; Mt 8,17; Mk 1,29-39

Jedną z chorób społecznych jest chęć panowania, pragnienie władzy nad innymi. Czasem to pragnienie jest aż tak silne, że staje się wręcz obsesją. Świadomość jego niespełnienia doprowadza człowieka do białej gorączki. Właśnie o takiej chorobie mówi dzisiejsza Ew. Czytamy w niej: Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedział Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę, podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.
Ewangeliści w opisach cudów dokonanych przez Jezusa, żeby potwierdzić prawdziwość uzdrowienia człowieka, opisują jak robi on to, czego nie mógł robić gdy był chory.
Opisując zatem przywrócenie wzroku niewidomemu, podają, że zaczął widzieć. Chromy – zaczął chodzić. Opętany – siedział normalnie przy zdrowych zmysłach. Człowiek, który miał uschłą rękę – wyciągnął rękę. Itd., itd. Teściowa zaś Szymona – gorączka ją opuściła i usługiwała im. Była zatem chora na to, żeby nie służyć, żeby panować nad innymi.
Jak Pan Jezus ją uzdrawia?
Uzdrawiając człowieka nie chce Jezus uleczyć jedynie skutków choroby. Nie, On chce sięgnąć głębiej i usunąć jej przyczynę. Dlatego najczęściej zanim kogoś uzdrowi, odpuszcza grzechy, bo często właśnie grzech leży u podstaw wszelkich chorób. Oto gdy uzdrowił chromego nad sadzawką, ostrzega go jeszcze: nie grzesz już więcej, aby ci się co gorszego nie przydarzyło. Odpuszczenie grzechów i uzdrowienie nie daje zatem gwarancji, że człowiek nie popadnie już w tę samą albo inną chorobę. Człowiek bowiem musi postanowić całościowo zerwać z grzechem, musi się nawrócić.
Uzdrawiając teściową Szymona Jezus: zbliżył się do niej i ująwszy za rękę podniósł ją. 3 rzeczy: bliskość, podanie ręki i podniesienie stanowiły lekarstwo na jej chorobę. Dlaczego? Te 3 rzeczy można by określić jako miłość i służba Jezusa wobec niej.
Wiemy przecież, że nie jest przyjemne przebywać w obecności ludzi, bardzo lubiących rozkazywać. Wiemy, że niektórym lepiej nie podawać nawet palca, bo podasz palec, a on od razu całą rękę łapie. Jezus nie ma tych obaw, idzie na całość.
Człowiek potrzebuje afirmacji, potwierdzenia siebie. Potrzebuje potwierdzenia tego, że jest sobą, czyli potrzebuje żeby ktoś okazał mu miłość. Im bardziej brak mu pewności siebie, tym bardziej chce wszelkimi sposobami udowodnić wszystkim a przede wszystkim samemu sobie, swoją pozycję, wartość swojej osoby.
Człowiek jednak nie rozumie samego siebie i nie wie, w jaki sposób potwierdzić siebie, nie wie co zrobić, żeby być szczęśliwym. Nie wie, ... że szczęście osiągnie tylko gdy będzie miłował, gdy będzie bezinteresownym darem z samego siebie. Człowiek zaś który nie kocha, często nie jest również kochany przez innych, co już całkowicie go pogrąża. Taki Człowiek żeby złapać, choć odrobinę szczęścia, szamoce się w tym błędnym kole i nie może się z niego wydostać, jak ryba w sieci. Taki Człowiek coraz bardziej popada we frustracje i coraz mniej kocha samego siebie, no bo dlaczego inni mogą być tacy dobrzy i szczęśliwi, a ja nie mogę?!
Pan Jezus nas z tego uzdrawia bo kocha! I to kocha nas o wiele bardziej, niż my samych siebie.
Jeśli Człowiek sobie tę miłość Bożą uświadomi i uświadomi kim jest Bóg, że jest wszechmogący bo stworzył świat i ludzi, to nic więcej do szczęścia już mu nie potrzeba.
Jeśli uświadomi sobie Człowiek, że choć jest prochem i niczem, ale Bóg wszechmogący i nieśmiertelny stawia go ponad samego siebie i oddaje za niego swoje życie, to nie potrzeba mu już żadnego innego dowodu potwierdzającego wartość jego osoby.
To właśnie potwierdzenie wartości osoby, dokonało się w dzisiejszej Ew. Sama obecność Jezusa jest uzdrawiająca, bo przecież On jest obecny ze względu na nas. A jakie niesamowite jest Jego dotknięcie .......... i jeszcze Jego wysiłek, żeby nas podnieść!
W takiej sytuacji już nie musi człowiek sam potwierdzać swojej wartości, bo to potwierdzenie ze strony Boga, powinno mu w zupełności wystarczyć. Teraz może już człowiek zająć się innymi. Teraz może już zająć się potwierdzaniem wartości innych osób, czyli może zacząć służyć. Może być dla innych bezinteresownym darem.
W ten sposób dokonuje się całkowite uzdrowienie człowieka, wyrwanie go z błędnego koła, koła afirmacji samego siebie. Teraz dopiero, dzięki dawaniu miłości innym ludziom, człowiek może być szczęśliwy. Bo jak mówi Jezus: więcej jest radości w dawaniu, niż w braniu.
Taki jednak uzdrowiony Człowiek musi nieustannie walczyć, nie może sobie powiedzieć: „no to teraz już mam do końca życia spokój”. O nie, bo jak mówi Hiob: „Byt człowieka podobny jest do bojowania”. Dlatego ten stan łaski uświęcającej wymaga wysiłku i to wysiłku wcale nie małego! Ten stan bowiem będzie trwał aż dotąd, dopóki będziemy trwali w zjednoczeniu z Chrystusem.
Gdy człowiek zerwie swą więź przyjaźni z Chrystusem,
to gdzie znajdzie potwierdzenie swojej wartości?
U kogo znajdzie bezwarunkową akceptację i miłość?
Owszem, przez jakiś czas zanim nie ulegnie frustracji, póki jeszcze siłą rozpędu będzie umiał być bezinteresownym darem z siebie, to ludzie będą go kochali. I ta ludzka miłość da mu jakieś poczucie szczęścia, ale to człowiekowi nie wystarczy. Będzie potrzebował więcej, a nie otrzymując więcej, coraz bardziej będzie ulegał frustracji i coraz bardziej ciągnąc wszystko do siebie. Znów będzie się wciągał w błędne koło, w szatańskie sidła.
Chrystus bardzo chce uwalniać nas z tych zniewoleń i uzdrawiać. On jednak nigdy nie łamie naszej wolnej woli, ale zawsze czeka na zaproszenie. My musimy przede wszystkim chcieć spotkania z Nim i z Jego miłością, być do tego jakoś zdeterminowani. Musimy też zerwać z grzechem, czyli nawrócić się, bo w duszy ludzkiej jest miejsce tylko na jednego władcę. To nawrócenie jest o wiele trudniejsze, ale można i trzeba tutaj prosić o pomoc samego Jezusa, Matkę Bożą czy innych swoich przyjaciół w niebie. Oni na pewno nam pomogą. Jezus powiedział : Gdyby ludzie ....
Drodzy w Chrystusie bracia i siostry!
Na każdej Eucharystii Chrystus pragnie nas uzdrawiać. Za każdym razem oddaje swoje życie z miłości do nas. Odpuszcza nam grzechy w sakramencie pokuty, a grzechy lekkie w spowiedzi powszechnej na początku Mszy. Dotyka nas i podnosi, mało tego: daje całego Siebie do jedzenia w Komunii Św. Po za tym jest ze względu na nas nieustannie obecny w tabernakulum,
nawet poza Mszą Św.
Z tych powodów, niech ta, ale i każda Eucharystia, będzie dla nas takim uzdrawiającym spotkaniem z Chrystusem. Otwierajmy się całkowicie na Niego, na Jego uzdrawiającą miłość. Tylko On nam daje poznać, jak nieskończoną wartość ma nasza osoba, każdy i każda z nas !
29 STYCZNIA 2012
IV niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Pwt 18,15-20; Ps 95,1-2.6-9; 1 Kor 7,32-35; Mt 4,16; Mk 1,21-28

czytania_niedzielne .mp3
Co widzimy dzisiaj w Ew? Widzimy że Jezus wyrzucił złego ducha z opętanego człowieka.
Gdy dziś w XXI wieku mówi się o szatanie, jego działaniu i opętaniu, wielu przyjmuje to z przymrużeniem oka. Przyzwyczailiśmy się traktować szatana jako postać z bajki, która może jest złośliwa, ale mało realna. Nawet wtedy, gdy dostrzegamy jego działanie w otaczającym nas świecie, jesteśmy skłonni przypisywać je raczej ludzkiej przewrotności, przypadkowi czy złemu losowi.
Nie dociera do naszej świadomości fakt, że szatan rzeczywiście istnieje, że jest straszliwą, wrogą człowiekowi potęgą, która nigdy nie śpi, ale ciągle wytęża swój potężny rozum i używa całej swej przebiegłości, by nas wziąć w niewolę naszych wad, grzechów, złych nałogów, a przez to oddalić nas od Boga i w konsekwencji wziąć w swoje posiadanie.
Pan Jezus mówiąc wielokrotnie o szatanie, nazywa go „księciem ciemności”. Święty Piotr apostoł, nawołuje wiernych do czujności przed nim: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć” (1P 5,8).
Bł. Papież Jan Paweł II mówi: „Zły duch wciąż żyje i działa w świecie. Rzeczywiste zło, które jest w nim widoczne, nieład, który spotyka się w społeczeństwie, niespójność człowieka, wewnętrzne pęknięcie, którego jest ofiarą, są nie tylko następstwem grzechu pierworodnego, ale także skutkiem niegodziwego i mrocznego działania szatana” (bł. Jan Paweł II, 24.05.1987).
Przez wieki w literaturze przedstawiano szatana jako istotę mało szkodliwą, czasem głupkowatą, którą byle chłopek-roztropek potrafił przechytrzyć i wykorzystać do swoich celów; nazywano go pieszczotliwie diabełkiem, nadawano mu przeróżne imiona, żartowano z niego w ludowych opowiadaniach i baśniach. I niestety to błędne spojrzenie na szatana, często nie pozwala nam dostrzec jego istotnej roli, jaką spełnia w świecie i straszliwego niebezpieczeństwa, jakie nam z jego strony zagraża.
Papież Paweł VI mówił: „Jedną z największych potrzeb współczesnego Kościoła jest obrona przed złem, które nazywamy diabłem...(Paweł VI w czasie audiencji 15.11.1972).
Wiemy z Objawienia, że szatani to upadli aniołowie, którzy walczą z Bogiem. Ponieważ, jako istoty stworzone nie mogą w najmniejszym nawet stopniu zaszkodzić Bogu, usiłują wszystkimi sposobami szkodzić umiłowanemu przez Boga, człowiekowi. Jako istoty duchowe, rozporządzają potężnym rozumem, który staje się niezwykle groźną bronią w walce z człowiekiem.
Według Pisma świętego pod pojęciem „opętanie”, rozumiemy wzięcie przez szatana w posiadanie człowieka, którego całe myślenie, pragnienia i wola znajdują się pod wpływem złego ducha. Jeżeli złe duchy mają prawo przebywać na ziemi, usiłują wejść w człowieka, bo wtedy znajdują pokój i nie muszą przebywać w piekle (Mt 12,43-44; Mt 8,29-31; Łk 8,28-31).
Szatan bierze człowieka w posiadanie, by go odwrócić od Boga i doprowadzić do zła i niewiary, a w konsekwencji do potępienia.
Oznaką opętania może być: przemawianie z opętanego innego głosu (Mt 8,29; Mk 1,24; Łk 4,34), przepowiadanie przyszłości (Dz Ap 16,16), czasowe niespokojne zachowanie się — wrzaski, zgrzytanie zębami, szaleństwo (Mk 5,5; 9,18), niezwykła siła fizyczna (Mk 5,4; Dz Ap 19,16), wielka awersja do wszystkiego co Boże i święte, przemawianie bez nauki różnymi językami.
W Ewangelii dzisiaj również widzimy, jak zły duch wychodząc z opętanego, zaczął go targać i głośno krzyczał. Trzeba jednak powiedzieć, że ludzie opętani albo zniewoleni przez złego duha, bo to jest różnica, w życiu codziennym mogą zachowywać się całkiem normalnie. Zły duch swoją obecność ujawnia w obecności kogoś, kto mu może zagrozić, wyrzucić go, czyli egzorcysty a nade wszystko samego Pana Jezusa, gdy jest On np. adorowany, wielbiony – one strasznie nie lubią tej modlitwy. Tak samo jest dzisiaj w Ewangelii, człowiek opętany był w synagodze, a więc nie w więzieniu tylko tam gdzie inni ludzie. Dopiero gdy przyszedł Jezus, zaczął wołać: czego chcesz od nas? – Dlaczego tak jest? Ponieważ w bliskości Jezusa i wszystkiego, co jest z Nim związane, zły duch bardzo cierpi. Są to dla niego straszne katusze, a mimo to on woli przecierpieć te katusze i pozostać w człowieku, żeby go dalej zniewalać i nie iść do piekła. Wiadomo, że wcześniej czy później pójdzie do piekła, ale wolałby być jak najdłużej na ziemi.
Gdy 2 tygodnie temu byłem w Częstochowie, na mszy z modlitwą o uzdrowienie duszy i ciała, widziałem sporo z tych rzeczy. Strasznie się rzucał gdy położyłem na głowie osoby zniewolonej stułę kapłańską, gdy błogosławiłem, wzywałem Matki Bożej i świętych, zwłaszcza Faustyny.
Mówię o tym, żeby ostrzec. Wiele bowiem ludzi, zwłaszcza młodych, lekceważąco tratuje te zagrożenia. Gdyby w naszej Drzewiczce pływały piranie, to nikt by do niej nie wszedł ani nie pozwolił wejść dziecku. Tymczasem znaki okultystyczne, muzyka satanistyczna, magia, wróżenie czary, zaklęcia, wywoływanie złych duchów to są tysiąc razy gorsze zagrożenia, niż zagryzienie przez piranię, a tak łatwo na to pozwalamy. Rodzice mówią: jeżeli dziecko chce to nosić, albo takiej muzyki słuchać, to co mu będę zabraniał. No to chyba po to jesteś rodzicem, żeby zabronić, żeby uchronić dziecko od zła. Ktoś stara się chronić od śmierci ciała a nie myśli o śmierci duszy? Czy zdajemy sobie sprawę, czym jest potępienie na wieki w piekle? A co powiedzieć o tych, którzy przez takie przedmioty sami wprowadzają do swoich rodzin złe duchy?
Wszystkich, którzy nie wierzą w to, co mówię, pokpiwają ze mnie czy z tych słów, radzę pojechać do Częstochowy na taką właśnie Mszę do o. Daniela, czy ks. Cyrana i przekonać się samemu.
Uwolnienie od opętania może się dokonać przez szczerą pokutę opętanego i wyraźne wyrzeczenie się szatana i wszystkich jego spraw, oraz przez wiarę w Jezusa, który na krzyżu zwyciężył szatana i przyszedł na ziemię po to, by zniweczyć jego działanie (1J 3,8).
Każdy człowiek powinien przede wszystkim sam walczyć ze złym duchem, który go zniewala. Gdy ktoś np. nie może sobie poradzić z jakimś grzechem, np. kłamstwa, ducha alkoholizmu, nieczystości, gdy coś złego dzieje się w jego rodzinie, nie ma zgody, należy wygonić złego ducha, rozkazać mu w imię Jezusa: odejdź ode mnie, od mojej rodziny, mojego dziecka.
MODLITWA O UWOLNIENIE O.Joseph-Marie Verlinde
W imię Jezusa Chrystusa, który mnie zbawił i do którego należę w sposób bezwarunkowy w imię mojego chrztu rozkazuje ci duchu... (Tu można
nazwać te pokusę DUCHU SAMOBÓJSTWA, LĘKU, BLUŻNIERSTWA, SŁABOŚCI, UROKU ducha nieprzebaczenia, braku poszanowania rodziców, ), byś został związany u stup krzyża mojego Pana, Jezusa Chrystusa by On tobą dysponował i byś więcej nie wracał mnie niepokoić.
Zwłaszcza zaś rodzice na mocy rodzicielskiej władzy powinni to zrobić wobec ducha zniewalającego ich rodzinę, ich dzieci.
Ta modlitwa wypowiedziana z całą siłą naszej wiary w mocy Jezusa Chrystusa jest bardzo skuteczna.
Walczmy zatem, bo do tego jesteśmy powołani, żeby być w niebie. Walczmy razem z Jezusem, bo sami nie zwyciężymy, Jezus chce nam pomagać. Jezus chce nas wyzwalać, tylko trzeba Go o to prosić. Jeśli zaufamy Mu, to sami doświadczymy mocy Jego imienia, mocy Jego nauki. Amen
22 STYCZNIA 2012
III niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Jon 3,1-5.10; Ps 25,4-9; 1 Kor 7,29-31; Mk 1,15; Mk 1,14-20
Kazanie mp3
"Jeszcze czterdzieści dni, Niniwa zostanie zburzona"
Co byśmy zrobili, gdyby ktoś dzisiaj wyszedł na ulicę i wołał coś podobnego o Polsce, o świecie? Mieszkańcy Niniwy uwierzyli, a my?
Ktoś powie: w naszych czasach jest tak dużo różnych przepowiedni, proroctw, że gdyby chcieć w to wszystko wierzyć, to człowiek by dostał pomieszania zmysłów. Jest wielkie zamieszanie. No właśnie i to jest problem. Szatan bowiem nie chce, żeby człowiek przyjął Słowo Boga, dlatego wprowadza zamęt. W takim natłoku proroctw, człowiek może niezauważyć albo zlekceważyć ostrzeżenie od Boga.
Zastanówmy się zatem najpierw, dlaczego Bóg w ogóle daje takie ostrzeżenia, jak mieszkańcom Niniwy czy wiele innych? Ktoś bowiem mógłby pomyśleć, że Bóg straszy, Kościół straszy. Otóż nie, Bóg jest Miłością, a w miłości nie ma lęku, dlatego nie chce żeby ludzie zwracali się do Niego z powodu lęku, tylko pociągnięci Jego miłością.
Jest jednak wielu ludzi takich, których trudno zmobilizować miłością, nawet miłością Boga. Ludzie ci kierują się tym, co jest łatwiejsze, myślą jedynie o chwili doczesnej a nie pomyślą o przyszłości. Z tych powodów często grzeszą, degradują swoje człowieczeństwo, zamiast je pięknie rozwijać. Nie żyją zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Przez degradację swego człowieczeństwa, zmierzają do wiecznego potępienia w piekle.
Bóg zaś patrzy na tę niesamowitą tragedię ludzi z bolącym Sercem, nie chce tego, bo przecież stworzył człowieka do nieba. Dlatego, gdy widzi, że społeczność zmierza w złym kierunku, interweniuje. Czasem daje ostrzeżenie i czeka jeszcze na nawrócenie, jak dał mieszkańcom Niniwy, a czasem od razu odbiera życie, bo wie, że gdyby jeszcze zwlekał, to ludzkość jeszcze bardziej się pogrąży w złu. Teraz wielu ma szansę na czyściec, ale gdy jeszcze pożyją mając możliwość czynienia zła, to już prawie nikt nie uratuje się od piekła. Trzeba zatem natychmiast odebrać życie, żeby przestali grzeszyć. Widzimy, że jest to wyraz wielkiego Bożego Miłosierdzia wobec ludzi coraz bardziej pogrążających się w złu.
No to, jakie są te ostrzeżenia Boże wobec ludzkości? Otóż zawsze aktualne jest to zawarte w Ewangelii, które szczególnie dzisiaj Jezus nam przypomina: "Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię".
Ktoś powie: skoro czas się wypełnił, to powinien być koniec Świata. A tu nie ma końca a i Królestwa Bożego też nie ma. Jak było pełno zła na Świecie, to teraz jest sto razy więcej. Eej, coś nie sprawdziły się te słowa Jezusa!
Wyjaśnijmy: Czas się wypełnił, tzn. ludzkość osiągnęła taką dojrzałość, że człowiek może stać się uczestnikiem Bożej natury; że nie będąc Bogiem, może mieć udział we wszystkich Jego przymiotach, nieśmiertelności, nieskończonej potęgi, dobru, pięknie a przede wszystkim Miłości. To, że na razie nie widać Królestwa Bożego i szczęścia z nim związanego, to nic. Ziarno zostało zasiane. Rolnik gdy sieje zborze, nie od razu widzi plon, bo najpierw musi minąć zima.
Następne słowa Jezusa: nawracajcie się! – ten, kto jeszcze się nie nawrócił, to już najwyższy czas! Oto czas się wypełnił, czyli niedługo będą zbiory, a wtedy pszenica zostanie zwieziona do spichlerza, jak powiedział w jednej z przypowieści, a plewy spalone w ogniu nieugaszonym.
Dalej Jezus mówi: i wierzcie w Ewangelię. To właśnie ma być wyrazem nawrócenia: uwierzyć w Ewangelię i żyć zgodnie z nią, czyli z zgodnie Dobrą Nowiną, którą ogłasza Jezus a dzisiaj przekazuje nam Kościół.
Trzeba jednak powiedzieć, że Ewangelia to nie jest martwa litera, to nie jest zamknięta księga, która może była aktualna może dawno, ale nie teraz. Słowo Boga jest ciągle żywe i aktualne w naszym życiu, w naszym TU i TERAZ! Bóg to Słowo nieustannie wypowiada, czasem to samo, co 2 tys. lat temu, a czasem przybiera ono nową formę. Kościół ma zadanie tego Słowa słuchać i przekazywać światu.
Jednak szatan na wszelkie sposoby chce zakłócić odbiór słowa Bożego. Przez swoich ludzi przekazuje tak dużo różnych przepowiedni, że powoduje zamęt. Chodzi mu o to, żeby się ludzie w tym pogubili, w natłoku przepowiedni, nie umieli rozpoznać prawdziwego Słowa Bożego.
Co zatem należy zrobić, gdy słyszymy jakąś przepowiednię albo proroctwo? np. o końcu świata czy o jakimś kataklizmie? Należy słuchać Kościoła, bo Kościół umie rozeznawać czy proroctwo pochodzi od Boga czy nie. Nie wolno się sugerować tym, że część przepowiedni jakiegoś człowieka mogło się już sprawdzić, bo to może pochodzić od złego ducha, mówiłem o tym jakiś czas temu. Przykładowo Kościół nie zatwierdził przepowiedni Nostradamusa ani kalendarza Majów, nie wolno zatem ich słuchać.
W naszych czasach było jednak dużo ostrzeżeń z nieba zatwierdzonych przez Kościół. Są to np. objawienia Matki Bożej w Fatimie, Lourdes, La Salette, w Kibeho w Afryce, w Akita w Japonii, Guadelupe w Meksyku, a w Polsce w Gietrzwałdzie i w Warszawie na Siekierkach w 1943 roku. Objawienia Pana Jezusa, to np. św. Faustynie czy służebnicy Bożej Rozalii Celakównie.
We wrześniu 1937 roku Rozalia Celakówna usłyszała słowa: patrz dziecko, To, co teraz widzisz stanie się niedługo rzeczywistością. Burza z piorunami oznacza karę Bożą, która dotknie Naród polski za to, że ten Naród odwrócił się od Pana Boga przez grzeszne życie. Naród polski popełnia straszne grzechy i zbrodnie, a najstraszniejsze z nich są grzechy nieczyste, morderstwa i wiele innych.
Za te wielkie grzechy naszego Narodu karą była II wojna Światowa. Przy czym była to raczej konsekwencja grzechu, nie zaś kara Boża. Trzeba jednak powiedzieć, że o ile Jezus tak bardzo skarży się na wielkie grzechy przed wojną, to teraz są one o wiele, wiele większe. Wtedy bowiem ludzie nagminnie łamali Prawo Boże czyli przykazania Boże, ale prawo naturalne wpisane w serce każdego człowieka było z reguły szanowane.
Teraz zaś co mamy? Radykalną zmianę systemu wartości, zło nazywa się dobrem, łamane są wszelkie prawa Boże i naturalne.
Teraz miejsce najwyższego autorytetu, władzy i normy moralnej, ideału do którego należy dążyć we wszystkich aspektach życia osobistego i społecznego, to miejsce przysługujące samemu Bogu, zajmuje fałszywy kult wolności (znamy hasło „róbta, co cheta”), wypaczone pojęcie miłości, sprowadzonej do miłości cielesnej. To miejsce także zajmuje coraz bardziej kult szatana, rozpowszechniany zwłaszcza przez takich ludzi jak Nergal, Doda czy Lady Gaga. Nie można im nic zrobić, bo powołują się na sztukę, ale oddziaływanie na ludzi jest prawdziwe. Co stanie się po śmierci z ludźmi, którzy świadomie czy nie, już za życia oddają kult szatanowi? Wczoraj byłem na mszy o. Daniela i widziałem, jak zły duch nie chce uwolnić człowieka, który wszedł w zasięg jego działania.
Ludzkość odchodząc radykalnie od swego Stworzyciela, żyje coraz bardziej nie po ludzku, wbrew naturze. Co w tej sytuacji może nas powstrzymać od 3 wojny Światowej? Jeżeli matka może zabić własne dziecko, to co nas powstrzyma abyśmy się nawzajem pozabijali? – Jedynie jakaś nadzwyczajna Boska interwencja!
Bóg objawił Rozalii, że Polska i inne państwa nie zginą, w których będzie przeprowadzona intronizacja Jego Najświętszego Serca. Pisze Rozalia w swoich wyznaniach: W tej chwili powstał straszliwy huk. Ziemia pękła. Z jej wnętrza wybuchnął ogromny ogień; za nim polała się obrzydliwa lawa jak z wulkanu, niszcząc doszczętnie wszystkie państwa, które nie uznały Chrystusa. Widziałam zniszczone Niemcy i inne zachodnie państwa Europy.
Pytam: Czy to koniec Świata? A ten ogień i lawa, czy to jest piekło? Odpowiedź: To nie jest koniec Świata ani piekło, tylko straszna wojna, która ma dopełnić dzieła zniszczenia. Granice Polski były nienaruszone. Państwa poddane pod panowanie Chrystusa i Jego Boskiemu Sercu dojdą do szczytu potęgi.
Tak się stanie, jeżeli ludzkość nie zwróci się do Boga. Nie trzeba zaniedbywać sprawy intronizacji w Polsce. – fragm.. z książki: Wielkie wezwanie Serca Jezusa do Narodu polskiego – ma imprimatur. Dzieła intronizacji Serca Jezusa nie można mylić z tym, co robi ks. Natanek, który to dzieło niszczy.
Nie degradujmy zatem naszego człowieczeństwa, nawróćmy się, i przestrzegajmy Prawa Bożego bez wyjątków. Módlmy się o intronizację Najświętszego Serca Jezusa, który ostrzega nas tak, jak mieszkańców Niniwy przed zagładą! Amen
15 STYCZNIA 2012
II niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania:
1 Sm 3,3b-10.19; Ps 40,2.4.7-10; 1 Kor 6,13c-15a.17-20; J 1,41.17b; J 1,35-42
Drodzy w Chrystusie bracia i siostry!
W psalmie responsoryjnym śpiewaliśmy refren: Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę. Psalm responsoryjny, jak sama nazwa wskazuje, jest odpowiedzią naszą, wiernych uczestników Liturgii, na Słowo Boże.
Wypełnić Wolę Bożą – oto zasadnicze powołanie człowieka, cel jego życia.
Dlaczego nie wszyscy ludzie to powołanie realizują, czyli nie pełnią woli Bożej? Otóż zasadniczo 2 powody: Po pierwsze, bo jej nie znają albo nie są jej pewni i po drugie, bo są słabi, grzeszni, brak im odwagi, zaufania do Boga.
Skupimy się dzisiaj na tej pierwszej przyczynie.
Dlaczego człowiek może nie znać woli Bożej? Przecież Bóg oznajmia swoją wolę, problem w tym, że człowiek tego nie słyszy albo nie chce usłyszeć.
W jaki sposób Bóg oznajmia nam swoją wolę? Najprostszy sposób, to mówi bezpośrednio do ludzkiego serca, dokładnie tak, ja słyszeliśmy w 1-ym czytaniu, mówił do Samuela.
Co byśmy zrobili, gdybyśmy usłyszeli podobne słowa do siebie: gdyby w nocy ktoś wołał nas po imieniu, tak głośno, że to by nas obudziło: Grzegorzu, Grzegorzu! Budzimy się, a tu nikogo nie ma. Samuel pomyślał, że przecież niedaleko śpi jego mistrz Heli, to pewnie on go woła.
Bóg na różne sposoby przemawia do człowieka słyszane wewnętrznie i zewnętrznie, przez wizje, objawienia, nadzwyczajne znaki, cuda.
Co byśmy zrobili, gdyby nam się coś takiego przydarzyło, gdyby np. ukazała się nam Matka Boża albo Pan Jezus? Albo co byśmy zrobili, gdyby ktoś przyszedł i powiedział nam, że mu się zdarzyło coś podobnego? Najczęstszym osądem byłoby, że to są urojenia, wymysł wyobraźni może nawet choroby psychicznej.
Gdyby jednak wykluczyć chorobę psychiczną i osoba doznająca wizji, byłaby jej całkowicie pewna, to trzeba by wtedy zastanowić się, od kogo ta wizja czy słowa pochodzą: od Boga czy od szatana. Szatan bowiem może ukazać się jako diabeł, ale też przybrać postać anioła, Matki Bożej czy Jezusa, żeby zmylić człowieka.
Każdy człowiek ma za zadanie rozeznawać znaki obecności Boga w świecie, Jego Słowa, natchnienia – im lepiej to robi, tym odważniej może podejmować decyzje, iść za tym natchnieniem, albo się mu przeciwstawić, tym lepiej zrealizuje Wolę Bożą.
Żeby usłyszeć głos Boga w swoim sercu, trzeba mieć wielką wrażliwość serca, umieć słuchać swego serca. Nie jest to łatwe, zwłaszcza w naszych czasach, gdy żyjemy w czasach ogromnego natłoku informacji docierających do naszych zmysłów, wprost szumu informacyjnego. Wiele ludzi gubi się w tym szumie, nie umie wybrać z tego informacji dla siebie pożytecznych, rozwijających go, bo nie wie, jaki skutek te informacje będą miały w dłuższej perspektywie. Dlatego zwykle wybieramy to, co na chwilę obecną wydaje się dobre albo co inni wybierają.
Z tego powodu, jeśli chodzi o sprawy najważniejsze dla człowieka, żeby mógł być absolutnie ich pewien, Bóg przemawia przez swego Syna, który specjalnie w tym celu stał się człowiekiem, Jezusem Chrystusem.
O Chrystusie nikt już nie może powiedzieć, że widzieli Go tylko nieliczni i mogło to być ich urojenie. Chrystusa bowiem widziały tłumy, piszą o Nim nie tylko Ewangeliści ale też historycy w historii ogólnej. Nikt nie poddaje w wątpliwość istnienia Jezusa i faktu dokonywanych przez Niego znaków.
Jednak obecność Jezusa w ludzkim świecie nie ogranicza się tylko do tamtego czasu i miejsca, lecz rozciąga się na cały Świat przez wszystkie wieki do końca. Dzieje się to dzięki Kościołowi, który jest Mistycznym Ciałem Chrystusa, a którego członkami jesteśmy my, wszyscy ochrzczeni, jak słyszeliśmy w drugim czytaniu.
Kościół ma zadanie przekazywać ludzkości Słowo Boga. Tego Słowa Świat nie może nie usłyszeć, nikt nie może powiedzieć, że nie jest pewny, tego co słyszy. Jet to bowiem przekaz całkowicie obiektywny, wszyscy słyszą to samo.
W miarę rozwoju cywilizacji, Kościół posługuje się coraz to nowszymi środkami za pomocą których pragnie przekazywać ludzkości Słowo Boga. Widzimy, jak ważną rolę pełnią w naszych czasach media, jako środki społecznego przekazu. Konieczne jest zatem, żeby istniały media w pełni katolickie, tzn. niezależne struktur władzy czy innych czynników pozakościelnych.
Obecnie w Polsce dokonuje się dyskryminacji i próbuje stopniowo osłabiać najmocniejszy głos katolicki, jaki jest Radio Maryja. Chodzi o to, żeby monopol na przekazywanie informacji miały media różniące się pod różnymi względami, ale przemawiające jednym głosem antykościelnym a często także antypolskim.
Zauważmy bowiem, jak w nich jest przedstawiany Kościół?
Otóż media te przedstawiają Kościół w skrajnościach. Z jednej strony takie osoby jak księża Boniecki czy Sowa a z drugiej ks. Natanek. Nawet jeżeli przedstawiają księży biskupów, to wybierają takie wypowiedzi i takich biskupów, które im czyli właścicielom tych mediów pasują.
Wiadomo, że bardzo pragnie jedności Kościoła i o tę jedność gorąco się modli. Jednak od początku jego powstania był obecny grzech a wskutek tego różne rozłamy, schizmy i herezje, od których nie byli wolni nawet biskupi. Nie ma się co dziwić, że dzisiaj jest podobnie, jednak większość biskupów trwa w jedności z papieżem, przez wyznawaną wiarę i nauczanie. Ci właśnie biskupi powinni najczęściej prezentowani w mediach a są o wiele za rzadko. Jeśli już są, to ich stanowisko jest przedstawiane jako mało postępowe.
Kilka lat temu powstał program religia.tv ukazujący, że Kościół powinien być nie taki, jak naucza Urząd Nauczycielski Kościoła, papież i biskupi, tylko taki jak przedstawiają księża Sowa, Boniecki czy niektórzy Dominikanie. Otóż księża ci znajdują się na obrzeżach nauczania Kościoła, jeśli w niektórych sprawach nie wyszli poza. Wielu ludziom jednak podoba się taki obraz Kościoła, liberalny, pozwalający na wiele rzeczy, które do tej pory były zabronione. Dlatego chętnie przyjmują ten właśnie obraz mając pretensje do pozostałych biskupów na czele z papieżem, dlaczego nie chcą jeszcze takiej wizji Kościoła przyjąć, dlaczego są tak zacofani.
Inny nieprawdziwy obraz Kościoła prezentuje ks. Natanek, również przedstawiany w mediach jako dziwactwo. Media mówią także często o ojcu Rydzyku, którego szkalują na wszelkie sposoby, bo prowadzi Radio Maryja i ukazują jako bliższego ks. Natankowi.
Właścicielom mediów chodzi o to, żeby przeciętny ich odbiorca, musiał wybrać i określić się, do którego Kościoła chce należeć: do postępowego czy zacofanego. I oczywiście, każdy zdrowo myślący katolik, powinien wybrać opcję Kościoła postępowego, zwłaszcza, że ks. Natanek trwa w karach kościelnych.
Trzeba powiedzieć, że te skrajności to nie jest właściwy obraz Kościoła ani jego prawdziwe nauczanie. Abp Michalik, przewodniczący KEP w Raporcie o stanie wiary w Polsce, jako ideał obecności Kościoła w mediach, przedstawia Radio Maryja. Trzeba nam zatem słuchać właśnie tego radia, zwłaszcza jeśli chodzi o Kościół, a nie słuchać tych, którzy nas chcą od Kościoła odbić.
Brońmy zatem tego Radia i telewizji, bo jeśli zostanie zlikwidowane, to już nikt w Polsce nie powie nam prawdy i będziemy coraz bardziej zniewoleni, podzieleni, wtedy media będą mogły wmówić narodowi dosłownie wszystko.
Słuchajmy też Kościoła, ale nie jego nieprawdziwej wizji, jaka jest przestawiana w mediach, tylko Kościół bowiem przekazuje nam Wolę Boga i dzięki temu wiemy, jak żyć. Amen
8 STYCZNIA 2012
Święto Chrztu Pańskiego
Dzisiejsze czytania: Iz 42,1-4.6-7; Ps 29,1-4.9-10 ; Dz 10,34-38; Mk 9,7; Mk 1,6b-11
6 STYCZNIA 2011
Piątek
Uroczystość Objawienia Pańskiego
Dzisiejsze czytania: Iz 60,1-6; Ps 72,1-2.7-8.10-13; Ef 3,2-3a.5-6; Mt 2,3; Mt 2,1-12

1 STYCZNIA 2012
Niedziela
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Dzisiejsze czytania: Lb 6,22-27; Ps 67,2-3.5.8; Ga 4,4-7; Hbr 1,1-2; Łk 2,16-21
Fundamentalne pytanie każdej zarówno małej jak i dużej kobiety brzmi: czy jestem piękna?
Stasi Eldredge, w swej książce, wyznaje: Pamiętam, że jako pięciolatka wdrapywałam się na stolik do kawy w salonie moich dziadków i śpiewałam na cały głos. Chciałam zwrócić uwagę - szczególnie uwagę taty. Chciałam być urzekająca. Wszystkie chciałyśmy. Ale dla wielu z nas odpowiedzią na nasze pytanie było: „Nie, nie ma w tobie nic urzekającego". Zejdź ze stolika do kawy. Prawie wszystko, co kobieta robi w swoim dorosłym życiu, jest napędzane przez pragnienie, żeby być piękną, być niezastąpioną, by odpowiedzią na jej pytanie było „tak!". – TAK, jesteś piękna!
Czy to dobrze, że chce być piękna, czy źle? - Dobrze, ponieważ takie było zamierzenie Boga. Bóg stwarzając Ewę, nie stworzył jej tak obie, dla kaprysu, tylko stworzył w jakimś celu.
Po co zatem Bóg stworzył kobietę i w ogóle cały Świat?
Otóż Bóg jest wielkim Artystą. Artysta tworzy swoje dzieła po to, żeby wyrazić swoje wnętrze, wyrazić swoje piękno, dobro i inne przymioty. Wszystko zaś spowodowane jest nieskończoną miłością Boga.
Zatem stworzony Świat jest widzialnym obrazem przymiotów Boga, np. Jego nieskończonej potęgi. Patrzac na Świat, możemy wnioskować, jaki piękny, dobry i potężny jest Bóg. W księdze Mdr 13:5 czytamy: Z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę.
Z całego świata najdoskonalszym stworzeniem jest człowiek. Księga Rdz mówi aż 3 razy, że jest on stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Są dwa opisy stworzenia człowieka. W pierwszym czytamy: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę.
Zatem oboje są podobni do Boga, ale każde na sposób sobie właściwy, bo przecież różnią się od siebie. Drugi zaś opis przedstawia, że Ewa została stworzona na samym końcu, później niż Adam. A zatem Ewa jest ukoronowaniem dzieła stworzenia. Bez niej człowiek i cały świat jest jakby niepełny, czegoś mu brakuje. Tak właśnie piszą John i Stasi Eldrege w książce Urzekająca.
Z opisu stworzenia możemy odczytać, jakie jest zadanie mężczyzny i niewiasty. W księdze Rodzaju czytamy, jak Bóg po stworzeniu Adama, umieścił go w ogrodzie Eden, aby go uprawiał i doglądał. Potem Bóg rzekł: nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc. I tworzy Bóg różne zwierzęta, którym mężczyzna nadaje nazwy, ale wciąż nie znajduje się odpowiednia dla niego pomoc. Dopiero gdy z żebra Adama Bóg stworzył Ewę, to było TO!
Ale dlaczego Adam musi mieć Ewę, czy bez niej nie mógłby pracować? Otóż, chyba by mu się nie chciało, nie miałby motywacji. Żeby człowiek pracował, potrzebne jest jakieś poruszenie uczuć, inspiracja, jakieś zauroczenie. Do tego właśnie służy piękno. Cyprian Kamil Norwid pisze, że piękno na to jest, by zachwycało Do pracy - praca, by się zmartwychwstało.
Cały zatem piękny Świat, wspaniała przyroda powinna motywować człowieka do pracy i w większości tak się dzieje. Jednak dla człowieka to za mało; za mało, żeby pracował ze wszystkich sił, a nawet ponad swoje siły; Potrzebne mu było jeszcze coś więcej, jakieś piękno rozumne i świadome siebie, piękno z którym mógłby wejść w relacje miłości. Bo co z tego, że wokół człowieka jest tyle pięknych, cudownych stworzeń, jeśli nie można wejść z nimi w relacje miłości?!
Dlatego Bóg dał Adamowi Ewę. Ona jest nie tylko piękna, ale przede wszystkim może odwzajemnić miłość, ona może kochać świadomie i rozumnie.
Eldrege pisze w Dzikim sercu, że Nie ma nic bardziej inspirującego dla mężczyzny jak piękna kobieta. Ona sprawia, że chcesz zdobyć zamek czy zabić olbrzyma.
Tak, trzeba przyznać, że piękna kobieta daje niesamowitą motywację do pracy! Mężczyzna chce być bohaterem dla swojej Pięknej. Młodzi m꿬czyźni idący na wojnę mają w portfelu zdjęcie swojej dziewczyny. Mężczyźni, którzy latali na misje bojowe, malowali Piękną na boku swoich samolotów, rycerze mieli przypięte wstążki od swojej damy.
A dzisiaj wydaje się, że i rycerzy i pięknych jest coraz mniej, wydaje się, że społeczeństwo pozbywa się cech romantyzmu, sentymentalizmu. Skoro nikną piękne damy dla których należałoby walczyć, to nikną także rycerze, a pojawiają się coraz częściej alkoholicy albo zniewieściali mężczyźni. I nawzajem: skoro mało jest prawdziwych rycerzy, to i kobiety oddają się coraz taniej. Ktokolwiek, nawet chłystek, żeby mnie tylko chciał. I błędne koło się zamyka.
Ze względu na uroczystość św. Bożej Rodzicielki, skupmy się na kobietach.
Kobieta zadaje sobie pytanie: jak stać się piękną? – niektóre wpadają na pomysł: zrobię makijaż w pół godziny i już jestem jak bóstwo! Może nawet piękniejsza od lalki Barbie i od wielu innych.
Ale czy chodzi tylko o zrobienie makijażu, pomalować się na zewnątrz i już? Przecież gdyby chodziło jedynie o wygląd zewnętrzny, to każda kobieta i tak przegrywa z lilią na polu, która jest tak piękna, że nawet Jezus nie obawiał się wywyższyć jej piękna, nad piękno Salomona w całym jego przepychu.
Robienie makijażu nie jest oczywiście grzechem, żeby mnie nikt nie posądził, ale czy nie szkoda czasu, pieniędzy i zdrowia? Bo przecież jeśli się nakładzie na twarz pełno chemii, to skóra się niszczy. Wiele kobiet mówi: Nie udałam Ci się Panie Boże, nie masz gustu. Muszę po Tobie poprawić. I nakładają: tu puder, tu kolory, tu włosy inne, że czasem nie widać nawet kawałka autentycznej kobiety, tylko jakąś maskę, którą chce być.
A czy nie lepiej zaufać Panu Bogu i pokazać siebie taką, jaką jesteś, jaką Bóg Cię stworzył? Popatrzmy na lilie polne, o których mówił Jezus. Kobieta nie wiem ile by nakładła na siebie makijażu, bransoletek, pereł, diamentów to i tak nigdy nie dorówna jednej z nich! Dlaczego?
Otóż jedną z zasadniczych cech piękna jest: - prostota!
Trzeba powiedzieć, że wiele kobiet tak bardzo pragnąc, by ich pożądano a może nieświadomie idąc za modą, stają się prostytutkami rozsiewającymi coraz więcej swoich wdzięków wszem i wobec. Chodzą bowiem z gołymi brzuchami i w ogóle odzienie jest coraz bardziej skąpe. – Nie ma się co dziwić, że zmniejsza się liczba prawdziwych rycerzy, bo któryś powie: co tu zdobywać? Wyjdę na ulicę to się napatrzę, że do zdobycia zostaje już niewiele. Celem tych, które się tak noszą, na pewno nie jest urzeczenie mężczyzny, ani zainspirowanie go, żeby stał się rycerzem i zaczął o nią walczyć, tylko raczej chwilowe przynajmniej przywiązanie jego wzroku i uwiedzenie go.
Również bardzo niedobre są w ostatnich latach tendencje do kolczykowania swojego ciała i robienia tatuaży. Człowiek w ten sposób rani swoje ciało, ale także zamiast przyciągać, urzekać, to czasem staje się nawet odrażający. Wydaje się, że jest to bardziej powszechne wśród mężczyzn, ale kobiety chcą dorównać im w tym, w czym nie powinny.
Dlaczego dzisiaj czcimy Maryję? Ponieważ ona w sposób doskonały odzwierciedlała piękno Boga. Właśnie dlatego Bóg ją wybrał i stała się Matką swego Syna i stała się rodzicielką Boga.
Nasze zadanie, mężczyzn i kobiet, jest takie samo: odzwierciedlić w sobie obraz Boga. Jak to zrobić? Być Bogu posłusznym, rozmawiać z Nim, czyli modlić się, rozważać Jego Słowa i czyny. Trzeba się w Boga zapatrzyć, starać się poznać i zrozumieć Go. – tak Maryja zachowywała te sprawy i rozważała w swoim sercu.
Jeśli w ten sposób będziemy postępowali, to zastosuje się w nas przysłowie: z jakim przestajesz, takim się stajesz.
Wtedy, jeśli chodzi o niewiastę, naprawdę będzie piękna, bo odbije w sobie piękno Boga. – nie tylko na zewnątrz, ale cała będzie piękna, przesiąknięta Bogiem na wskroś. To piękno będzie promieniowało przez jej czyny i słowa, nawet drobne gesty, spojrzenie oczu czy uśmiech. Tego zaś piękna Świat bardzo potrzebuje, zwłaszcza mąż, rodzina. tak jak potrzebuje Świat piękna lilii polnej, śpiewu słowika, czy zachodu Słońca. Są oczywiście tacy piękni ludzie wśród nas, ale potrzeba więcej, jak najwięcej!
- Drogie Panie, ukazujcie Światu piękno, prawdziwe piękno samego Boga. Zadanie nie łatwe, ale dla Was możliwe do wykonania z pomocą łaski Bożej. Szanujcie również swoją godność. Amen
26 GRUDNIA 2011
Poniedziałek
Drugi dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego, święto św. Szczepana, pierwszego męczennika
Dzisiejsze czytania: Dz 6,8-10;7,54-60; Ps 31,3-4.6.8.16-17; Ps 118,26-27; Mt 10,17-22

Umiłowani!
Trwamy w oktawie Bożego Narodzenia, która stanowi jakby jeden dzień w Liturgii. Boże Narodzenie bowiem jest tak wielką uroczystością, że staramy się przedłużyć jego świętowanie i dlatego ma swoją oktawę. Staramy się przez to bardziej dotknąć, doświadczyć osobistego spotkania z Dzieciątkiem Jezus, żeby to spotkanie uczyniło nas lepszymi.
Jednocześnie jednak dzisiaj przeżywamy jeszcze inne Święto, mianowicie męczeństwo św. Szczepana. Przypominamy sobie jak w biały dzień, w świetle prawa, a tak naprawdę wbrew prawu, bo zostało ono zinterpretowane opacznie, zamordowane człowieka. A zrobił to nie ktoś po kryjomu, ale zrobił to tłum ludzi, społeczeństwo.
Kogo zamordowano? Diakona Szczepana, który służył ludziom, zadaniem diakona jest służba. I to służył z wielką mocą, ale nie swoją, tylko mocą Bożą. To Bóg przez niego działał znaki i cuda, dawał mu mądrość do przemawiania, żeby w imieniu Boga przemawiał. Był to zatem człowiek sprawiedliwy, ale mało tego: on był jeszcze posłem, delegatem od Boga do ludzi. Wiemy, że podnieść rękę na posła, jest równoznaczne z atakiem na tego, kogo ów poseł reprezentuje.
I oczywiście Jezus doskonale przewidział tę sytuację, zapowiadając Apostołom: Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. To zabójstwo Szczepana nie było podniesieniem ręki na samego Szczepana, ale przede wszystkim na Chrystusa. Gdyby bowiem Szczepan przemawiał we własnym imieniu, to byłby dla tych złych ludzi nieszkodliwy, zostawili by go w spokoju.
Widzimy zatem, że to Chrystus jest nienawidzony, Ten, który jest samą Miłością i jej źródłem. Człowiek sam w sobie nie jest ani dobry ani zły. Staje się dobry, jeżeli opowiada się i walczy po stronie dobrego Boga, a złym jeśli po stronie złego szatana. Nie można być niezdefiniowanym i chcąc nie chcąc, człowiek wybiera.
Przed przyjściem Chrystusa ten wybór nie był tak bardzo niezbędny, ponieważ nie było tak do końca pewne, co jest złem a co dobrem. Ludzkość żyła jakby w półmroku niewiedzy. Dopiero Chrystus – Słońce wschodzące z wysoka, oświecił nasze życie. On bowiem objawił ludzkości prawdę, a prawda nas wyzwala.
Każdy, kto poznał Chrystusa, musi się opowiedzieć za Nim lub przeciw Niemu. Jeśli się opowie za, to sam staje się przedłużeniem Jego obecności w świecie, bojownikiem Jego sprawy, głosicielem Jego prawdy.
Trzeba powiedzieć, że po św. Szczepanie przez 2 tysiące lat za wiarę w Chrystusa śmierć poniosło 70 mln Chrześcijan. Przy czym aż 65% z nich czyli 45,5 miliona, zabito w XX wieku. ///// 170 tysięcy chrześcijan ginie rocznie śmiercią męczeńską, co daje średnio jedno morderstwo na każde 3 minuty. W ponad 70 krajach świata chrześcijanom odmawia się prawa do wolności religijnej. Dlaczego tak są prześladowani? Czy dlatego, że są gorszymi albo lepszymi ludźmi? Nie, ale dlatego, że niosą Chrystusa, że są przedłużeniem Jego obecności w świecie, że niosą Jego Prawdę, Jego światło.
Widzimy, że od początku w walkę dobra ze złem, zaangażowani są nie tylko pojedynczy ludzie, ale całe państwa, systemy polityczne i wojskowe, organizacje międzynarodowe. Dlaczego? Ponieważ człowiek we wspólnocie jest silniejszy, niż jeśli by walczył każdy na własną rękę i dlatego chce walczyć w sposób zorganizowany. Jeżeli my, Polacy, stanowiący jeden Naród, będziemy zorganizowani w państwo, to łatwiej nam będzie obronić naszą kulturę i tożsamość chrześcijańską, łatwiej wprowadzić prawa sprzyjające wolności religijnej, łatwiej wprowadzić prawa nagradzające dobrych a karające złych, a nie odwrotnie.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby wprowadzać system nacisku zmuszający do przyjęcia chrześcijaństwa, jak np. w wielu krajach muzułmańskich zmusza się do przyjęcia Islamu. Nie, ale żeby była wolność religijna. Polska od początku swego istnienia słynęła z tej właśnie wolności religijnej. Kraj zdecydowanie katolicki, ale schronienie w nim znajdowali zawsze wyznawcy innych religii, np. Żydzi wygnani z innych krajów Europy.
Taka chrześcijańska, sprzyjająca wolności religijnej Polska była solą w oku Hitlera, Stalina i innych ludzi, którzy woleli walczyć po złej stronie. Dlatego postanowili ją zniszczyć. Dzisiaj taktyka walki się zmienia, bo przecież fizyczna eksterminacja chociażby w obozach zagłady wymaga nakładu kosztów, opinia światowa może się burzyć, że jest to niehumanitarne, dlatego nie stosuje się już takich technik, ale raczej dąży do tego by naród sam się wyniszczył albo zrezygnował ze swego chrześcijaństwa, ze swojej tożsamości. Dąży się do tego wywierając presje ekonomiczne, finansowe, przez manipulacje w mediach, ośmieszając Polskość, patriotyzm i chrześcijaństwo, ośmieszając język polski. Nie wolno nam na to pozwolić. Oto nasze zadanie na dzisiaj.
Utrzymać i obronić chrześcijański charakter państwa polskiego, to nasza wielka bitwa, nasze Westerplatte, jak mówił bł. Jan Paweł II do młodzieży, pamiętamy:
Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”.
Wreszcie — jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić — dla siebie i dla innych.
Umiłowani w Chry
Nie możemy pozostawać obojętni na to, co się dzieje w Polsce, na Świecie, na prześladowania. Jeśli nie przyłączymy się do Chrystusa i nie będziemy walczyli świadomie i z determinacją o naszą tożsamość, to staniemy się sojusznikiem wroga. Pan Jezus powiedział: kto nie zbiera ze Mną , rozprasza.
Jeśli nie obronimy chrześcijańskiego charakteru Polski, to wkrótce i u nas tak jak w innych krajach, chrześcijaństwo będzie prześladowane, nie będzie wolności religijnej.
Trzeba żyć w jedności z Chrystusem przez modlitwe i sakramenty, być trzeźwym, dbać o swoje miejsce pracy – ale to już na drugim miejscu. Dbać o swoja samowystarczalność gospodarczą i finansową, nie pozbywać się ziemi.
25 GRUDNIA 2011
Narodzenie Pańskie
Wieczorna Msza wigilijna: Iz 62,1-5; Ps 89,4-5.16-17.27.29; Dz 13,16-17.22-25; Mt 1,1-25
Msza w nocy: Iz 9,1-3.5-6; Ps 96,1-3.10-13; Tt 2,11-14; Łk 2,10-11; Łk 2,1-14
Umiłowani w Chrystusie bracia i siostry!
Oto mamy Święta Bożego Narodzenia. Po co nam takie Święta? Czy tylko po to, żeby oderwać się od codzienności, zastanowić się nad swoim życiem i więcej czasu spędzić z rodziną? Owszem, te rzeczy są ważne i także dokonują się w czasie Świąt. Gdybyśmy jednak tylko do tego ograniczyli nasze świętowanie, bylibyśmy ludźmi godnymi politowania.
Jaki jest zatem sens Świąt Bożego Narodzenia? Po co choinki, opłatek? po co żłóbek i Msza Święta?
Otóż chodzi o to, żebyśmy jak najmocniej doświadczyli osobistego spotkania z Dzieciątkiem, które jest Bogiem – człowiekiem. W zasadzie powinna nam wystarczyć do zbawienia, sama informacja o Bożym Narodzeniu, co można przeczytać w książce, w Piśmie Świętym - ale to nie wystarcza. Dlaczego? Ponieważ ludzie, chociaż są rozumni, to jednak kierują się przede wszystkim emocjami, tym, co czują. Trzeba zatem, żebyśmy wszystkimi naszymi zmysłami odebrali rzeczywistość Bożego Narodzenia, żeby to nie było wydarzenie z przeszłości, ale żeby to była rzeczywistość naszego życia, naszego TUTAJ I TERAZ, chodzi o to, żeby Boże Narodzenie wywarło na nas wielkie wrażenie, takie jak wywrzeć powinno; żebyśmy to wydarzenie przyjęli w siebie i żeby stało się ono prawdą naszego życia. Dzięki temu staniemy się inni, lepsi; staniemy się tacy, jak Bóg tego chce.
Wobec tego ktoś mógłby powiedzieć: to lepiej by było nakręcić jakiś film o Bożym Narodzeniu. Dzisiaj są takie świetne kina, że naprawdę oddziaływają na prawie wszystkie zmysły. Tam, to byśmy dopiero przeżyli! – Owszem, na pewno tak. Z pewnością będzie coraz więcej takich realizacji, jednak nic nie zastąpi nam Liturgii, ponieważ dzięki Liturgii, Mszy Świętej, my tam się znajdujemy. Zostajemy przeniesieni w czasie. Chociaż nasze zmysły tego nie odbierają, to Bóg to widzi, nasi aniołowie to widzą. Gdyby nasz odbiór rzeczywistości nie był ograniczony tylko do materii i mielibyśmy tylko dusze, to widzielibyśmy te wszystkie niesamowite wydarzenia, jakie się zdarzyły 2 tys. lat temu w Betlejem, w Ziemi palestyńskiej. Póki co mamy to, co mamy i to musi nam wystarczyć. Resztę niech uzupełni wiara.
Zastanówmy się, co Bóg chce nam powiedzieć, stając się człowiekiem? Otóż chce powiedzieć coś bardzo ważnego, chce pokazać na czym polega człowieczeństwo. Bóg bowiem stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo i chciałby, żeby człowiek taki naprawdę był. Bóg chce, żeby człowiek z własnej woli, pociągnięty Jego miłością, upodobnił się do Niego. Skąd jednak ma człowiek wiedzieć, do kogo się upodobnić, jeśli Boga nie widzi? Dopiero w wieczności, czyli po śmierci zobaczymy, jaki Bóg naprawdę jest, ale wtedy będzie za późno, żeby nad sobą pracować i się zmieniać. Tutaj mamy na to czas.
bł. JP2 mówi: Chrystus „objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi”. Daje mu poznać, przez co człowiek zasługuje na imię i godność człowieka.
Po drugie: Bóg stał się człowiekiem, żebyśmy się stali dziećmi Bożymi. Mówi nam: skoro Ja stałem się jak ty człowiekiem, to ty możesz stać się taki, jak Ja, podobny do Mnie. – I o to chodzi, stać się podobnym do Boga, to jest cel naszego życia, zasadniczy cel.
Ktoś może tu powiedzieć: fajnie, że Bóg tak się z nami zsolidaryzował, że wyniósł naszą ludzką naturę do wielkiej godności, że nie będąc Bogami, możemy żyć tak jak byśmy nimi byli. Ale przecież mógł to zrobić w jakiś sposób bezpieczniejszy dla siebie.
Mógłby np. zstąpić z obłoków na oczach tłumów – coś na podobieństwo dzisiejszego Batmana. Jak by ludzie zobaczyli taki cud, zobaczyli Jego wielką moc, to od razu ogłosiliby Go królem i miałby posłuch.
W takiej sytuacji Jezus nie potrzebowałby opieki Maryi i Józefa, nie byłby narażony na niebezpieczeństwo śmierci od Heroda czy od innych.
Gdyby Jezus tak zrobił, gdyby nigdy nie był dzieckiem, to wtedy ktoś mógłby powiedzieć, że dzieci to nie ludzie, albo ludzie nie pełnowartościowi. Otóż nie! Bóg przychodzi do nas jako dziecko, niemowlę, pokazując, że dziecko nawet jeszcze przed urodzeniem, jest to taki sam człowiek, jak dorosły i ma taką samą godność.
Bóg do końca, ze wszystkimi konsekwencjami przyjmuje na siebie nasze człowieczeństwo i to nie wybiera sobie rodziny królewskiej ani bogatej, tylko wyjątkowo ubogą.
Gdyby tak nie było, to niektórzy ludzie mogliby powiedzieć, że: Jezusowi to było łatwiej, a mnie jest ciężko, bo jestem biedny. Jednak nikt nie ma czego zazdrościć Jezusowi, bo On jest najbiedniejszym z biednych.
Dzisiaj w Dzieciątku Jezus widzimy, na czym polega prawdziwa wielkość człowieczeństwa i miłość. Otóż polega na ubóstwie, zależności i pokorze. Ono nie ma nic na swoją obronę, jest zdany całkowicie na łaskę i niełaskę ludzi, czyli jest ubogi i zależny od nich.
Ktoś powie: no tak, jak chodził po ziemi, zwłaszcza jako dziecko, to faktycznie był ubogi i zależny od innych. A dzisiaj to już jest bezpieczny, bo sobie tam w niebie siedzi z Bogiem Ojcem, swoją Matką i świętymi. Tam już Mu nic nie zagraża. – Otóż jest to całkowicie błędne rozumowanie. Jezus jest w niebie, owszem, ale jednocześnie jest i tutaj na Ziemi w Eucharystii i daje nam siebie cały gdy przyjmujemy Komunię Świętą. Czy gdy przychodzi w Komunii Świętej, obwarowuje się strażnikami, wojskiem, może jakieś niewidzialne moce odpychają niegodnych? Nie! Jezus stawia na naszą odpowiedzialność, naszą miłość i uczciwość, czyli że żyjemy w prawdzie.
Jezus bowiem pragnie łączyć się z nami w Komunii Świętej, ale może do niej przystąpić tylko osoba będąca w stanie łaski uświęcającej, czyli ta, która ma odpuszczone wszystkie grzechy ciężkie jakie popełniła w życiu. Gdyby ktoś przystąpił do Komunii z grzechem ciężkim, bo np. zataił go na spowiedzi, albo uznawał, iż nie jest on grzechem ciężkim, to wtedy przyjmuje Komunię Świętą świętokradczo. Taki człowiek wyrządza Jezusowi to samo, co oprawcy, którzy biczowali Go przed śmiercią i popełnia kolejny w swoim życiu straszny grzech.
Jezus nie ochrania się wojskiem ani aniołami przed ustami i sercem niegodnym, bo mówi w ten sposób: mój los zależy od ciebie, od twojej miłości, odpowiedzialności i dobrej woli.
Trzeba powiedzieć, że w okresie Świąt wiele ludzi przystępuje do Spowiedzi i Komunii takich, którzy mają bardzo słaby kontakt z Bogiem. Jest to bardzo niebezpieczne, bo człowiek może przestać dostrzegać swoje grzechy, może je bagatelizować.
Św. Faustynie Jezus ukazywał się w różnych postaciach. Wiele razy przychodził jako dzieciątko, które chciało się z nią bawić, baraszkować i miała z tego dużo radości.
Posłuchajmy jej zapisków z Dzienniczka i starajmy się przyjmować Jezusa tak, jak ona Go przyjmowała i poznawała:
+ Wigilia Bożego Narodzenia. Dziś łączyłam się ściśle z Matką Bożą. Wieczorem przed łamaniem opłatkiem weszłam do kaplicy, aby się w duchu podzielić z osobami drogimi, i prosiłam Matkę Bożą o łaski dla nich. Duch mój był cały pogrążony w Bogu. W czasie Pasterki ujrzałam małe Dzieciątko Jezus w Hostii, duch mój pogrążył się w Nim. Choć mała Dziecina, jednak majestat Jego przenikał moją duszę. Głęboko przeniknęła mnie ta tajemnica, to wielkie uniżenie się Boga, to niepojęte wyniszczenie Jego. Całe Święta żywe mi to było w duszy. O, my nigdy nie pojmiemy tego wielkiego uniżenia się Boga
18 GRUDNIA 2011
IV NIEDZIELA ADWENTU
Dzisiejsze czytania:
2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Ps 89, 2-5.27.29; Rz 16,25-27; Łk 1,38; Łk 1,26-38

Kazanie mp3
John i Stasi Eldredge w książce Urzekająca piszą o 3 zasadniczych rzeczach, jakie pragnie kobieta, mianowicie: przeżyć romans, odegrać niezastąpioną rolę w wielkiej przygodzie
oraz by odkryto jej piękno.
Odnośnie pierwszego pragnienia, czyli przeżycia romansu, Eldridżowie powołują się na fakt, iż w większości powieści i bajek dla małych dziewczynek występuje jakiś książę, który ratuje swoją ukochaną księżniczkę, bo dziewczynki i kobiety uwielbiają ten wątek.
Ktoś powie: no tak, ale to są bajki dla małych dziewczynek. Dorosłe kobiety już takie nie są. Współczesna dorosła kobieta jest silna i niezależna. – Trzeba powiedzieć, że jest to fałszywy obraz kobiety, który promują ruchy feministyczne. Wyrządzają one bardzo dużo szkody kobietom i samej naturze kobiecości. Zabijają bowiem najskrytsze pragnienia ich serca, spychają je do podziemia.
Wiele kobiet chcąc być w cudzysłowiu „na topie”, daje się temu oszukać i kształtują swoją osobowość w złym kierunku, w kierunku odkobiecenia.
Przecież to Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą, wpisując w ich serca nie jednakowe,
ale różne pragnienia.
Gdyby Bóg stworzył wszystkich ludzi jednakowych, to wtedy każdy posiadałby wszystko to, co mieli by inni; i wszyscy byliby od siebie niezależni. W takiej sytuacji miłość nie byłaby możliwa.
Bóg jednak ponieważ sam jest Miłością, stworzył człowieka również do miłości, bo stworzył go na swój obraz i podobieństwo. Tu na ziemi w życiu doczesnym,
stworzył Bóg dla człowieka szkołę miłości.
Cały zatem Świat jest stworzony w taki sposób, żeby człowiek w sposób jak najpełniejszy przeżył romans. Romans z kim? Z samym Bogiem!
Św. Augustyn napisał w swoich Wyznaniach słowa: Stworzyłeś nas Boże dla siebie i niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Tobie.
W Księdze Rdz czytamy, że Bóg po stworzeniu człowieka, powiedział: nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc. I tworzy Bóg różne zwierzęta, które jednak okazują się niewystarczające. Dlatego z żebra Adama stwarza Ewę i po stworzeniu przyprowadził ją Bóg do Adama.
Zauważmy, że gdy Adam został stworzony, nie było jeszcze ludzi, dlatego mężczyzna lepiej czuje się i funkcjonuje w świecie rzeczy. Ewa natomiast funkcjonuje w świecie osób, ponieważ gdy przyszła na świat, od razu wchodzi w relacje, bo Adam już był.
Mężczyzna da sobie radę bez Ewy, chociaż jest jakiś niepełny, czegoś mu brakuje, ale nie zagubi się w świecie. To on ma ukierunkowywać Świat na Boga, jest za to odpowiedzialny.
Kobieta bez relacji z ludźmi czuje się zagubiona. Bóg tak ją stworzył, że nie może być niezależna, ale właśnie zależna. Bóg stworzył jej odpowiednie warunki do przyjścia na Świat,
bo gdy się pojawiła, Adam już był.
Co to znaczy, wejść z kimś w relację osobową miłości, co to znaczy pokochać kogoś? Otóż znaczy to: uczynić komuś dom w swoim sercu. W 1 czytaniu słyszymy, jak Dawid chce zbudować dom Panu Bogu. to jednak przede wszystkim Bóg buduje dom Dawidowi i jego rodowi, z którego najsłynniejszy potomek będzie Mesjaszem.
Dom zewnętrzny, budynek jest tylko obrazem domu, o jaki Bogu najbardziej chodzi, mianowicie tego właśnie domu w sercu, w duszy ludzkiej.
Oto Wy, mieszkańcy tej parafii zbudowaliście dom dla Pana Boga, żeby Jezus mógł tu zamieszkać. Jest to wyraz waszej miłości do Niego.
Chodzi o to, żeby Bóg czuł się tutaj jak u siebie.
Na niewiele się to jednak nie przyda, jeśli każdy nie uczyni miejsca dla Niego w swoim sercu.
W jaki sposób się to dokonuje? Dzięki naszej wierze. Człowiek wierzący Bogu, ufający Mu, powinien żyć zgodnie z poleceniami, które Pan Bóg daje i wtedy staje się otwarty na Boga, zdolny do przyjęcia Go w swoim sercu. Tak właśnie uczyniła Maryja. Jak pisze JP2 w encyklice RM, Maryja przyjęła Syna Bożego najpierw wiarą. Dlaczego?
Ponieważ uwierzyła Słowu Bożemu, które przekazał jej Archanioł Gabriel.
Z tego powodu Maryja stała się wzorem, ideałem kobiety po wszystkie czasy.
Maryja ukazuje, że kobiecość to odwaga by zmierzyć się z Bogiem Wszechmogącym. Czy tak na zdrowy rozsądek kobieta może równać się z Bogiem samym? – żadną miarą! , bo jest tylko marnym stworzeniem, prochem. Jednak Jezus do św. Faustyny powiedział: Tyś mi radością wielką. Miłość i pokora twoja sprawiają, że opuszczam trony nieba, a łączę się z tobą. Miłość wyrównuje przepaść, jaka jest między wielkością moją a nicością twoją.
Przyjmujmy zatem Jezusa tak, jak Maryja. Ona, dzięki swemu bezgranicznemu zawierzeniu stała się Matką Boga. Jednak każdy człowiek nie może się zrealizować bez tego macierzyństwa czy ojcostwa przede wszystkim duchowego, bo fizyczne nie dla wszystkich jest możliwe.
11 GRUDNIA 2011
III NIEDZIELA ADWENTU
Dzisiejsze czytania:
Iz 61,1-2a.10-11; Łk 1,46-50.53-54; 1 Tes 5,16-24; Iz 61,1; J 1,6-8.19-28

Umiłowanie w Chrystusie bracia i siostry!
Rozpoczynamy dzisiaj rekolekcje, czyli czas szczególnego przybliżania się do Boga. Powstaje jednak pytanie: po co nam takie rekolekcje? Po co w ogóle chodzić do kościoła, modlić się?
Otóż przychodzimy tu po to, żeby dotknąć Misterium, dotknąć tej innej rzeczywistości, która istnieje poza naszymi zmysłami.
Człowiek bowiem ze swej natury jest istotą religijną i chociaż w życiu doczesnym czuje się ograniczony do tego, co poznają zmysły, to jego pragnienia sięgają w nieskończoność.
Jest to spowodowane tym, że człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, pragnie również posiadać te wszystkie cechy, jakie ma Bóg. Pragnie zatem człowiek miłości, nieśmiertelności, potęgi, mądrości, piękna i innych przymiotów.
W całej historii ludzkości, widzimy nieustanne pragnienia człowieka, aby wyjść poza świat materialny, poza to, co odbieramy zmysłami i mieć kontakt ze światem ducha, czyli kontakt z Bogiem.
To właśnie dokonuje się w Liturgii, zwłaszcza w Sakramentach, gdzie Bóg pod widzialnymi znakami udziela nam niewidzialnych, ale ogromnie cennych darów duchowych.
Ktoś jednak może powiedzieć, że ten świat duchowy nie istnieje. Otóż fakt, że czegoś nie zobaczyć, wcale nie znaczy, że to nie istnieje.
Posłuchajmy, jak sobie gaworzą dwaj bracia bliźniacy przed urodzeniem:
- nie mogę się doczekać naszego porodu.
- co ty, oszalałeś?! Przecież poród to koniec z nami! Potem nie ma już nic!
- nieprawda. Ja wierzę, że dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie. W tym drugim życiu to jest dopiero prawdziwy świat. Tam jest więcej światła.
- jakiego światła, co ty bredzisz?!
- Trudno mi to wytłumaczyć, bo sam tego nie widziałem. Tak kiedyś nasza mama mówiła, że teraz żyjemy w wiecznej ciemności, a po urodzeniu zobaczymy światło.
- jaka znowu mama?! Coś ty wymyślił, przecież poza nami nikogo tu nie ma!
- mama … to jest ktoś, w kim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ta, która dała nam życie i nieustannie nas w tym życiu podtrzymuje, karmi nas. Po urodzeniu sam ją zobaczysz. Myślę, że jest bardzo piękna.
- Co to znaczy, że zobaczę? --- Nie wierzę w to, co mówisz. Nie masz żadnych na to dowodów.
- czy nie słyszałeś wiele razy tego kobiecego głosu jak mówił do nas? Myślę, że to był właśnie głos mamy. Były też inne głosy. A czy nie czułeś tajemniczego, pieszczotliwego dotknięcia jakby jakiejś wielkiej ręki na naszych ciałach? To mogłaby być ręka taty.
- tak, ale to wszystko mogło być tylko snem albo złudzeniem. To wszystko to są twoje domysły i nie uwierzę w nie, jeśli sam tego nie dotknę. Nie wierzę w żadną inną rzeczywistość, poza tą, której teraz doświadczamy. Z tamtego świata nikt jeszcze nie wrócił i nie powiedział, że on istnieje.
Dlatego chciałbym w tym świecie, tutaj zostać jak najdłużej i przed porodem będę się bronił ze wszystkich sił.
- ja natomiast opuszczę go z wielką radością, bo wierzę w życie po porodzie, i w mamę i tatę.
Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie: istnieje świat duchowy i życie po śmierci, czy nie? Nie można go zostawić na boku, później się będę zastanawiał. Albo na wszelki wypadek pomodlę się, żeby Bóg wziął mnie do nieba, gdyby to niebo istniało.
– To też jeszcze nie o to chodzi, żeby pomodlić się na wszelki wypadek i mam spokój. Gdyby tak było, to byłaby niesamowicie niska cena za wieczne szczęście w Królestwie niebieskim.
O NIE! Tutaj chodzi o coś o wiele ważniejszego! Tu chodzi o odkrywanie sensu swojego istnienia!
Przecież wszystko co istnieje na świecie, istnieje w jakimś celu. Głośnik ma wzmacniać głos, mikrofon ma go przetwarzać na sygnał elektryczny, ławka jest po to, żeby na niej siedzieć. Wszystko ma funkcjonować zgodnie z przeznaczeniem. Gdyby ktoś nie znający się dostał mikrofon, mógłby pomyśleć: o będzie dobry, żeby uderzyć kolegę. Wymyślił sobie. Sensu istnienia mikrofonu i wszystkich rzeczy nie trzeba wymyślać, bo pomysły mogą być absurdalne. Ten sens trzeba odkryć albo zapytać kogoś, kto się zna.
Kto powie jaki jest sens istnienia człowieka? Za pomocą rozumu sami w pewnym stopniu ten sens odkrywamy, ale nigdy nie odkryjemy do końca. Całkowitą odpowiedź o sens istnienia człowieka da tylko Bóg, bo Bóg go stworzył.
I rzeczywiście Bóg nieustannie mówi do człowieka, mówi jak ma żyć, aby w pełni rozwinął swoje człowieczeństwo, żeby był szczęśliwy. W jaki sposób Pan Bóg mówi? przez proroków, ale najbardziej przez swego Syna Jedynego Jezusa Chrystusa.
bł. JP2 woła: Chrystus „objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi”. daje mu poznać, co to znaczy być człowiekiem. Daje mu poznać, przez co człowiek zasługuje na imię i godność człowieka.
Jednym z takich proroków był św. Jan Chrzciciel, poprzedzający przyjście Zbawiciela.
Sam o sobie mówi, że jest jedynie głosem, zatem nie jest ważne, że to akurat Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, ważne, że udziela swojego głosu na przekazywanie nie swoich Słów, ale Bożych; ważne, że do uszu słuchaczy dociera informacja, co mają zrobić, aby się nawrócić i przygotować na przyjście Pana.
Trzeba powiedzieć, że w naszych czasach także są prorocy posłani przez Boga, np. bł. Jan Paweł II czy Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński. Trzeba nam przyjąć te Słowa, które Bóg przez nich do nas kieruje; przyjąć z całkowitym zaufaniem i żyć wg nich. Przecież są to osoby, które swoim życiem potwierdziły prawdziwość przekazywanych przez siebie Słów Boga. Czyż nie warto im zaufać? Czyż sam Jezus Chrystus nie jest godzien, żeby Mu wierzono?! Oczywiście, że są to osoby godne zaufania jak nikt inny.
Oprócz tego, że Bóg do nas mówi, to również dotyka, przytula. Dokonuje zaś tego przez Sakramenty Święte.
Sakrament – widzialny znak niewidzialnej łaski, Bóg nas uświęca, dotyka nas.
To tak, jak bliźniacy mają doświadczenie jakiejś wielkiej, niewidzialnej ręki chodzącej po ich ciałach, albo kobiecego głosu. Jeden z braci twierdzi, że to złudzenie, albo jakiś przypadkowy ucisk, ale inny mówi: to jest dotyk ojca pełen miłości. Jak rodzice chcą dotknąć dziecko, aby jeszcze przed porodem poczuło się bardziej kochane, tak Bóg chce nas dotknąć, przytulić i uświęcić.
Niedziela dzisiejsza jest niedzielą radości. Dlaczego? Bo zawsze powstaje radość, gdy życie ludzkie się odmienia na lepsze; ale także gdy przychodzi ktoś i tylko zapowiada tę odmianę. Tak dzisiaj w Ewang. Słyszymy św. Jana,
Jednak motywem radości dla naszej parafii jest także fakt, że 5 lat temu nawiedziła nas Matka Boża w swoim wizerunku jasnogórskim. Maryja także jak jutrzenka zapowiada wschód Słońca, tak jej narodzenie zapowiadało przyjście Chrystusa.
Również te właśnie cudowny obraz jasnogórski jest dla nas widzialnym znakiem niewidzialnym łaski. Przez ten obraz przypominamy sobie o obecności Maryi wśród nas.
Umiłowani! Tutaj na tej liturgii Bóg naprawdę nas dotyka tak jak ojciec czy matka swoje dziecko przed urodzeniem. Zechciejmy przyjąć ten Dotyk nie jako coś zwykłego, ale prawdziwy objaw Jego niesk miłości
4 GRUDNIA 2011
II NIEDZIELA ADWENTU
Dzisiejsze czytania:
Iz 40,1-5.9-11; Ps 85,9-14; 2 P 3,8-14; Łk 3,4.6; Mk 1,1-8
Jesteśmy coraz bardziej zalewani różnymi fatalistycznymi przepowiedniami,
że coraz trudniej nam się w tym odnaleźć.
Z drugiej strony Pan Bóg mówi nam dzisiaj: Pocieszcie mój lud! Właśnie dzisiaj Bóg nam to mówi! Nie, że kiedyś przed Chrystusem. Dzisiaj!
Powstaje wobec tego pytanie: czym mamy się kierować?
Odpowiedź jest jednoznaczna: oczywiście, że Słowem Boga.
Czy wobec tego te straszne przepowiednie nie nieprawdziwe? Niekoniecznie.
Gdyby lekarz po dokładnym zbadaniu stanu zdrowia, wydał opinię, że jakiemuś człowiekowi zostało tylko 2 lata życia, to nikt by się takiej opinii nie dziwił, bo lekarz się zna i może przewidzieć niektóre rzeczy. Nikt nie powie, że opinia lekarza jest proroctwem, tylko rozumnym przewidywaniem. Jednak przewidywania lekarza wcale nie muszą się sprawdzić. Może się okazać, że ta przykra wiadomość, chorego człowieka zabić już następnego dnia, a może też spowodować, że on będzie się dużo modlił i prosił Boga o uzdrowienie i Bóg da mu jeszcze 40 lat życia.
Tak samo jest z jasnowidzami, którzy nie znają przyszłości. Jeżeli jasnowidz opowiada o sprawach dla niego nieznanych, to mówi nie od siebie leczo od złego ducha. Zły duch zaś również nie zna przyszłości, a jedynie wie, co jest teraz i co było kiedyś. Na tej podstawie może z pewnym prawdopodobieństwem przewidzieć, co stanie się jutro albo za rok.
Ktoś zapyta: skoro tak, to dlaczego nie skorzystać z tej wiedzy? Otóż zły duch jak coś powie, zdradzi jakąś tajemnicę, to nie dla dobra człowieka, tylko, żeby go zgubić.
Po pierwsze zatem za usługę odbierze sobie zapłatę. Ludzie myślą, że jak zapłacą wróżce za przepowiednie pieniędzmi, to już koniec. Nie to jest zapłata dla wróżki, że była pośredniczką, a zły duch będzie chciał zapłaty dla siebie i to o wiele większej, niż wróżka, bo to on był źródłem informacji.
Oczywiście, że nie przyjdzie i nie powie: jesteś mi winien 100 tys. Czekam do końca miesiąca, jeśli nie oddasz, zabieram ci dziecko. Nie, lecz on odbierze swoją zapłatę w czasie najlepszym dla niego czyli najgorszym dla nas i wcale nie chce pieniędzy, tylko woli rozbić małżeństwo, popsuć relacje z dziećmi, źle nastawić do nas sąsiada; zniewolić syna alkoholem albo dotknąć córkę nieuleczalną chorobą.
Może być tak, że z odebraniem zapłaty poczeka kilka czy kilkadziesiąt lat, bo wie, że gdyby to zrobił teraz, to człowiek jeszcze by z tego jakoś wyszedł. Może by się wyspowiadał, przestał chodzić do wróżki, a Bóg uzdrowiłby córkę z choroby. To on woli poczekać, niech człowiek jeszcze pogrzeszy, przyzwyczai się do grzechu, a wtedy zapłata dla złego wzrośnie i jak w takim momencie uderzy, to pogrąży nie tylko tego człowieka, ale całą jego rodzinę.
I tak człowiek powoli, nieświadomie zaciąga dług wobec złego ducha. Ten zaś jak akwizytor wciska mu swoje towary, wciska je wszędzie. A to mu horoskop podrzuci w gazecie dla kobiet a to jakąś przepowiednię o końcu świata, i tak się zbiera. Człowiek zwykle uważając się za inteligenta, mówi, że w ogóle w te brednie nie wierzy i się z nich śmieje, ale nawet nie wie, że w podświadomości mu gdzieś tam głęboko zostaje. Zostaje chociaż odrobina, chociaż jakieś mała sugestia: a może? Może się to właśnie stanie?
Oto chodnikiem idzie piękna choć trochę smutna blondynka. Cyganka podbiega i woła: powróżę ci, za darmo! Blondynka się odwraca, ale cyganka mówi: jutro jest twój dzień. Ubierz się ładniej niż zwykle i pomaluj, bo spotkasz pewnego chłopca. Blondynka myślała: ona nie ma racji. Jednak potem druga myśl: może i nie ma ale co mi szkodzi ładniej się ubrać i pomalować? Ona już połknęła pigułkę od złego ducha, połknęła haczyk. No bo która kobieta pozostała by obojętna na takie słowa? Tak czy owak, zły duch zawsze wie, co komu nałożyć na haczyk, żeby się człowiek skusił.
Ta kobieta nie chciała kupić towaru, mimo to uległa złemu i w rezultacie jest dłużna, będzie musiała złemu zapłacić. W o wiele jednak gorszej sytuacji są ci, którzy sami, nawet dla żartów korzystają z takich wróżb.
Dlatego naprawdę uważajmy i nie czytajmy ich. Szczególnie zaś trzeba chronić dzieci, młodzież przed tym, bo na nich te rzeczy bardziej oddziaływają, bardziej to zostaje w ich podświadomości. Rodzice zaś są odpowiedzialni za wychowanie swoich dzieci, nawet jeśli już dorośli. Mają zatem dbać również o to, co czytają, oglądają i słuchają, czyli jakim pokarmem duchowym się karmią. Jeżeli w jakimś czasopiśmie kupowanym przez córkę czy syna są horoskopy albo jakieś inne wróżby, lepiej zakazać kupowania go. Naprawdę. Zamiast tego o wiele lepiej zaprenumerować Miłujcie się, które już polecałem wiele razy. W naszej parafii jest owszem Gość, ale to nie jest czasopismo typowo dla młodzieży, dlatego polecam Miłujcie się.
Całkowicie odmienne od tego jest proroctwo pochodzące od Boga. Po pierwsze, jest ono darmowe. Ani Bóg nie żąda zapłaty, ani też prorok który je przekazuje nie może jej żądać.
po 2-e, tylko Bóg zna prawdziwą przyszłość, ale może wszystko zmienić, jeśli ludzie będą Go prosić.
Bóg sam decyduje czy i w jaki sposób powiedzieć coś do człowieka. To jest odmiennie niż u demona, bo gdy zapytamy wróżki, to zawsze dostaniemy odpowiedź.
Bóg ujawniając człowiekowi przyszłość, robi to dla jego dobra, tak, żeby wiadomość nie załamała, nie pogrążyła człowieka w depresji, albo w bezczynnym oczekiwaniu. Bóg chce zawsze podnieść, zmobilizować do pracy. Bóg chce człowieka pocieszyć a nie pognębić;, ostrzec a nie wystraszyć.
Przyjrzyjmy się dzisiejszym czytaniom.
Wiadomo, że śmierci nikt nie uniknie, ale niektórzy się jej boją, wpadają w panikę na myśl o niej. Człowiek, który się boi, nie ma wielkiej zażyłości z Bogiem, ponieważ w miłości nie ma lęku. Straszyć śmiercią albo końcem Świata – to jedno i to samo, to taktyka szatana. Bóg nie straszy, ale mówi, co zrobić, żeby przejść przez nią bezpiecznie.
Np. tydzień temu mówił nam coś bardzo ważnego: czuwajcie!
Dzisiaj mówi nam kolejne ważne rzeczy. W pierwszym czytaniu słyszymy: Pocieszcie, pocieszcie mój lud! Powodem tego ma być skończony okres pokuty, bo grzechy zostały odpokutowane i to podwójnie, Zaczyna się natomiast okres radości z powodu nadchodzącego Pana.
Następnie rozlega się jakiś głos mówiący, co trzeba zrobić, żeby On przyszedł. Głosem tym jest to oczywiście prorok Jan Chrzciciel. Jednak w ogóle nie jest ważne kto to mówi, ważne, że udziela swojego głosu, ważne żeby dotarło do uszów słuchaczy. Dlatego Jan Chrzciciel mówi o sobie, że jest tylko głosem.
Z przyjściem Boga, rozpoczyna się czas wielkiego wesela i radości. Oczywiście, nie dla wszystkich, a tylko dla tych, którzy oczekują Go z miłością i przygotowują się na Jego spotkanie. Ci zaś, którzy grzeszą i nie chcą zerwać z grzechem, boją się tego spotkania i jeżeli mogą, to starają się go uniknąć albo odwlec.
Trzeba powiedzieć, że są 3 przyjścia Chrystusa. Pierwsze 2 tys. lat temu, gdy narodził się z Maryi. Drugie przyjście od wniebowstąpienia każdego dnia, gdy przychodzi do nas w Komunii Świętej. Trzecie przyjście będzie na końcu Świata.
Jednak dla ogromnej większości ludzi nie ma znaczenia, kiedy będzie koniec Świata, bo i tak tego nie dożyją.
Do każdego przyjścia Chrystusa, trzeba się przygotować. Żeby bowiem zostać zbawionym, to na Sądzie który będzie po śmierci, człowiek musi okazać się podobnym do Chrystusa, musi pasować do Niego. To upodabnianie się do Boga dokonuje się przez systematyczne przyjmowanie Sakramentów zwłaszcza Spowiedzi i Komunii Świętej.
Jeżeli ktoś nie chce łączyć się z Chrystusem w ciągu swego życia, albo łączy się rzadko, to faktycznie z obawą będzie oczekiwał na spotkanie z Nim po śmierci. Chrystus bowiem będzie dla niego kimś nieznajomym, obcym, surowym sędzią.
Kto zaś będzie Go regularnie przyjmował, ale przyjmował z szacunkiem i świadomością Kogo przyjmuje, to stopniowo Chrystus będzie rozlewał w nim swoje boskie życie, upodabniał go do Siebie. Taki człowiek będzie raczej z utęsknieniem oczekiwał na to ostateczne spotkanie i w żaden sposób nie da się nim przestraszyć.
Z tego powodu w ogóle niepotrzebne są spekulacje na temat : kiedy będzie koniec Świata. Tylko Bóg to wie, kiedy to nastąpi.
To właśnie mówi nam dzisiaj Słowo Boże: oczekujcie przyjścia naszego Pana, Jezusa Chrystusa wśród radości. Oczekujcie, czyli nie przestawajcie czuwać. Niech się podniosą doliny, czyli jeśli ktoś jest w grzechu, niech się wyspowiada i powstanie z niego. Wzgórza niech się obniżą, czyli pyszni niech się upokorzą.
Trzeba nam słuchać przede wszystkim Słowa Bożego, a nie fałszywych proroków. Amen.
.
27 LISTOPADA 2011
I NIEDZIELA ADWENT
Dzisiejsze czytania:
Iz 63,16b-17.19b; 64,3-7; Ps 80,2ac.3b.15-16.18-19; 1 Kor 1,3-9; Ps 85,8; Mk 13,33-37
KAZANIE - mp3

20 LISTOPADA 2011
Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata
Dzisiejsze czytania:
Ez 34,11-12.15-17; Ps 23,1-3.5-6; 1 Kor 15,20-26.28; MkMt 25,31-46 11,10;

Obchodzimy dzisiaj uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata. Pragniemy w ten sposób lepiej uświadomić sobie, że to właśnie On jest Panem i Władcą wszystkich ludzi i całego stworzonego świata.
Ktoś jednak może powiedzieć: gdyby Jezus naprawdę był Królem Świata, to nie byłoby wojen, wyzysku i niesprawiedliwości. Panowałaby cywilizacja miłości. Tymczasem tego zła jest tak dużo, że aż dziw bierze, jak Bóg może na to pozwalać. Chyba o nas zapomniał albo nie panuje nad sytuacją.
A jednak Jezus naprawdę jest Królem całego Wszechświata, niezależnie, czy ktoś to uznaje czy nie, tylko że sposób sprawowania przez Niego władzy jest odmienny od naszego ludzkiego rozumowania.
Dzisiaj w Ewangelii widzimy, jak Jezus na końcu Świata sprawuje sąd jako Sędzia sprawiedliwy. Trzeba powiedzieć, że taki czas przyjdzie na każdego, że człowiek stanie po śmierci przed sprawiedliwym Sędzią. Póki jednak żyjemy na ziemi, mamy czas na kształtowanie swojej osobowości, na nawrócenie. Bóg bowiem pragnie wszystkich zbawić, żeby nikt nie został potępiony, dlatego zanim Jezus przyjdzie jako sędzia sprawiedliwy, przychodzi jako Król Miłosierdzia – jak powiedział do św. Faustynie
Jezus gdyby tylko chciał, mógłby bez żadnego problemu także przejąć władzę w dowolnym momencie historii, tak jak my rozumiemy władzę
Mógłby np. tak, jak tego oczekiwali Żydzi, zstąpić z nieba na oczach wielu ludzi, otoczony aniołami, stanąć na dziedzińcu świątyni, obwieścić że jest Królem i żądać posłuszeństwa. Gdyby jeszcze temu towarzyszyły nadzwyczajne zjawiska, grzmoty, trzęsienia ziemi, - nikt by Mu się nie sprzeciwił. Wszyscy z wielkiego strachu byliby absolutnie posłuszni Jezusowi.
No tak, tylko że wtedy nie umarłby na Krzyżu, więc i nie odkupił nas, nie zaświadczył o miłości Boga aż po śmierć.
– No dobrze. Skoro już musiał koniecznie oddać za nas swoje życie, to zamiast wstępować do nieba, po zmartwychwstaniu mógł objąć władzę. Po dokonaniu takiego cudu? A gdyby ktoś dalej nie wierzył, mógłby dokonać jeszcze innych cudów: uśmiercić na miejscu swoich przeciwników – co za problem? Zresztą, nie musiałby posuwać się do takich środków, bo każdy, kto tylko spojrzałby na Jezusa, nie potrafiłby się Jemu sprzeciwić
Sam bowiem wygląd Jezusa, blask oczu, mowa – byłyby zniewalające. Pamiętamy jak Jezus objawił się św. Janowi: obleczony w szatę do stóp i przepasany na piersiach złotym pasem.
Głowa Jego i włosy - białe jak śnieg, a oczy Jego jak płomień ognia.
Stopy podobne do drogocennego metalu, a głos jak głos wielu wód. Od całej postaci bił niesamowity blask, jak od Słońca. Gdy Jan Go zobaczył, od razu upadł na twarz, oddając pokłon – i każdy człowiek z lęku zrobiłby tak samo.
W takiej postaci Jezus gdyby tylko chciał, mógłby silną ręką sprawować rządy nad światem przez wszystkie wieki. Przecież nie miałby żadnego problemu z nieśmiertelnością, bo jest Bogiem. Wtedy wszyscy od góry do dołu przestrzegaliby prawa, które by Jezus nadał, bo to On ustanawiałby prezydentów, premierów i innych rządzących a oni by przed Nim odpowiadali. Wojska i policje państwowe także byłyby na Jego usługach
A czy my cieszylibyśmy się, gdyby w ten sposób Jezus królował ? Na pewno, bo panowałaby cywilizacja miłości, zło byłoby karane a dobro nagradzane, nie tak jak teraz. Każdy chciałby być dobry. Ludzie naprawdę byliby szczęśliwi. Wszyscy prześcigali by się w robieniu dobrych uczynków, bo każdy chciałby się spodobać Jezusowi. Jednak znalezienie kogoś potrzebującego, byłoby wielkim problemem. W takiej sytuacji ludzie byliby dobrzy, mało byłoby chorych, bo nie byłoby stresu, który jest jedna z głównych przyczyn chorób. Takim zatem dobrym ludziom, o wiele łatwiej byłoby pomagać
Możemy sobie wyobrazić, jak by było fajnie?!
No właśnie, ale Jezus tak nie zrobił
Zostać z nami został, ale pod całkiem inną postacią, mianowicie pod postacią Eucharystii. Dlaczego?
Jezusowi nie chodzi o to, żebyśmy już tu na ziemi mieli Raj. Raj będziemy mieli w niebie. Jezusowi chodzi o miłość. Miłość zaś łączy się z ofiarą, wyrzeczeniem, walką.
Jezus Król Wszechświata zstąpił na ziemię, ale nie narzucił ludzkości swojej władzy, nie strącił żadnego króla, choć miał do tego słuszne prawo. Nie, On nikomu nie narzuca swojej władzy, nie odbiera wolności, tylko pragnie, żeby każdy człowiek i całe społeczeństwa i narodu uznały z własnej woli Jego panowanie; Ale żeby motywacją do tego nie był strach przed karą, tylko miłość.
Gdyby Jezus zrobił, jak mówiłem przed chwilą, że narzuciłby swoje królowanie siłą, to wtedy motywem wypełniania obowiązków religijnych wśród wielu ludzi, mógł by być strach przed karą: jak nie ochrzczę dziecka, to przyjdzie policja i zapłacę mandat. Podobne motywacje mogły by być, gdyby ogłoszono Chrystusa Królem Polski, jak chcą niektórzy. Owszem, intronizacja Tak, ale Najświętszego Serca Pana Jezusa, bo Jezus działa przez Serce
On pragnie, żebyśmy żyli pełnią człowieczeństwa i chce nas pociągać do tego miłością swojego Serca. Dlatego, choć jest największy ze wszystkich, to przychodzi jako najmniejszy i służy wszystkim oddając swoje życie na Krzyżu za nas.
Nie odrzucajmy tej miłości! Starajmy się żyć pełnią człowieczeństwa, czyli zgodnie z nauką Chrystusa, który godzien jest, aby Mu zaufać. Ame
13 LISTOPADA 2011
XXXIII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania:
Prz 31,10-13.19-20.30-31; Ps 128,1-5; 1 Tes 5,1-6; J 15,4.5b; Mt 25,14-30
(Mt 25, 14-30) przypowieść o talentach
6 LISTOPADA 2011
XXXII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania:
Mdr 6,12-16; Ps 63,2-8; 1 Tes 4,13-18; Mt 24,42a.44; Mt 25,1-13
w 2009 roku w Pakistanie Asia Bibi, którą koleżanki natarczywie przekonywały ją do przyjęcia islamu, powiedziała do nich: „Jezus Chrystus umarł za moje grzechy i za grzech świata.
Nie zrobił tego dla was Mahometa”. Z tego powodu została pobita wraz z trójką dzieci, zaciągnięta przed sąd i skazana na karę śmierci przez powieszenie.
Asia Bibi jest żoną i matką pięciorga dzieci.
W jej obronie ujął się federalny minister ds. mniejszości religijnych Pakistanu
Shahbaz Bhatti. W rezultacie w marcu br. został zabity przez islamskiego fundamentalistę za promowanie projektu prawa mającego zmienić tzw. ustawę o bluźnierstwie. Po jego śmierci władze zlikwidowały kierowane przez niego ministerstwo ds. mniejszości religijnych.
Shahbaz Bhatti był katolikiem.
Pakistan liczy 160 mln ludności, z czego 2% to chrześcijanie (z tego mniej niż połowa to katolicy). Aż trudno opowiedzieć o skali prześladowań Chrześcijaństwa zarówno tam jak i w innych krajach muzułmańskich. W katolickim 2-u miesięczniku Miłujcie się, w n-rze 4 – 2006r. jest artykuł na ten temat. Warto czytać Miłujcie się.
Taką sytuację jaka jest w krajach muzułmańskich, określilibyśmy i słusznie,
jako fanatyzm religijny.
Przecież prawo do wolności religijnej jest jednym z zasadniczych praw człowieka. Człowiek ma prawo na zewnątrz, publicznie deklarować swoją wiarę, publicznie wykonywać swoje akty religijne.
Jednocześnie jednak ma prawo domagać się szacunku dla swojej religii, dla Boga, w którego wierzy. To, co dzieje się w krajach muzułmańskich, jest zaprzeczeniem tego prawa.
Jednak również niezgodne z tym prawem są wszelkie akty ośmieszania Mahometa, Chrystusa, czy Matki Bożej.
Tym bardziej akty profanacji przedmiotów obrazów czy budynków religijnych.
Zatem niezgodne z prawem wolności religijnej było opublikowanie przez dziennikarzy na Zachodzie karykatury proroka Mahometa, co oni nazwali wolnością słowa. - Za ten incydent musieli zapłacić również chrześcijanie w Pakistanie, ponieważ muzułmańscy demonstranci w Peszawarze, protestujący przeciw tym publikacjom, zdemolowali prowadzone tam przez chrześcijan szkoły oraz prowadzony przez Kościół katolicki szpital. 2 lutego 2006 r. grupa uzbrojonych islamistów wtargnęła do katolickiego kościoła w Kawanlit, niszcząc ołtarz i naczynia liturgiczne.
Spójrzmy jednak na sytuację w Polsce, gdzie również nie jest zachowywane prawo wolności religijnej, ponieważ obrażane są uczucia religijne. Co bowiem powiedzieć, jeśli na pośmiewisko robi się krzyż z puszek po piwie i wiesza pluszowego misia? Co powiedzieć, jeśli pod pozorem sztuki, profanuje się obraz MB czy Chrystusa na Krzyżu dorysowując ….. pamiętamy co.
Co wreszcie powiedzieć, jeśli ktoś publicznie podrze Biblię na scenie
przy rozentuzjazmowanej publiczności?
I prawo państwowe jakoś na to pozwala w kraju, gdzie procent katolików jest podobny, jak w Pakistanie Muzułmanów.
Co by się stało w kraju muzułmańskim gdyby ktoś w imię wolności religijnej, chciał zdejmować np. z Sali sejmowej półksiężyc? Pewnie na miejscu osądzony i zabity. A u nas co się dzieje? Katolicy są coraz bardziej prześladowani w kraju o zdecydowanej większości katolickiej.
Jeżeli nie obronimy krzyża w Sejmie, to co obronimy? W następnym etapie nie pozwoli się katolikom w Polsce postawić krzyża na ulicy, ani nosić go widocznego na szyi. Oczywiście, że walka z tym nie dokonuje się w sposób jawny, przez jakieś formalne zakazy, a raczej przez ośmieszanie, przez wmawianie w świadomość społeczną, że jest to nienaturalne i śmieszne, że to wyraz zacofania. Dlaczego coraz rzadziej widzimy medalików noszonych na piersiach?
W tym wszystkim chodzi o to, aby wychować człowieka areligijnego, czyli nie zorientowanego religijnie, obojętnego na religię. A przecież jest to całkowita degradacja człowieczeństwa, bo do jego istoty należy religijność. Człowiek jest ze swojej natury istotą religijną i musi wyznawać jakąś religię, w coś musi wierzyć. Pytanie jest tylko, w co?
Trzeba powiedzieć, że większość katolików w Polsce, choć oficjalnie takimi się uznaje, to przestała walczyć za swoją wiarę. Dlaczego? Brak męstwa, odwagi, mierność?
Czyż Bóg nie pragnie, aby o Niego walczyć?
Ależ oczywiście, że tego pragnie z całego Serca!
Bóg Jest Miłością. Z miłości stworzył człowieka i stworzył go do miłości. Bóg pragnie być przez człowieka kochany, kochany na de wszystko. Pragnie zatem, żeby człowiek Go zdobywał, poznawał, walczył o Niego. Walczył i zdobywał, jak mąż swoją żonę, jak chłopak dziewczynę. Bóg nie jest jak nierządnica, która narzuca się każdemu. Nie, Miłość chce, być ją zdobywana!
Następnie, Bóg jest Bogiem zazdrosnym, bo miłość jest zazdrosna. Nie jest Mu zatem obojętne, czy ktoś nosi na szyi medalik, czy pacyfkę, czy jaki inny przedmiot okultystyczny. Jak ktoś mi pokazuje pacyfkę i mówi, że nie zdejmie, bo to fajne. Bóg – Miłość siłą nikomu tego nie odbierze, ale jak każda miłość, jest zazdrosny.
Czyż ci Muzułmanie z taką żarliwością walczący dla swojego boga, nie powinni być dla nas przykładem? Oczywiście, że tak! Wiadomo, że zabijanie, gwałty, profanacje są bardzo złe i tego powinni się wstydzić. Jednak żarliwości, tej determinacji w wyznawaniu wiary i gotowości do jej obrony, gotowości poświęcenia życia, trzeba nam się uczyć.
Trzeba nam się uczyć od Asi Bibi, która nie zaparła się Chrystusa, choć od 2 lat jest zamknięta w więzieniu, jej mąż i 5 dzieci, pragną matki i modlą się o nią.
Ktoś zapyta: no właśnie, czy Bóg chce od nas takich wielkich ofiar? Czy nie powinna zrobić tego, co chcą muzułmanie, czyli wyrzec się chrześcijaństwa i przyjąć Islam, żeby wrócić do swojej rodziny? Przecież po cichu mogłaby sobie wierzyć w Chrystusa!
Nie, nie powinna, ponieważ Bóg jest Bogiem zazdrosnym i pragnie naszej ofiary. On ofiarował za nas życie swego Syna Jedynego i jest godzien, aby z miłości ofiarować Mu życie swoje, swojej rodziny i wszystko. Godzien jest najwyższej ofiary! Jeśli człowiek do tego stopnia umiłuje Boga, to Bóg wynagrodzi go nieskończenie hojniej.
Takiej właśnie postawy: jednoznacznej, gorliwej jako wyrazu miłości, oczekuje od nas Bóg. Takiej walki do końca. O takiej postawie mówił bł. Jan Paweł II do młodzieży na Westerplatte.
Tu, na tym miejscu, na Westerplatte, we wrześniu 1939 roku, grupa młodych Polaków, żołnierzy, pod dowództwem majora Henryka Sucharskiego, trwała ze szlachetnym uporem, podejmując nierówną walkę z najeźdźcą. Walkę bohaterską.
Pozostali w pamięci narodu jako wymowny symbol. Trzeba, ażeby ten symbol wciąż przemawiał, ażeby stanowił wyzwanie dla coraz nowych ludzi i pokoleń Polaków.
Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”.
Wreszcie — jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić — dla siebie i dla innych.
Czy my mamy jeszcze jakieś Westerplatte? Czy z niego nie zrezygnowaliśmy? Czy gotowi bylibyśmy oddać życie dla Chrystusa?
Czy gotowi bylibyśmy oddać życie za Ojczyznę, jak ci żołnierze?
Trzeba nam znowu objąć swój posterunek, swoje Westerplatte i na nim czuwać!
Trzeba nam to słowo Jezusa: Czuwajcie! usłyszeć bardzo mocno.
Czuwajcie, żeby nie stracić tego, co jest istotą człowieczeństwa!
Czuwać to stać na straży w obronie jakichś wartości, które nam powierzył Bóg!
Czuwać to wytrwać na posterunku, na straży jak żołnierz.
30 PAŹDZIERNIKA 2011
XXXI Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania:
Ml 1,14b-2,2b.8-10; Ps 131,1-3; 1 Tes 2,7b-9.13; Mt 23,9a.10b; Mt 23,1-12
Umiłowanie w Chrystusie bracia i siostry!
Rozpoczynamy dzisiaj rekolekcje, czyli czas szczególnego przybliżania się do Boga. Powstaje jednak pytanie: po co nam takie rekolekcje? Czy nie wystarczy regularnie chodzić na mszę, modlić się codziennie, tylko trzeba jeszcze jakichś innych form pobożności? Przecież człowiek i tak ma tyle spraw na głowie, a rekolekcje to może dla takich, co ciągle lubią w kościele wysiadywać,
ale nie dla mnie.
A jednak warto na nie przychodzić, warto każdemu, zwłaszcza tym, którzy podobnie myślą. Zachęcam, nie będzie nudy.
Oto przed nami dzień Wszystkich Świętych potem Dzień zaduszny, w których szczególnie wspominamy naszych zmarłych. Skłania nas to, do głębszego zastanowienia się nad śmiercią i sensem ludzkiego życia. Wiadomo, że śmierci nikt nie uniknie, ale co potem? Kościół naucza, i my w to mocno wierzymy, że jest życie wieczne.
Ktoś jednak może powiedzieć: a ja nie wierzę, że jest życie po śmierci i już. Nikt tego nie widział i nie udowodnił. - No tak, ale czy zawsze trzeba coś dotknąć, zobaczyć, żeby uwierzyć? Posłuchajmy, jak sobie gaworzą dwaj bracia bliźniacy przed urodzeniem:
- nie mogę się doczekać naszego porodu.
- co ty, oszalałeś?! Przecież poród to koniec z nami! Potem nie ma już nic!
- nieprawda. Ja wierzę, że dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie. W tym drugim życiu to jest dopiero prawdziwy świat. Tam jest więcej światła. - jakiego światła, co ty bredzisz?!
- Trudno mi to wytłumaczyć, bo sam tego nie widziałem. Tak kiedyś nasza mama mówiła, że teraz żyjemy w wiecznej ciemności, a po urodzeniu zobaczymy światło.
- jaka znowu mama?! Coś ty wymyślił, przecież poza nami nikogo tu nie ma!
- mama … to jest ktoś, w kim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ta, która dała nam życie i nieustannie nas w tym życiu podtrzymuje, karmi nas. Po urodzeniu sam ją zobaczysz.
Myślę, że jest bardzo piękna.
- Co to znaczy, że zobaczę? --- Nie wierzę w to, co mówisz. Nie masz żadnych na to dowodów.
- czy nie słyszałeś wiele razy tego kobiecego głosu jak mówił do nas? Myślę, że to był właśnie głos mamy. Były też inne głosy. A czy nie czułeś tajemniczego, pieszczotliwego dotknięcia jakby jakiejś wielkiej ręki na naszych ciałach? To mogłaby być ręka taty.
- tak, ale to wszystko mogło być tylko snem albo złudzeniem. To wszystko to są twoje domysły i nie uwierzę w nie, jeśli sam tego nie dotknę. Nie wierzę w żadną inną rzeczywistość, poza tą, której teraz doświadczamy. Z tamtego świata nikt jeszcze nie wrócił i nie powiedział, że on istnieje.
Dlatego chciałbym w tym świecie,
tutaj zostać jak najdłużej i przed porodem będę się bronił ze wszystkich sił.
- ja natomiast opuszczę go z wielką radością, bo wierzę w życie po porodzie, i w mamę i tatę.
Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie: jest życie po śmierci, czy nie ma? Nie można go zostawić na boku, później się będę zastanawiał. Albo na wszelki wypadek pomodlę się, żeby Bóg wziął mnie do nieba, gdyby to niebo istniało.
– To też jeszcze nie o to chodzi, żeby pomodlić się na wszelki wypadek i mam spokój. Gdyby tak było, to byłaby niesamowicie niska cena za wieczne szczęście w Królestwie niebieskim.
O NIE! Tutaj chodzi o coś o wiele ważniejszego!
Tu chodzi o odkrywanie sensu swojego istnienia!
Przecież wszystko co istnieje na świecie, istnieje w jakimś celu. Głośnik ma wzmacniać głos, mikrofon ma go przetwarzać na sygnał elektryczny, ławka jest po to, żeby na niej siedzieć. Wszystko ma funkcjonować zgodnie z przeznaczeniem. Gdyby ktoś nie znający się dostał mikrofon, mógłby pomyśleć: o będzie dobry, żeby uderzyć kolegę. Wymyślił sobie. Sensu istnienia mikrofonu i wszystkich rzeczy nie trzeba wymyślać, bo pomysły mogą być absurdalne. Ten sens trzeba odkryć albo zapytać kogoś, kto się zna.
Kto powie jaki jest sens istnienia człowieka? Za pomocą rozumu sami w pewnym stopniu ten sens odkrywamy, ale nigdy nie odkryjemy do końca. Całkowitą odpowiedź o sens istnienia człowieka da tylko Bóg, bo Bóg go stworzył.
Dlatego bł. JP2 woła: Chrystus „objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi”.
daje mu poznać, co to znaczy być człowiekiem.
Daje mu poznać, przez co człowiek zasługuje na imię i godność człowieka.
Trzeba nam zatem patrzeć na Chrystusa, na Jego życie,
wsłuchiwać się w Jego nauczanie i starać się naśladować Go.
Czyż Jezus Chrystus nie jest godzien, żeby Mu wierzono?! Czy bł. JP2 nie jest godzien zaufania? Oczywiście, że są to osoby godne zaufania jak nikt inny. Dlaczego tak często kierujemy się w życiu opiniami ludzi nieszczerych, nieprawdziwych? Dlaczego kierujemy się tym, co doraźnie przynosi korzyść a nie postaramy się raczej spojrzeć na nasze życie z perspektywy wieczności i postępować wg nauki Tego, który z miłości do nas oddał życie?!
Przecież Syn Boży nie dla swojego widzimisię stał się człowiekiem i mówił jak mamy żyć, ale z najgłębszej troski o nas, z umiłowania nas do końca, aż po śmierć.
Czyż nie warto Jemu zaufać?
Właśnie dzisiaj w Ewangelii Jezus nam mówi: nikogo na ziemi nie nazywajcie waszym mistrzem, nauczycielem, ojcem. Co to oznacza?
Przecież idziemy do szkoły i tych którzy uczą nazywamy nauczycielami, w domu czy w konfesjonale mówimy ojcze, - czyżbyśmy odeszli od nauczania Jezusa?
Nie, nie odeszliśmy, tylko Panu Jezusowi chodzi o to, żeby On był dla nas najwyższym autorytetem w życiu, żebyśmy do końca, czyli bez żadnych wyjątków przyjęli Jego nauczanie. Natomiast rady czy nauki innych ludzi, żebyśmy przyjmowali o tyle, o ile są zgodne z nauczaniem Jezusa.
Wielu ludzi postępuje odwrotnie: za najwyższy autorytet uważają grupę kolegów, sąsiadek, inni TV, Internet, jeszcze inni właśnie nauczyciela w szkole. Zaś naukę Chrystusa przyjmują o tyle, o ile jest ona zgodna z tym właśnie autorytetem.
Nie chodzi również o to, żeby gdy przyjdziemy dzisiaj do domu, powiedzieć swemu ojcu: już nie nazwę cię ojcem. Tylko o to, żeby pamiętać, iż wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga jako Stworzyciela. On też czuwa nad nami jak Ojciec prawdziwy, pełen miłości. Tutaj bowiem na ziemi wielu ojców nie jest dobrymi ojcami.
I ostatnie zdanie Ewang: Największy z was niech będzie sługą waszym. Kto się …
Nie ulega wątpliwości, że Jezus Chrystus jest największym ze wszystkich ludzi wszystkich czasów, jest Królem Wszechświata. Gdyby tylko chciał, mógłby silną ręką sprawować rządy na ziemi przez wszystkie wieki. Przecież jest Bogiem, więc nie miałby żadnego problemu z nieśmiertelnością. Mógłby Jezus tak zrobić. Wtedy byłaby prawdziwa sprawiedliwość na ziemi, nie byłoby wyzysku, poniżania jakiegokolwiek narodu, ani rodziny, nikogo. Wszyscy od góry do dołu przestrzegaliby prawa, które by Jezus nadał, bo to On ustanawiałby prezydentów, premierów i innych rządzących a oni by przed Nim odpowiadali.
Wojska i policje państwowe także byłyby na Jego usługach.
W takim świecie naprawdę panowałaby cywilizacja miłości,
zło byłoby karane a dobro nagradzane.
Jezus jednak tak nie zrobił. Zostać z nami został, ale pod całkiem inną postacią, mianowicie pod postacią Eucharystii. Dlaczego? Ponieważ Jemu nie chodzi o to, żebyśmy już tu na ziemi mieli Raj. Raj będziemy mieli w niebie. Jezusowi chodzi o miłość. Miłość zaś łączy się z ofiarą, wyrzeczeniem, walką.
Jezus Król Wszechświata zstąpił na ziemię, ale nie narzucił ludzkości swojej władzy, nie strącił żadnego króla, choć miał do tego słuszne prawo. Nie, On nikomu nie narzuca swojej władzy, nie odbiera wolności, tylko pragnie, żeby każdy człowiek i całe społeczeństwa i narodu uznały z własnej woli Jego panowanie;
Ale żeby motywacją do tego nie był strach przed karą, tylko miłość.
Gdyby Jezus zrobił, jak mówiłem przed chwilą, że narzuciłby swoje królowanie siłą, to wtedy motywem wypełniania obowiązków religijnych wśród wielu ludzi, mógł by być strach przed karą: jak nie ochrzczę dziecka, to przyjdzie policja i zapłacę mandat. Podobne motywacje mogły by być, gdyby ogłoszono Chrystusa Królem Polski, jak chcą niektórzy. Owszem, intronizacja Tak, ale Najświętszego Serca Pana Jezusa, bo Jezus działa przez Serce.
On pragnie, żebyśmy żyli pełnią człowieczeństwa i chce nas pociągać do tego miłością swojego Serca. Dlatego, choć jest największy ze wszystkich, to przychodzi jako najmniejszy i służy wszystkim oddając swoje życie na Krzyżu za nas.
Nie odrzucajmy tej miłości! Starajmy się żyć pełnią człowieczeństwa, czyli zgodnie z nauką Chrystusa, który godzien jest, aby Mu zaufać. Amen
23 PAŹDZIERNIKA 2011
XXX Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania:
Wj 22.20-26; Ps 18,2-4.47.51ab; 1 Tes 1,5c-10; J 14,23; Mt 22,34-40

Oto młody, przystojny i elegancki mężczyzna mówi czule do młodej dziewczyny, patrząc jej w prosto w czy: kocham cię! a w dowód tego wręcza kwiat i całuje w rękę. Co dalej się dzieje? Możemy sobie łatwo wyobrazić. Krew zaczyna szybciej krążyć, rumieńce na twarzach itd. Jednym słowem dziewczyna zakochuje się w nim, tym bardziej, im więcej czuje od niego miłości, wsparcia, dobroci i siły. Jest to naturalne i od niej w pewnym stopniu od niej niezależne. Nie umiałaby tak całkowicie powstrzymać pojawiającego się uczucia.
Dzieje się to wszystko, ponieważ Bóg stworzył człowieka do miłości, miłość jest jego przeznaczeniem, zadaniem. Tak jak przeznaczeniem głośnika jest wzmacniać głos, przeznaczeniem kwiatka cieszyć ludzkie oczy, tak przeznaczeniem człowieka jest kochać.
Skoro tak, skoro miłość jest dla człowieka najważniejsza to na czym ona polega? Czy tylko na takim bezwiednym, może nawet mimowolnym zakochaniu się w drugiej osobie? Czy zawsze miłość przychodzi człowiekowi tak łatwo, jak w tym przypadku?
Gdyby tak było, to Bóg nie musiałby dawać przykazania miłości? Ta dziewczyna nie potrzebowałaby żadnego przykazania, aby się w tym przystojnym męrzczyźnie.
Trzeba jednak powiedzieć, że to pojawiające się w niej uczucie,
to jeszcze nie jest miłość prawdziwa.
To uczucie jest dopiero takim zapłonem, iskierką mającą zapalić w niej prawdziwą miłość.
Prawdziwa miłość polega na tym, żeby być bezinteresownym darem z samego siebie, na wysiłku woli, na rezygnacji ze swojego szczęścia dla drugiej osoby. Prawdziwa miłość streszcza się słowami piosenki Tomka Kamińskiego: nie ma mnie bez ciebie; czyli moje szczęście w ogóle się nie liczy, jeżeli ty jesteś nieszczęśliwy. Moje życie ma sens, jeżeli mogę ciebie uszczęśliwić. Jeżeli nie mogę się przyczynić do twojego szczęścia, to moje życie nie ma sensu. - Wie o tym każdy, kto był kiedykolwiek w życiu zakochany. - Widzimy, ile jest przypadków ludzi, którzy chcą sobie odebrać życie z powodu, że ich chłopak albo dziewczyna opuściła.
Miłość zatem polega na darowaniu siebie drugiej osobie i to darowaniu bezinteresownym, czyli nie oczekującym nic w zamian. Bo gdy człowiek za gesty miłości, jest wynagradzany, to już nie wiadomo, czy jest to prawdziwa miłość czy tylko handel.
Gdy np. wnuczek przychodzi do babci, dostaje cukierka i woła: o, babciu, ja cię tak kocham.
Oboje tacy szczęśliwi.
Ale gdy babcia już nie będzie miała cukierków, będzie chora czy przyniesie jej wody, porąbie drzewo? Najpierw go trzeba do tego wychować, nauczyć pracowitości.
Niektórzy ludzie uważają, że wychowanie dzieci polega na stworzeniu im warunków rozwoju, czyli wyżywienia, mieszkania, posłania do szkoły i rozliczaniu z osiągnięć w szkole. Wielu stawia za małe wymagania dzieciom, ufając, że gdy dorosną, jakoś same się domyślą, że trzeba być bezinteresownym darem. - I tu się grubo mylą, bo człowiek gdy za młodu nie nauczy się samozaparcia - to potem też się nie odmieni. Wychowanie nie polega na teoretycznym przekazaniu wiedzy, jak należy żyć. Wychowanie to osobisty przykład życia i tu nie wszyscy zdają egzamin, mówiąc: masz chodzić do kościoła, a sami nie chodzą; dbaj o zdrowie a sami piją, palą. żądają szacunku od swych dzieci, a sami nie szanują rodziców czy teściów; i w ogóle w wielu innych sytuacjach są zakłamani. Tracą w ten sposób autorytet wśród dzieci i chociaż mogą się wiele natłumaczyć i stosować kary, to dzieci i tak nie posłuchają.
Niektórzy, choć są autentyczni, żyją zgodnie z wyznawanymi zasadami, to jednak prawie są nieobecni w życiu dziecka. Np. z powodu pracy czy innych zajęć, mało są w domu, mało z dziećmi rozmawiają i także dziecko nie widzi tego przykładu. Te dzieci zaś zamiast przez rodziców, to wychowywane są przez rówieśników, przez komputer czy TV.
Ponadto w wychowaniu trzeba stawiać wymagania, żeby człowiek już od początku wiedział, że ma obowiązki, choćby posprzątać zabawki, nakarmić króliki, ale ma; w miarę rozwoju coraz większe. Straszną krzywdę robimy, jeśli nie stawiamy wymagań, nie wychowujemy do bycia darem z siebie, do samozaparcia. Taki człowiek, nie ma obowiązków gdy jest w domu, a gdy wchodzi w dorosłość, obowiązki spadają na niego jak grom i mogą go przytłoczyć. Taki człowiek nie umiejący być darem z siebie, nawet jeśli się zakocha i będzie chciał okazać miłość ze wszystkich sił, to i tak na niewiele będzie go stać. Widzimy, jak dużo rozwodów jest w ostatnich latach. Jednym z powodów jest, że młodzi chociaż szczerze się kochają, to gdy zostaną na swoim, okazuje się, że nie ma kto w domu pracować: sprzątać, gotować, zmywać itd.
Ktoś może powiedzieć: wobec tego recepta na szczęśliwe małżeństwo, to pracowitość obu stron. Otóż pracowitość jest ważna, ale są jeszcze ważniejsze, o wiele ważniejsze czynniki. Miłość bowiem polega na wejściu w relację z drugą osobą. Są ludzie, może nawet niesamowicie pracowici, ale co z tego, jak nie wchodzą w relacje, tzn. starają się od nikogo nie zależeć; boją się otworzyć swoje wnętrze, wypowiedzieć co ich trapi co raduje, boją się spojrzeć w oczy. Może to być spowodowane jakimś zranieniem i obawą, aby jeszcze nie być zranionym. Taki człowiek boi się wystawić siebie jako dar, zaryzykować, bo może zostać zranionym. A prawdopodobieństwo tego zranienia jest prawie pewne, bo człowiek jest grzeszny. Z powodu słabości, grzeszności człowiek zawsze zrobi coś przeciwko miłości. Dlatego w miłości musi być również przebaczenie.
Powstaje pytanie, czy można się jakoś przed tym zranieniem zabezpieczyć? Można.
Można przez pokochanie Pana Boga, bo Bóg jest Tym,
którego miłości możemy być zawsze pewni.
Gdyby nam się udało pokochać Boga nade wszystko, całą swoją osobą, to wtedy bylibyśmy w stanie przyjąć również Jego miłość. Bóg uzdrowiłby wszelkie nasze zranienia. Zranienia bowiem polegają na tym, że ktoś słyszy: jesteś niepotrzebny, do niczego. Im bardziej człowiek kocha tę osobę, która mu to daje poznać, im bardziej jest od niej zależny, to tym bardziej takie wyznanie go zabija. I oczywiście wyznanie przeciwne: jesteś wspaniały, dobry, męski, piękna, dodaje ochoty do życia – tym bardziej im bardziej kochamy tego, kto to mówi.
Bóg nieustannie powtarza każdemu z nas te właśnie słowa: podnoszące, ożywiające i uzdrawiające. Tylko żeby te słowa usłyszeć, trzeba wejść z Bogiem relacje, relacje miłości.
Widzimy zatem, że Bóg daje nam przykazanie miłości Boga z troski o nas, z troski o nasze zdrowie psychiczne i szczęście.
Trzeba jednak wspomnieć też o drugim przykazaniu: miłości bliźniego, którego mamy kochać ze względu na Boga. Czyli mamy okazywać wszelkie dobre uczynki bliźnim nie ze względu na tych bliźnich, ale ze względu na Boga, który się z nimi utożsamia. Przecież mówi: cokolwiek zrobiliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili.
Jak dobrze pomyślane: człowiek okazuje miłość ludziom, ale robi to tylko dla Boga, więc nie może być przez nich zraniony. Nawet jeśli zostanie przez nich zraniony, to i tak Bóg go uzdrowi, bo od Boga czuje się zależny najbardziej.
Widzimy zatem jak bardzo pożyteczne są dla człowieka te dwa przykazania i to w odpowiedniej kolejności: najpierw Boga, potem bliźniego. Widzimy, że to może komuś uratować życie, zwłaszcza w sytuacji niespełnienia w miłości.
Starajmy się zatem kochać Boga ze wszystkich sił, czyli co? Ofiarujmy Bogu całe nasze życie, wszystkie sprawy, czynności, radości i smutki, ofiarujmy z zaufaniem. Przede wszystkim zaś wejdźmy z Nim w relacje osobową, czyli módlmy się i módlmy się więcej. Co dzień: pacierz, Koronka, Różaniec i fragment Ewangelii. Przecież nawet dziecko, żeby się dowiedziało o miłości rodzica, musi z nim przebywać i to nie wystarczy 5 min dziennie, tu trzeba godzin. Amen
Taka miłość oparta na cukierku, jest bardzo niepewna. Nie wiadomo, co by było, gdyby babcia zamiast cukierka stawiała wymagania: nie obżeraj się cukierkami ani czipsami, bo ci to szkodzi. Zostaw komputer i odrób lekcje. A przecież prawdziwa miłość jest wymagająca. Nie polega na spełnianiu czyichś życzeń, ale na nauczeniu kogoś, jak być dobrym człowiekiem i dlatego trzeba koniecznie stawiać wymagania.
Zdarza się, że ktoś chcąc zaskarbić sobie czyjeś uczucia, przywiązać go do siebie, właśnie nie stawia wymagań, spełnia różne życzenia, również takie, które nie służą dobru człowieka. Widać to np. gdy rodzice konkurują o dziecko. Dziecko potrafi postawić siebie jako towar do przetargowania między rodzicami. Kto da więcej czułości, pieniędzy, sprzętu elektronicznego, zabawek, słodyczy; kto będzie stawiał mniejsze wymagania, pozwalał na większe lenistwo, lepiej zaspokajał różne zachcianki - ten lepszy. Ktoś, kto wzrasta w takiej atmosferze, nie będzie umiał być bezinteresownym darem dla innych, tylko ciągle będzie takim graczem, stosującym szantaż sobą, żeby osiągnąć jakieś korzyści. Najpierw będzie przywiązywał ludzi do siebie za pomocą uczuć, a potem zastosuje szantaż.
Najpierw rozkocha kogoś w sobie, a potem powie: jeżeli mnie kochasz, to musisz coś zrobić, np. popełnić jakiś grzech.
Widzimy jakie oszustwo? Prawdziwa miłość nigdy nie popełni grzechu, bo wie, że to niszczy obie strony. Nawet, gdyby prosiła osoba przez nas niesamowicie kochana, poza którą w ogóle nie widzimy świata, to nigdy nie popełnimy grzechu, bo grzech jest zaprzeczeniem wszelkiej miłości.
Dlaczego? bo grzech odrzuca Boga jako najwyższego prawodawcę i Stworzyciela
16 PAŹDZIERNIKA 2011
XXIX Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania:
Iz 45,1.4-6; Ps 96,1.3-5.7-10ac; 1 Tes 1,1-5b; Mt 12,21; Mt 22,15-21

Drodzy w Chrystusie bracia i siostry!
W Ewangelii usłyszeliśmy, jak faryzeusze chcieli pochwycić Jezusa w mowie. Jeśli by kazał płacić podatek, to naraziłby się Żydom i pokazał że nie jest Mesjaszem. Żydzi myśleli, że gdy przyjdzie Mesjasz, to zrobi rewolucję i wyzwoli ich z niewoli Rzymian. Jeśli zaś odwiedzie od płacenia podatku, to znowu narazi się Rzymianom. A pamiętamy z Ewangelii, że i tak oskarżyli Go właśnie o to, że podburza lud i odwodzi od płacenia podatku.
Co na to Jezus? Oczywiście przejrzał podstęp ale też powiedział bardzo ważną naukę. Oddajcie cezarowi to, co należy do cezara.
Jezus nakazuje lojalność wobec władzy państwowej, co wyrażało się np. w płaceniu podatków. W ten sposób człowiek przyczynia się do budowania państwa, które z założenia ma służyć wspólnemu dobru obywateli. Nie nakazuje zatem burzyć porządku społecznego przez rewolucje i strącanie władców z tronu, ponieważ władza, która jest, jeśli jest prawomocna, pochodzi od Boga, jak powiedział św. Paweł. Podobnie sam Jezus powiedział do Piłata w czasie, gdy był przez niego sądzony: nie miałbyś władzy, gdyby ci jej nie dano z góry.
Oczywiście wiemy, że ta lojalność wobec państwa ma swoje granice. W razie gdyby prawo państwowe kolidowało z prawem naturalnym lub prawem Bożym objawionym, to należy postępować wg prawa Bożego albo naturalnego.
Dalej Jezus mówi: Bogu oddajcie to, co należy do Boga. Bogu zaś należy się całe ludzkie życie. Nie tylko raz w tygodniu godzina na mszę i kilka minut modlitwy codziennie. Całe życie, czyli każda godzina i każda sekunda życia ludzkiego.
To Bóg bowiem stworzył człowieka na swoją chwałę i zazdrosny jest o niego. Walczy o niego. Walczy do tego stopnia, że oddał swego Syna Jedynego za jego odkupienie, ponieważ człowiek zamiast służyć Jedynemu Bogu, zaprzedawał się w niewolę grzechu, tworząc sobie innych bożków. Człowiek bowiem musi mieć jakiegoś boga w którego wierzy, bo jest z natury istotą religijną; musi wyznawać jakąś religię.
Tylko religia mówi o sensie jego życia, a on zawsze musi widzieć ten sens. Gdyby ktoś nie wyznawał żadnej religii, to niszczyłby swoje człowieczeństwo, żyłby w nieustannym poczuciu bezsensu, co prowadzi do depresji, stopniowego albo nagłego samobójstwa.
O tej religijnej naturze człowieka wiedzą ci, którzy chcą go zniszczyć. Hitler, Lenin czy Stalin wiedzieli, że w miejsce religii trzeba dać jakąś ideologię i dali. Tak. Żeby ludzie mieli jakąś wyższą wartość, na którą zawsze można się powołać, coś, dla czego warto żyć. Człowiek potrzebuje także celebracji religijnych, dlatego w tych ideologiach były również celebracje, jak pamiętamy pochody 1-majowe, czy wielkie parady wojskowe.
Jeden z posłów, ostatnio w Polsce bardzo głośny, nie chce zniesienia celebracji świąt państwowych, tylko oczyszczenia ich ze znamion katolickich, żeby nie było na nich biskupów. Co w nich będziemy celebrować? Komu oddawać hołd? Ktoś musi być na najwyższym podium, na tronie. Jeśli nie ktoś, to przynajmniej na razie coś. W niektórych kręgach już oficjalnie czci się szatana jako najwyższego pana, w niektórych wypaczoną wolność albo miłość. W wielu cywilizacjach starożytnych np. w Rzymie miejsce Boga zajmował cezar.
Ludzie wymyślali sobie różne bożki, wiemy o tym. Jednak w 1-ym czytaniu słyszeliśmy słowa prawdziwego Boga: JA Jestem Pan i nie ma innego. Poza Mną nie ma boga.
Usłyszeliśmy także jak Bóg posługuje się władcą ziemskim, Cyrusem, w wykonywaniu swojej woli. Nie może zatem żaden władca ziemski powiedzieć, że nie będzie zważał na wolę Boga i sprawował rządy wg woli swojej. Tym bardziej nie może powiedzieć, że nie wierzy w Boga. W coś musi wierzyć. Jeśli nie w Boga, to w co? W samego siebie? w jakąś ideologię, w partię, jeszcze inni wierzą w siłę pieniądza, inni nawet w szatana.
Nie można zatem tak do końca oddzielić państwa od Kościoła, bo te dwie sfery życia społecznego zawsze będą się przenikać i wzajemnie na siebie oddziaływać. Owszem, nie wolno również tych dwóch sfer mieszać i wchodzić w nie swój zakres kompetencji.
Nie wolno Kościołowi np. decydować o wyborze prezydenta, ale Kościół ma prawo i obowiązek zabierać głos w sprawach moralności w życiu państwowym, mówić co jest dobre a co złe, księża i biskupi powinni uczestniczyć aktywnie w aktach życia państwowego. Podobnie politycy, powinni uczestniczyć w uroczystościach religijnych, nie żeby się ludziom pokazać, ale w intencji osobistej oraz jako przedstawiciele powierzonych sobie społeczeństw. Bóg pragnie odbierać kult nie tylko od pojedynczych osób, ale również od całych społeczności. Przecież Jezus powiedział: gdzie dwaj albo trzej zebrani są w imię Moje, tam Ja Jestem pośród nich.
W relacji państwo – Kościół nie powinno być połączenia władzy politycznej z religijną, a tak jest w państwach wyznaniowych, ale również nie zbyt dobrym pojęciem jest rozdział. Lepiej mówić o rozróżnieniu, żeby rozróżnić władzę świecką od religijnej.
Przecież większość ludzi jest jednocześnie członkami i państwa i Kościoła, nie można ich jakoś rozerwać. Fakt, że niektórzy mówią, że katolikami są tylko gdy idą do kościoła, a w pracy czy na ulicy już zapominają o swojej wierze. Taki człowiek jest człowiekiem dwulicowym, nieprawdziwym, ciągle żyje w zakłamaniu.
Jeżeli usuniemy krzyż z Sali sejmowej i w ogóle religię z życia państwowego, to do jakich wartości mają się odwoływać ci, którzy będą ustanawiać prawa? Krzyż i wszelkie znaki i symbole religijne, mają przypominać politykom i nam wszystkim o Bogu, o Jego miłości, o wiecznej nagrodzie w niebie albo potępieniu w piekle. Człowiek, który ustanawia ustawy nawet, jeśli nie zostanie rozliczony przez ludzi w życiu doczesnym, to na pewno przez Boga po śmierci. Niektórzy jednak nie chcą, żeby posłowie o tym pamiętali.
A my, którzy nie czujemy się reprezentowani albo reprezentowani za mało tam we władzach, co mamy robić? Czy nadal płacić podatek cezarowi? Płacić. Ale przede wszystkim o wiele więcej się modlić, również za tych rządzących. Nie bójmy się również z całą determinacją i mocą okazywać swojej religijności na zewnątrz, w pracy, na ulicy czy szkole. Nośmy na szyi medalik znak przynależności do Chrystusa, nie bójmy się zabrać głos, gdy Kościół jest ośmieszany.
Módlmy się o intronizację Najświętszego Serca Pana Jezusa, żeby było Ono najwyższym autorytetem, normą moralności w naszej Ojczyźnie. Jezus powiedział do służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, że Polska nie zginie, o ile uzna Jego królowanie przez intronizację Jego Najświętszego Serca.
Pamiętajmy jednocześnie o wytrwałości Chrześcijan pierwszych wieków, tak bardzo prześladowanych. Władca tego wielkiego imperium rzymskiego ogłaszał siebie bogiem i kazał oddawać sobie kult, tymczasem to właśnie wielkie imperium legło w gruzach, a Chrześcijaństwo wzrosło w potęgę.
Obecnie wydaje się, że nadchodzą o wiele gorsze prześladowania, niż w pierwszych wiekach, ale o ile większy w takiej sytuacji będzie upadek tego molocha zbudowanego przez ludzi przeciwnych Bogu i o ile większa chwała i wyniesienie tych, którzy pozostaną Bogu wierni?! Amen
9 PAŹDZIERNIKA 2011
XXVIII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 25,6-10a; Ps 23,1-6; Flp 4,12-14,19-20; Ef 1,17-18; Mt 22,1-14
2 PAŹDZIERNIKA 2011
XXVII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 5,1-7; Ps 80,9.12-16.19-20; Flp 4,6-9; J 15,16; Mt 21,33-43

"Winnica Pana," Epitafium dla Pawła Eber w kościele miasta Wittenberg (1569)
25 WRZEŚNIA 2011
XXVI niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Ez 18,25-28; Ps 25,4-9; Flp 2,1-11; J 10,27; Mt 21,28-32
Dzisiejsze pierwsze czytanie oraz Ewangelia mówią o nawróceniu się człowieka. Nawrócenie polega na zejściu ze złej drogi, na dobrą.
Dlaczego ktoś ma się nawrócić i iść inną drogą, niż ta, którą podąża? Musi się dowiedzieć, że ta, którą idzie, jest zła. Ale skąd?
Trzeba by mu mieć takie szerokie spojrzenie, żeby widział całe swoje życie od chwili wyjścia do momentu dojścia, czyli od narodzin do śmierci. A najlepiej, jeszcze więcej, bo i wieczność. Wtedy bezbłędnie wybierze drogę swojego życia, najlepszą, najbezpieczniejszą, najszczęśliwszą.
Człowiek jednak nie ma takiego szerokiego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość ani w przestrzeni ani w czasie. Ma je tylko Bóg. Bóg tylko widzi cały nieskończony Świat zarówno w przestrzeni jak i w czasie, widzi go jak wielką księgę. Bóg nieustannie widzi każdy moment naszego życia. On TERAZ widzi nasze narodziny, TERAZ widzi naszą śmierć i TERAZ widzi każdy moment historii świata.
Przy czym nie jest tak, że wszystko już wszystko w tej księdze zapisano i co kogo ma spotkać, to i tak spotka. Nie, ale nie czas na wyjaśnianie tego teraz.
Nie mamy takiego poglądu na nasze życie. Nasza orientacja w świecie jest bardzo ograniczona.
Przydałaby się zatem człowiekowi taka mapa, na której byłaby wyrysowana jego droga od początku do końca, różne inne drogi informacjami o terenie. Wtedy by człowiek zobaczył: -
aha, tutaj jestem a mam dojść tam. Droga, po której idę wydaje się bezpieczna. Chociaż trzeba uważać i będą pewne trudności, ale dojdę. Niedługo będę przechodził przez most, potem wzdłuż rzeki (uwaga na stromy brzeg) potem muszę skręcić w prawo i iść po piachu, po kamieniach i jestem u celu. Ale tu jest jeszcze jakaś inna ścieżka i wygląda na krótszą. Przez most, potem lasem (ale przyjemna droga) ! no tak, ale potem jest bagno, nie wiadomo, czy przejdę. O, i potem się droga urywa. O nie, ta odpada!
Ale zaraz tu jest jeszcze 3-a dróżka. Tylko na początku jest bardzo trudna, po ostrych kamieniach, przez zarośla, no ale potem piękna łąka.
I tak widząc wszystkie drogi, człowiek mógłby wybrać.
Gdyby mieć taką mapę swojego życia! Człowiek by świadomie przez to życie szedł. Tymczasem niektórzy nie wiedzą nawet po co żyją i do jakiego celu zdążają. Żyją, bo żyją. Na jaką drogę ich kto popchnie, to są, zamiast samemu świadomie kierować swoim życiem, wybierać swoją drogę. Jeżeli sami wybierają to najłatwiejszą.
Wielu jednak jest też takich, którzy starają się rozpoznać rzeczywistość i stworzyć sobie w głowie taką mapę przynajmniej fragmentarycznie. Skąd czerpią do tego informacje? Najczęściej od innych ludzi. Im bardziej komuś ufamy, im większym darzymy kogoś autorytetem, tym większy ta osoba ma wpływ na nasz pogląd rzeczywistości.
Nie trzeba jednak opierać się na ludziach, bo ludzie zawsze są zawodni, omylni, tylko na Panu Bogu. Bóg zaś przemawia do nas przez Kościół i wzywa człowieka nieustannie na właściwą drogę życia. Bóg bowiem pragnie okazać miłosierdzie i przebaczyć.
A właśnie przez przebaczenie i litość okazuje On w sposób najpełniejszy swoją wszechmoc, jak mówi dzisiejsza modlitwa kolekty na początku mszy. Amen
18 WRZEŚNIA 2011
XXV niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 55,6-9; Ps 145,2-3.8-9.17-18; Flp 1,20c-24.27a; Dz 16,14b; Mt 20,1-16a
Niedawno rozmawiałem z jedną młodą osobą o sensie uczestniczenia we mszy św. Powiedziałem, że gdybym nie wiedział, co się dzieje na mszy św. to bym na nią nie przychodził. Odpowiedziała: no to mam nie przychodzić, skoro nie wiem? Tak?
To jest Trudne pytanie.
Jezus zanim udzielił komukolwiek jakiejś łaski, np. uzdrowienia, najpierw pytał o wiarę w Syna Człowieczego. Ale w tym pytaniu o wiarę zawierało się bardzo dużo, bo człowiek musiał wiedzieć, kim jest Syn Człowieczy. Było to pytanie o świadomość. Pamiętamy nawet, jak Jezus porównał kobietę kananejską z psami, dlatego, że nie należała do Narodu Wybranego. Dopiero, gdy ona mimo to wykazała się wielką wiarą, uzdrowił jej córkę.
Podobnie pierwsi Chrześcijanie nie dopuszczali do udziału we mszy św. ludzi nie wtajemniczonych w misterium. Katechumeni, czyli ci, którzy przygotowywali się do przyjęcia Chrztu Św. uczestniczyli jedynie w liturgii Słowa.
W naszych czasach jednak Chrzest jest udzielany niedługo po urodzeniu, czyli gdy człowiek w ogóle nie jest świadom tego, co otrzymuje. W miarę dorastania poznaje prawdy wiary, nawiązuje relacje z Bogiem. Czy to dobrze czy źle?
Dobrze, bo przecież taki człowiek jest tym zatrudnionym od samego początku w winnicy pańskiej. Niektórzy jednak woleliby być ochrzczeni pod koniec życia, tak jak ci co zostali najęci do pracy tylko na jedną godzinę, żeby nie być zobowiązanymi do przestrzegania przykazań i życia według nakazów Kościoła. To takie ludzkie wyrachowanie, żeby się jak najmniej napracować a dostać zapłatę, taką jak ci, co pracowali całe życie.
Wiemy, że taka postawa nie jest słuszna. Dlaczego?
Otóż życie ludzkie nie jest handlowaniem z Panem Bogiem. Gdyby życie było handlowaniem i polegało tylko i wyłącznie na umowie, to faktycznie gospodarz nie postąpiłby sprawiedliwie, dając wszystkim taką samą zapłatę. Relacja z Bogiem nie polega na handlu, tylko na miłości. Owszem, jest umowa, obietnica Królestwa jeśli człowiek się z tego wywiąże, - ale Bóg pragnie dawać o wiele więcej, niż się umawia. Problem jest raczej taki, że ludzie w ogóle nie chcą przyjąć Bożego daru, ani wcześniej ani później.
Dlaczego? Bo są źli i nie chcą być w Królestwie dobroci. Są brzydcy i nie chcą być w Królestwie piękna. Już tak przyzwyczaili się do zła, brzydoty, lęku, że nie umieliby się znaleźć w Królestwie, gdzie Panem jest Najświętszy Bóg.
Problem nie jest po stronie Boga, który zamyka komuś drzwi do swego Królestwa, ale po stronie człowieka, który nie chce poprosić Boga o przebaczenie swoich grzechów.
Właśnie ta prośba o miłosierdzie dla siebie, jest warunkiem wejścia do nieba każdego człowieka, zarówno największego grzesznika, jak i największego świętego. Dlaczego? Ponieważ nikt nie może sobie zapracować na zbawienie, bo każdy popełnia jakieś grzechy. Każdy grzech ciężki jest zerwaniem umowy z Bogiem i wiemy, że gdy ktoś umiera w stanie nieodpuszczonego grzechu ciężkiego, to według nauki Kościoła, zostaje potępiony. Czy na sądzie Bożym znajdzie jeszcze w sobie na tyle zaufania w Miłosierdzie Boże, żeby o przebaczenie takiego grzechu poprosić? Oby znalazł.
Kluczem do nieba jest upodobnienie się do Boga, nie w doskonałości, nie w świętości, bo ci, którzy w ostatniej chwili się nawrócą nie mają na to szansy; ale upodobnienie się w myśleniu, w sposobie widzenia Boga, siebie i innych. I na to przyjęcie sposobu myślenia człowiek ma całe życie. Im wcześniej zacznie się uczyć, tym lepiej.
Świętość, czyli zahartowanie w wybieraniu zawsze dobra i odrzucaniu zła, również jest ważna, bo jak wiemy, nic nieświętego do nieba nie wejdzie. Dlatego Bóg daje nam środki do uświęcenia w postaci sakramentów, zwłaszcza Pokuty i Eucharystii, dzięki którym życie niebieskie zaczyna się w nas już tutaj na ziemi.
Jeżeli człowiek je regularnie przyjmuje i stara się żyć według nich, to one go przemieniają. On nawet nie wie jak, ale te sakramenty są w człowieku jak wrzucone ziarno, które wydaje plon dopiero po kilku miesiącach.
Żeby sakramenty mogły działać w człowieku, trzeba je poznać. Nie działają one bowiem samoczynnie, jak tabletka, którą się połknie i już leczy. Nie, lecz przyjmując sakrament, trzeba znać instrukcję jego obsługi, inaczej pozostaje on w człowieku bezowocny.
Niektórzy ludzie przystępują do sakramentów, ale są one raczej dla nich jakąś zakrytą rzeczywistością, jakimiś mało zrozumiałymi znakami. Nie starają się poznać co pod tymi znakami się kryje. Z tego powoduBóg nie może w takich ludziach działać, wskutek czego ich człowieczeństwo ulega zwyrodnieniu, odczłowieczeniu.
Niektórzy przystępują do sakramentów, czyli mają prawdziwy, fizyczny kontakt z Bogiem, ale nie chcą przyjąć Bożego sposobu rozumowania. Ktoś mówi: przecież chodzę do kościoła, modlę się, to o co jeszcze chodzi?
A to, że nie wszystkie przykazania przestrzegam, kto by to dzisiaj przestrzegał?!
Że uważam hasło: Róbta, co chceta - za szczyt wolności; że stosuję środki przeciwko poczęciu; i w ogóle uważam, że Kościół w niektórych sprawach nie ma racji – no tak, bo nie jestem zacofany.
Lecz nie ma co się dziwić, że dzisiaj tak jest, bo w Starym Przymierzu również Bóg skarży się, jak słyszeliśmy w 1 czytaniu: Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami.
Co zrobić, żeby przyjąć myśli Boże jako nasze? Oczywiście, trzeba się modlić, rozmawiać z Bogiem. Ta jednak rozmowa ma polegać przede wszystkim na słuchaniu tego, co Bóg mówi. Panuje stereotyp, że modlitwa to jest przedstawianie Bogu naszych problemów, próśb, już rzadziej dziękowanie i wielbienie Boga.
Niektórzy myślą, że jest to takie wytrwałe proszenie Boga o coś, że w końcu nagnie swą wolę i spełni naszą prośbę; jak mama, która z początku nie chce, ale wytrwale proszona spełnia prośbę.
Otóż nie, Bóg nie jest taki. Bóg od początku przygotował dla nas to, co jest najlepsze i chce nam to dać, tylko że my nie jesteśmy gotowi na przyjęcie tego daru. Jeżeli będziemy Boga słuchali, to On nas do tego przygotuje; jak będziemy gotowi, to nam da.
Cóż zatem mają robić ci, którzy nie wiedzą, co dzieje się na mszy? Czy mają nie chodzić? Skoro Kościół dzisiaj tego nie zabrania, to chodzić. Tutaj naprawdę jest obecny Bóg i On działa i ma swoje drogi dotarcia do człowieka. Może w pewnym momencie oświecić człowieka, może zadziałać mocniej. Nie wiemy. Trzeba się o to modlić.
Trzeba powiedzieć, że na mszy św. odkrywamy najgłębszy sens istnienia całej rzeczywistości, zatem również naszego życia. Tutaj bowiem uobecnia się Misterium Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa; Chrystusa, w którym wszystko zostało stworzone, który jest sensem istnienia całego Świata oraz streszczeniem całej historii.
Skoro Chrystus na mszy przechodzi ze śmierci do życia, to samo dzieje się z całym światem, a więc i z nami.
Nie wolno nam być na mszy jedynie statystami, ale trzeba świadomie grać swoją rolę; jako członek Ciała Chrystusowego razem z Nim przechodzić ze śmierci do życia. Amen
11 WRZEŚNIA 2011
XXIV niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Syr 27,30-28,7; Ps 103,1-4.9-12; Rz 14 7-9; J 13,34; Mt 18,21-35

W dzisiejszej liturgii Słowa, Bóg poucza nas o konieczności przebaczania i to nie tylko raz,
nie 7 razy aż wyczerpie się nasza cierpliwość. Zawsze trzeba przebaczać!
W 1 czytaniu usłyszeliśmy słowa: Człowieka, który się mści, spotka zemsta od Pana. Ktoś powie: a, to jednak Bóg jest mściwy, tylko nie dla wszystkich. Dla miłosiernych jest miłosierny, dla mściwych jest mściwy”. Otóż nie jest tak. Bóg jest nieskończenie, do końca miłosierny i naprawdę chce zbawienia każdego człowieka, nawet największego grzesznika. Tylko, że Bóg szanuje wolność człowieka i na siłę nikogo nie zbawi. Każdemu chce okazać miłosierdzie, ale człowiek ma zakodowaną w sobie sprawiedliwość i nie będzie w stanie po śmierci przyjąć Bożego Miłosierdzia, jeżeli sam nie był miłosierny. O ile na ziemi może jeszcze złamać swoje sumienie
i postąpić niesprawiedliwie, to po śmierci już nie oszuka Boga.
Widzimy w dzisiejszej Ewangelii głęboką sprawiedliwość a jednocześnie miłosierdzie, które jest wyższą sprawiedliwością. W przypowieści widzimy też, że te postawy mają kształtować stosunki między ludzkie. Najpierw bowiem musimy się nauczyć być dobrymi dla siebie nawzajem, dopiero z czasem poznajemy Boga i nawiązujemy z Nim relację i wtedy ta miłość Boga ma się stawać motywacją do okazywanie miłości bliźnim. Nie można jednak miłując Boga, którego nie widzimy, nie miłować brata, którego widzimy. Póki zatem żyjemy na Ziemi,
uczymy się miłości do Boga, w relacjach z ludźmi.
Bardzo ważnymi aspektami tej miłości są właśnie sprawiedliwość i miłosierdzie. Bez tych cech miłość po prostu nie istnieje. Są one o wiele ważniejsze od uczucia, które jest za nimi daleko,
daleko w tyle.
Większość ludzi nie ma wątpliwości, że sprawiedliwość powinna panować między ludźmi, w społeczeństwie, ale do miłosierdzia wielu ma obiekcje. Wielu uważa, że należy poprzestać na sprawiedliwości, nawet wobec ludzi chorych, starych, którzy w takiej sytuacji nie mają szansy na przeżycie. Podobnie uważa się o tych, którzy stracili pracę czy dotknęła ich jakakolwiek klęska.
Jednak bł. Jan Paweł II bardzo mocno uzasadnia w encyklice o Bożym Miłosierdziu, że sama sprawiedliwość nie wystarcza, że może doprowadzić do zniweczenia i zaprzeczenia siebie samej, jeśli nie dopuści się do kształtowania życia ludzkiego owej głębszej mocy, jaką jest miłość. Wiadomo przecież – pisze papież – że w imię rzekomej sprawiedliwości niejednokrotnie niszczy się drugich.
Każdy z nas jest tym dłużnikiem z Ewangelii, któremu wiele darowano. Każdy z nas winien jest Panu Bogu 10 tys. talentów albo i więcej. Każdy też ma swoich dłużników, czyli ludzi, którzy zrobili nam jakąś krzywdę. Oczywiście, że są krzywdy, których nie da się zrekompensować pieniędzmi, ale Jezus stosuje takie porównanie, dla łatwiejszego zobrazowania różnicy między tym, co Bóg nam przebacza a tym, co my wybaczamy naszym winowajcom.
1 denar to była zapłata z 1 dzień pracy robotnika niewykwalifikowanego. Współsługa winien był zatem 100 dni pracy, dzisiaj powiedzielibyśmy: kilkanaście tysięcy złotych – spore pieniądze.
1 talent równy był 6 tysiącom denarów. Obliczyłem, że aby zarobić 1 talent, trzeba było pracować aż 18 lat. Jeśli ktoś długo żył i był bardzo pracowity, to w ciągu swojego życia mógłby zarobić 4 talenty. Ten zaś sługa winien był królowi 10 tys. talentów. To jest ogromna fortuna, na którą musiałoby pracować 2,5 tysiąca ludzi przez całe życie. Widzimy, jak niesamowita różnica jest między tymi dwoma długami.
Ktoś powie: czy ja otrzymałem od Boga taką fortunę? Gdzie i kiedy? Przecież byłbym najbogatszym człowiekiem w Polsce, kupiłbym sobie całe województwo i uczynił jego panem. A jednak otrzymaliśmy od Boga taki skarb, to jest nasze człowieczeństwo.
Św. Paweł w 2 czytaniu mówi przecież: nikt z nas nie żyje dla siebie, tylko dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Nasze życie zatem, człowieczeństwo nie jest naszą własnością, lecz depozytem złożonym do naszej dyspozycji na pewien czas. Po śmierci Bóg nas z tego rozliczy: zażąda zwrotu powierzonego nam skarbu i to nie tylko tyle, co otrzymaliśmy, ale pomnożonego, pięknie rozwiniętego człowieczeństwa zgodnie z Jego Wolą. Pamiętamy przypowieść o talentach, że ci weszli do radości swego Pana, którzy pomnożyli powierzone sobie skarby, a nie zakopali w chustce.
Dla Boga nasze człowieczeństwo jest więcej warte, niż wszystkie rzeczy materialne świata, tylko, że my tego człowieczeństwa nie doceniamy i defraudujemy je, oddajemy za bezcen, za przyjemności cielesne czy inne grzechy. Stajemy się w ten sposób niewolnikami grzechu. Bóg widząc to, poświęca się ofiarowując swojego Syna Jedynego, który z tej niewoli nas wykupił za cenę swojej drogocennej Krwi.
Na tym właśnie polega miłosierdzie, że my przez szukanie szczęścia na własną rękę, idziemy na układy ze złem i popełniamy grzech, stając się niewolnikami grzechu. Już nie możemy zarządzać powierzonym sobie dobrem tak, jak byśmy chcieli, tylko szatan w pewnym stopniu dyktuje nam sposób tego zarządzania. Dyktuje nam w takim stopniu, w jakim jesteśmy zniewoleni, jak ciężki grzech popełniliśmy. Chrystus nas z tej niewoli odkupuje i mówi: już nie jesteś niewolnikiem. Ja cię odkupiłem, bo cię kocham, jesteś mój. Ale masz: dalej zarządzaj tym skarbem, jakim jest twoje życie. Teraz już nie grzesz czyli, nie sprzedawaj siebie, bo to nie jest twoje. Teraz masz pomnożyć ten skarb, który ci powierzam.
Nie masz Mi z czego oddać tych 10 tys. talentów, które ci powierzyłem.
Darowuję ci, ponieważ Mnie o to prosisz.
Tutaj bardzo ważna uwaga: Bóg nie darowuje tak bezwiednie każdemu, tylko trzeba przyjść i poprosić. Trzeba przyjść do spowiedzi i powiedzieć: Boże, zgrzeszyłem. Przebacz mi proszę. I wtedy Bóg okazuje miłosierdzie, czyli skreśla dłużny zapis.
Trzeba jednak powiedzieć, że są także niewłaściwe sposoby rozumienia miłosierdzia. Przykładowo, w imię miłosierdzia po transformacji ustrojowej w roku 1989, podkreślono czerwona kreską wszystko co było wcześniej i powiedziano, że zapominamy winy ludzi, którzy znęcali się nad narodem, bo teraz mamy nową rzeczywistość. I to jest wielki błąd, bo przebaczenie, miłosierdzie, nie polega na zapomnieniu!
Jeżeli komuś została wyrządzona krzywda, to nigdy nie jest w stanie tego zapomnieć tym bardziej, im większa jest krzywda. Nikt by do końca życia nie zapomniał, gdyby zamordowano mu dziecko, syna lub córkę! A myśmy to właśnie Panu Bogu wyrządzili, zamordowali Syna.
On nigdy tego nie zapomnie!
Nie zapomnie, ale przebaczy w imię czegoś większego. W imię miłości Bóg chce okazać miłosierdzie i skreślając dłużny zapis!
Gdyby ktokolwiek mówił, że zapomniał jakąś krzywdę jaką mu wyrządzono, to oszukiwałby siebie i innych. Może starać się zepchnąć to w niepamięć, ale tak naprawdę ta krzywda gdzieś głęboko w nim żyje i krwawi i zatruwa organizm. Może to nawet doprowadzić do rozdwojenia jaźni, do choroby psychicznej.
Gdyby ktoś naprawdę zapomniał z powodu ułomności pamięci, o jakiejś doznanej krzywdzie albo w ogóle się o niej nie dowiedział, to nie ma czego przebaczać, bo go to nie boli.
Najtrudniejsza sytuacja jest, gdy ktoś wyrządzi nam krzywdę, mówiąc jednocześnie, że wyrządził nam wielkie dobro i powinniśmy być mu wdzięczni. Np. gdyby ktoś sprzedał nas w niewolę i powiedział: teraz dopiero jesteś naprawdę wolny.
Drodzy w Chrystusie!
Mamy świadomość, że otrzymaliśmy od Boga wielki skarb jakim jest nasze człowieczeństwo. Ale otrzymaliśmy też inne skarby w postaci rodziny, o którą musimy dbać w imieniu Boga. Otrzymaliśmy też pewien zasób dóbr materialnych, by starać się zapewnić rodzinie warunki bytowe. Nie można lekceważyć jakiegokolwiek dobra którym zarządzamy.
Dla rolnika takim szczególnym dobrem jest ziemia. Ziemia, którą często dziedziczy po ojcach, która daje pożywienie jemu i jego rodzinie.
Ziemia dawała rolnikowi i jego rodzinie pewną wolność, ponieważ dzięki niej był niezależny od dostawców zewnętrznych. Sam mógł wyżywić swoją rodzinę. Dzisiaj jest coraz bardziej zależny od dostawców paliwa, prądu, różnych środków ochrony, od tych, którzy skupują, także od kredytów bankowych i wielu innych czynników.
Z powodu tych uzależnień, coraz łatwiej dzisiaj wywierać na rolniku presje, coraz łatwiej go do czegoś zmusić. I oto widzimy, jak za pomocą sytuacji ekonomicznej zniechęca się rolników do bycia rolnikami, do zostawienia ziemi odłogiem albo jej sprzedaży. Tak, żeby człowiek pozbawiając się ziemi, stał się już całkowicie zależny od innych,
żeby sam nie mógł wyżywić siebie i swojej rodziny.
W latach trudnych dla Narodu polskiego, w latach zaborów, wojen, nie udało się zaborcom zniewolić Narodu, bo wielu Polaków miało własny kawałek ziemi. Trudno było Naród zagłodzić.
Dzisiaj, gdy rolnictwo jest tak systematycznie niszczone,
gdy niszczona jest cała gospodarka polska,
likwidowane miejsca pracy;
Gdy zakłady, ziemia, lasy, czyli to, co decyduje o suwerenności narodu, o jego wolności, jest sprzedawane, to zniewolenie i zniszczenie Narodu może dokonać się o wiele łatwiej
Trzeba z całą mocą powiedzieć, że ci, którzy sprzedają albo dążą do sprzedaży tych podstawowych dóbr narodowych, zakładów, ziemi, lasów – nie chcą naszej wolności a raczej dążą do zniewolenia Narodu.
I to jest bardzo trudna sytuacja, bo jaką postawę należy zająć wobec tych, którzy wprowadzają nas, naszą Ojczyznę w niewolę?
Czy w imię miłości i pojednania powiedzieć: no dobrze, niech będzie, jak chcesz i przyjąć wszystko z zaufaniem i na wszelki wypadek nie dociekać?
Nie! To nie jest miłość ani miłosierdzie ani przebaczenie. Jeśli człowiek nie zna prawdy, to nie ma co przebaczać. Najpierw trzeba poznać prawdę. Poznanie prawdy, domaganie się prawdy, to jedno z podstawowych praw człowieka. Jezus powiedział: Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli.
Jak się pozna prawdę, należy dążyć do zapewnienia wolności sobie, rodzinie i Ojczyźnie. O przebaczeniu można mówić dopiero wtedy, gdy ktoś przyjdzie i powie: skrzywdziłem cię, ale mi przebacz.
Już nie będę.
To są warunki przebaczenia w relacjach międzyludzkich jak też przebaczenia otrzymanego od Boga.
A co gdy ktoś nie chce uznać swojej winy a my wiemy, że nas skrzywdził? Czy wtedy trzeba żywić urazę? Nie, nigdy, bo wtedy ta uraza, ta zawiść do naszego winowajcy nas zjada. W takiej sytuacji również trzeba mu z miłości do Boga przebaczyć, chociaż jest to dla nas trudniejsze i bardziej cierpimy.
Ten winowajca jednak, ponieważ nie chce uznać swojej winy, nie jest podatny na nasze przebaczenie. Trudno komuś darować pożyczkę, jeśli ta osoba twierdzi, że nie pożyczała od nas i te pieniądze są jej. Gdy z nich zrezygnujemy, to w świadomości tej osoby nie robimy jej żadnej łaski, nie okazujemy miłosierdzia.
Starajmy się zatem być przekazicielami Bożego Miłosierdzia! Pamiętajmy, że Bóg darował nam nieskończenie więcej, niż my wszystkim naszym winowajcom razem wziętym. Amen
4 WRZEŚNIA 2011
XXIII niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Ez 33,7-9; Ps 95,1-2.6-9; Rz 13,8-10; 2 Kor 5,19; Mt 18,15-20

28 SIERPNIA 2011
XXII niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Jr 20,7-9; Ps 6,2-6.8-9; Rz 12,1-2; Ef 1,17-18; Mt 16,21-27

Obraz III Stacji Drogi Krzyżowej (Jasna Góra) : Jerzy-Duda Gracz
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania". Jezus zapowiada nam sąd, na którym otrzymamy nagrodę, za swoje życie. Kryterium tego sądu będzie upodobnienie się do Chrystusa, tzn. jak bardzo staraliśmy się Go naśladować. I ma to być naśladowanie radykalne, z gotowością do najwyższej ofiary z życia włącznie. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Wobec tego ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to życie jest takie trudne, tyle różnych nieszczęść, przykrości i wysiłku, że odechciewa się żyć. Wiem, co zrobię: pojadę do Indii, powiem, że jestem chrześcijaninem, zabiją mnie i złożę w ten sposób ofiarę dla Chrystusa ze swojego życia.
Czy to byłoby słuszne myślenie? Nie, bo kto nie ma w sobie woli, pragnienia aby żyć, nie jest dobrym chrześcijaninem, bo już zrezygnował z walki o swoje szczęście, swoje życie, o siebie samego. Taki zrezygnowany człowiek poddaje się już tylko biegowi wydarzeń; Jest jak na pół martwa ryba, którą zabiera prąd wody.
W drugim czytaniu słyszeliśmy: dajcie swoje ciała Bogu na ofiarę żywą, - bo taka właśnie miła jest ofiara Bogu: żywa, nie martwa. Gdyby o. Maksymilian Kolbe ofiarował się na śmierć w Oświęcimiu, ponieważ nie chciałoby mu się już żyć, to nie zostałby świętym. Oczywiście, że życie wieczne ma być dla chrześcijanina najważniejsze i najcenniejsze, ale to doczesne również musi mieć ogromną wartość.
Ofiara Chrześcijanina nie polega na tym, żeby odebrać sobie życie, bo to byłby straszny grzech, ani na tym, żeby łatwo dać siebie zabić, tylko polega na tym, żeby pośród utrapień i przeciwności, starać się pełnić Wolę Boga.
Bł. JPII wielokrotnie w swoim nauczaniu mówił o zmaganiu się cywilizacji życia z cywilizacją śmierci. Cywilizacja śmierci stawia sobie zadania obudzić w ludziach jak najniższe pragnienia, najniższe instynkty, żeby człowiek zamiast kochać innych, czyli być dla nich darem, to żeby temu przeczył, czyli ciągnął do siebie. Ma w ten sposób zaprzeczyć swojemu człowieczeństwu i zniszczyć w sobie obraz Chrystusa.
Taką właśnie cywilizację śmierci stworzyli Hitlerowcy, zwłaszcza w obozach zagłady, stwarzając niezwykle trudne warunki bytowe, że człowiek aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby i przeżyć, musiał posuwać się do czynów nieludzkich, kosztem innych ludzi. Musiał często kraść jedzenie, znęcać się nad swoimi rodakami, współwięźniami. Hitlerowcy stworzyli w ten sposób bardzo silny prąd ku śmierci.
Jednak św. Maksymilian nie poddał się temu prądowi. Nie kradł jedzenia a jeszcze swoje innym oddawał, gdy się nad nim znęcano, nie odpłacał tym samym, nie odpłacał złem, ale przebaczał i modlił się i błogosławił swoim oprawcom.
Nikt też nie powie, że zrezygnował z walki o siebie, o swoje szczęście, bo do końca modlił się i zachęcał wszystkich do wytrwania w miłości do Boga.
W końcu najdłużej, bo aż 10 dni wytrwał w bunkrze głodowym, tak, że Niemcy stracili cierpliwość by czekać na jego śmierć i zabili go zastrzykiem, bo tak silna była w nim ta wola życia.
Nie poddał się św. Maksymilian temu prądowi: ku śmierci, lecz świadomie wziął swój krzyż i naśladował Chrystusa.
W naszych czasach także panuje cywilizacja śmierci. Dziś nie tyle posługuje się siłą zbrojną, bo to kosztuje dużo krwi i wysiłku, ale polityką, gospodarką a przede wszystkim mediami, w tym również prasą młodzieżową.
Przez te media cywilizacja śmierci stwarza kulturę bycia przeciwną chrześcijaństwu.
Zobaczmy, jak bardzo się tam wypacza rozumienie miłości: miłość zostaje sprowadzona do uczuć, emocji – które są od człowieka niezależne, a nawet z doraźną przyjemnością, rozwodami….
Nie powinniśmy kupować ani czytać takich Ileż to razy bł. Jan Paweł II mówił, że miłości nie można sprowadzać jedynie do uczuć, jednak do większości ludzi jakby to nie docierało.
Dlaczego jesteśmy tak bardzo zamknięci na nauczanie kogoś, kto naprawdę nas kocha?
Dlaczego ulegamy temu prądowi śmierci a nie wymagamy od siebie, nawet jeśli inni od nas nie wymagają, jak mówił Jan Paweł II?
Dlaczego nie umiemy bronić naszej wiary w pracy, w szkole czy gdziekolwiek, chociażby przez noszenie medalika, znaku przynależności do Chrystusa, czy zajęcie stanowiska gdy ośmieszany jest Kościół?
Stajemy się w ten sposób coraz bardziej martwymi rybami, które prąd zabiera. Taka ryba, która płynie z prądem światowym, wkłada w to niewiele wysiłku, prawie w ogóle się nie wysila, a płynie z zawrotną prędkością. Z łatwością pokonuje ogromne przestrzenie i daje jej to dużo satysfakcji.
Natomiast ta, która płynie pod prąd, musi się tak bardzo namozolić, stracić tak dużo energii a wydaje jej się, jakby się nic nie posunęła. W rzeczywistości jednak to właśnie ta dopłynie do źródła.
Nie bierzmy zatem wzoru z tego świata lecz z determinacją zdążajmy do celu naszego życia. Bóg dał nam rozum, żebyśmy umieli rozpoznać, gdzie jest ten cel, gdzie jest nasze zbawienie, nie chwilowe, przemijające szczęście, ale prawdziwa miłość!
Trzeba nam w życiu religijnym posługiwać się rozumem, bo jest on równie ważny jak wiara. Bł. Jan Paweł II pisze w encyklice, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki wznosi się ku kontemplacji rzeczywistości.
Właśnie za pomocą rozumu odróżnimy grzech od dobrego czynu, grzech ciężki od lekkiego, nastroimy się do kontaktu z Bogiem. W tym celu trzeba pytać, jaki Bóg jest, co robi żeby okazać nam miłość, czego od nas wymaga i dlaczego akurat takie wymagania stawia.
Na te wszystkie pytania Bóg człowiekowi odpowie, jeśli człowiek jest pokorny.
21 SIERPNIA 2011
XXI niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 22,19-23; Ps 138,1-3.6.8; Rz 11,33-36; Mt 16,18; Mt 16,13-20

Mt 16,13-20
A wy za kogo Mnie uważacie? To samo pytanie Jezus kieruje dzisiaj do nas. Na podstawie czego mamy budować swoją wiarę o Jezusie, że On jest Synem Bożym? Przecież wcale to nie jest takie łatwe. Przecież nie wszyscy, którzy widzieli GO na własne oczy chodzącego po ziemi, rozpoznali w Nim Boga. Rozpoznali Go tylko nieliczni, a ogromna większość widziała w Nim tylko człowieka.
Przecież Jezus dokonywał ogromnej ilości znaków, cudów, które powinny budzić zastanowienie i rzeczywiście większość ówczesnych pytało ze zdumieniem:
Kim On właściwie jest, że takie rzeczy robi!
Udowadniał, że panuje nad światem natury, bo uciszał jej żywioły np. burze, wichry, chleb rozmnażał, po wodzie chodził; ludzi uzdrawiał.
W uzdrawianiu ludzi nie chodziło Mu jedynie o takie powierzchniowe zaleczenie. Jezusowi chodziło o dotarcie do wnętrza człowieka i dotarcie do jego najgłębszych zranień, do przyczyn choroby. Dlatego zwykle zanim kogoś uzdrowił, to najpierw odpuszczał grzechy. Jednak odpuszczanie grzechów było jeszcze ważniejszym argumentem Jego Boskości i dlatego budziło większe dyskusje. Uczeni w Piśmie mówili, że jak On śmie, przecież tylko Bóg może odpuszczać grzechy,
i dlatego uważali Go za bluźniercę.
Jezus jednak potwierdzał swoje Słowa czynami, bo np. gdy uzdrowił paralityka, najpierw odpuścił grzechy, potem kazał wziąć swoje łoże i iść do domu.
Wobec tego powinni oni wyciągnąć wniosek, że może rzeczywiście jest Bogiem?
Dlaczego miimo tylu znaków, nie rozpoznali Go?
Otóż żeby rozpoznać Boga, trzeba uczciwości rozumu, pokory i modlitwy do Boga. Tylko Bóg bowiem może dać człowiekowi pewność o tym, pokornym laskę daje, a pysznym się sprzeciwia.
Wielu ówczesnych Jezusowi Izraelitów, również dostojników religijnych było bardzo przywiązanych do swoich grzechów, nie szukali prawdziwego Boga, tylko tego jaki im jest wygodny. Nie chcieli się nawrócić, zwłaszcza nie podobało im się to, co Jezus mówił i chociaż rozum im zapewne podpowiadał, że On mówi prawdę, to jednak szukali wszelkich argumentów,
żeby udowodnić sobie i innym, że to nie jest prawda.
Gdy Jezus wyrzucał złe duchy, został oskarżony, że robi to mocą ich przywódcy. Czy można sobie wyobrazić gorszą zniewagę? Bo przecież został wtedy oskarżony,
że jest Wcielonym nie Bogiem, ale szatanem.
Wskrzeszał zmarłych, zwłaszcza chodziło o Łazarza, który 4 dni leżał w grobie, więc nie było wątpliwości, że umarł, top postanowili zabić również i Łazarza, bo wielu ludzi przez ten cud,
uwierzyło w Jezusa.
Gdy zmartwychwstał, to powiedzieli, że Apostołowie wykradli Jego Ciało i przepłacili straż,
żeby tak rozpowiadali.
Kolejny argument, na jaki powinno się zwrócić uwagę, mianowicie, że złe duchy mówiły, kim On jest: np. Czego chcesz ode mnie, Jezusie Synu Boga Najwyższego? Trzeba pamiętać, że złe duchy, tak samo jak i aniołowie, doskonale znają obecną sytuację na Świecie, wiedzą kim jesteśmy, co robimy, mówimy, bo to wszystko widzą i słyszą. Nie mając ciała, mogą poruszać się z nieskończoną prędkością po świecie, bo one nie zajmują żadnej przestrzeni. Dla nich fakt istnienia Boga jest po prostu oczywisty, one w Boga nie wierzą, bo o to zwyczajnie wiedzą. Sam fakt spotkania z Bogiem Wcielonym, był dla nich ogromnym cierpieniem, bo strasznie nienawidzą i boją się Boga. Znamy przecież przysłowie, jak diabeł boi się święconej wody. Otóż on boi się nie tylko wody, ale wszystkiego, co jest święte i ma jakikolwiek związek z Bogiem, a najbardziej oczywiście Jego samego. Do tej pory miały dobrze, bo Bóg był daleko – w niebie, dlatego Ziemię uważały za swoje królestwo, gdzie mogły robić, co chciały.
A tu nagle Syn Boży przyszedł na Ziemię, no tragedia dla nich. Nic dziwnego, że Jezus mówi parę razy: widziałem szatana spadającego z nieba, czyli szatan już przegrał wojnę o ludzkość.
Najważniejszym świadectwem tożsamości Jezusa jest Jego wyznanie przed najwyższą Radą, która skazał Go na śmierć. Najwyższy kapłan zapytał Go: Poprzysięgam Cię na Boga Żywego, powiedz nam otwarcie, czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? Do tej pory Jezus nigdy sam się do tego nie przyznał, tylko jak inni powiedzieli, to nie zaprzeczył. Teraz oto najwyższa władza religijna Izraela pyta i to powołując się na Boga. W tej sytuacji Jezus nie może odmówić odpowiedzi, nie może też skłamać. I odpowiada: Tak, Ja Nim Jestem. (Mt 26,63-64)
Mamy pewność, co do prawdziwości tych słów, ponieważ Jezus nigdy nie skłamał, całe Jego życie było prawdą, był absolutnie uczciwy. I co najważniejsze: za tę prawdę, oddał życie swoje.
W Ewangelii słyszeliśmy dzisiaj jak Piotr wyznał swoją wiarę w Jezusa, że jest Mesjaszem i Synem Bożym. Na pewno doszedł do takiego wniosku dzięki logicznemu rozumowaniu, przecież patrzył na dzieła Jezusa, słuchał nauczania. Przede wszystkim jednak pomogła mu w tym łaska Boża, bo Jezus mówi: błogosławiony jesteś Szymonie, bo ciało i krew nie objawiły ci tego,
lecz Ojciec Mój, który Jest w niebie.
Św. Piotr tak jak Jezus oddał swoje życie za wiarę w Jezusa, jako Mesjasza i Syna Bożego. Również jego następcy, czyli papieże łącznie z bł. Janem Pawłem II, poświęcili całe swoje życie świadcząc, że Jezus naprawdę jest synem Bożym, naszym Zbawicielem, że jest obecny i działa w swoim Kościele i że kocha każdego z nas.
Żeby rozpoznać tę Jego obecność i działanie, trzeba na tyle, na ile to możliwe uczyć się, starać się zrozumieć, poznać jaki jest Bóg, co to jest Kościół, po co on jest, starać się poznać i zrozumieć naukę którą on głosi, nade wszystko jednak trzeba pokory i modlitwy. Amen
15 SIERPNIA 2011
Poniedziałek
Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Msza wigilii: 1 Krn 15,3-4.15-16; 16,1-2; Ps 132,6-7.9-10.13-14; 1 Kor 15,54-57; Łk 11,28;
Łk 11,27-28
Msza w dzień: Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab; Ps 45,7.10-12.14-15; 1 Kor 15,20-26; Łk 1,39-56

W liturgii Kościoła obchodzimy dzisiaj uroczystość wzięcia do nieba NMP. Jakie ma to dla nas znaczenie? Czy to dobrze dla nas, że Maryja jest w niebie, czy wolelibyśmy, żeby nie umarła tylko żyła na ziemi? Gdyby żyła na ziemi i to jeszcze nawet w naszych czasach, to żeby z Nią porozmawiać, musielibyśmy lecieć kilka tys. Km, potem czekać kilka dni w kolejce, aż wreszcie dostalibyśmy swoje parę minut z Matką Bożą. Możemy nawet wyobrazić sobie jak wyglądałoby to spotkanie. Opowiedzielibyśmy o sobie, swoich problemach, potem Maryja zachęciła by nas do zwielokrotnienia modlitwy, wytrwania w wierze i zaufaniu do Boga. Na koniec bardzo mocno przycisnęła by nas do swojego Serca, gorąco ucałowała i podarowała różaniec. Przez cały czas patrzyłaby nam głęboko w oczy, uważnie nas słuchając. To spotkanie dałoby nam ogromnie dużo siły do życia. Jednak dostać się przed jej oblicze byłoby strasznie trudno, trudniej niż do papieża. Trzeba by mieć kilka tys. zł i dobre zdrowie, że niewielu ludzi mogłoby sobie na to pozwolić.
W ten sposób osobisty kontakt z Maryją zarezerwowany by był jedynie dla niewielkiej grupy ludzi. Taka sama sytuacja jest ze wszystkimi ludźmi, póki żyją na ziemi, np. z papieżem, że nasz kontakt z nimi jest bardzo ograniczony. Natomiast gdy dostaną się do nieba, mogą już mieć ten kontakt nieograniczony ze wszystkimi ludźmi. Teraz każdy z nas w każdej chwili i w każdym miejscu, może porozmawiać z Matką Bożą, która jest także i naszą Matką! Można i trzeba z Nią rozmawiać w swoim pokoju, na spacerze, w drodze do pracy. Ona wszędzie nas słyszy i jest bardzo wrażliwa na wszelkie prośby, westchnienia. Pragnie szybko zaradzać wszelkim naszym potrzebom, niedostatkom. Zanim jeszcze zdążymy je wypowiedzieć, Ona już śpieszy nam z pomocą – no bo jest Matką! Nawet jeśli my jesteśmy wobec Niej wyrodnymi dziećmi, nawet jeśli nie uznajemy Jej za matkę, Ona jest zawsze wierna swojemu macierzyństwu,
Ona jest Matką prawdziwą!
Cóż dopiero powiedzieć, jeżeli kilkadziesiąt jej dzieci dla niej, w jej uroczystość, przyszło do kościoła. Przyszło z głośnym wołaniem o Jej pomoc i opiekę! Cóż dopiero powiedzieć?! Ona nie tylko nas słyszy, ale i jest przy nas obecna! Jak mówią dokumenty Soboru Wat.II, Maryja jest nieodłączna od Swojego Syna, i dlatego jest obecna na każdej Mszy Św.
RADUJMY SIĘ DRODZY BRACIA I SIOSTRY, BO JEST Z NAMI MARYJA!
Świadomość tej obecności i miłości naszej Matki powinna nam dodawać siły do życia i miłości. Oto bowiem wiele ludzi jest do życia zniechęconych, wielu traci poczucie sensu życia i pracy nad sobą. Wielu nie rozumie tego, co się dzieje w Polsce czy na świecie. Tyle różnych klęsk, jakby jakichś znaków czasu. Jednocześnie narastające jakieś napięcia, dyskusje. Teraz choćby temat krzyża.
Trzeba tutaj wyjaśnić, że walka nie toczy się o sam krzyż przed pałacem prezydenckim, ale jest to wielka wojna o katolicką tożsamość Polski. Wojujący ateizm pragnie zdobyć Polskę, która jest od wieków przedmurzem Chrześcijaństwa. W tej wojnie są różne bitwy, mniej i bardziej znaczące. Jedną z największych była bitwa w 1920 roku pod Warszawą. Wtedy to nawała bolszewicka nacierała na Polskę z tak ogromną siłą, że stratedzy wojskowi i politycy światowi przesądzali o jej losie, że już nawet nie warto i nie można jej pomóc. I wtedy właśnie, gdy w opinii światowej Polska była już stracona, stał się nad Wisłą cud, czyli nadzwyczajna Boża interwencja przez wstawiennictwo Matki Bożej. No bo jak to inaczej wyjaśnić, że nagle akurat 15 sierpnia, zmieniła się sytuacja strategiczna?
Właśnie przez różne wydarzenia w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym Bóg, Matka Boża zaznacza swoją opiekę nad ludźmi. Są to sytuacje po ludzku rozumując beznadziejne, gdy wydaje się, że wszystko już stracone i nagle jeśli ludzie się modlą, wszystko się zmienia, dobro bierze górę.
Trzeba zauważyć, że ten wojujący ateizm zmienia stopniowo strategię. Walka bowiem zbrojna jest coraz mniej efektywna, a wiemy przecież, że szatanowi nie chodzi o zniszczenie ciała, ale o zgubę duszy ludzkiej. Dlatego państwo polskie jako takie, niech sobie będzie. Ale jemu chodzi o to, żeby to było państwo ateistyczne. Ateistyczne czyli takie, gdzie miejsce Boga zajmuje jakaś wymyślona przez człowieka ideologia. Widzimy do czego prowadziły te ideologie i do czego prowadzą dzisiaj? ..Że w imię prawa można zabijać ludzi.
Wojującym ateistom nie chodzi o zniszczenie państwa, ale żeby przybrało ono charakter całkowicie świecki, czyli ateistyczny. Człowiek bowiem jest z natury istotą religijną, czyli musi jakąś religię wyznawać. Jeżeli zabierze mu się Chrześcijaństwo, trzeba dać cos w zamian. Ateiści dają właśnie ateizm jako religię życia społecznego.
W tej właśnie perspektywie należy oceniać wszystko to, co dzieje się obecnie w Polsce,
te wszystkie napięcia.
Drodzy w Chrystusie! Powiedzieliśmy, że ten wojujący ateizm, liberalizm, libertynizm zmienia strategie, że walka coraz bardziej przechodzi ze sfery militarnej w sferę gospodarczą, kulturową a nade wszystko medialną. Walczy się przez zobowiązania prawne, gospodarcze, finansowe.
Jakie w tej perspektywie są szanse dla narodu polskiego? Jeśli ocenimy stan państwa polskiego, to można mieć obawy, że zmierza ono do bankructwa. Jeśli ocenimy poziom moralny narodu, jest on bardzo niski. Również psychicznie wielu Polaków jest na skraju wyczerpania. Jeśli chodzi o świadomość tego wszystkiego, co się dzieje, to duża część narodu, będąc zmęczona walką o utrzymanie rodziny, zdrowia i zniechęcona mizernymi efektami swojej pracy, łatwo przyjmuje wszystko co podają media.
Skoro tak, to rodzi się pytanie, czy nie jesteśmy w gorszej sytuacji, niż w roku 1920, gdy bolszewicy zajęli większość państwa, a dziś nowa ideologia liberalizmu zawładnęła większością umysłów? Co nam pozostaje w tej sytuacji? W 1920 r. tysiące ludzi gorąco modliło się na Jasnej Górze do Matki Bożej o ocalenie Polski. Dziś trzeba nam tym bardziej szturmować niebo modlitwą. Dziś potrzeba nam jakiegoś nowego cudu nad Wisłą!
Proszę z całego serca, odmawiajmy Różaniec. Codziennie Różaniec, koronkę do Bożego Miłosierdzia, najlepiej całymi rodzinami! Omadlajmy alkoholików, rząd, prezydenta, wszystkich, całą Polskę! Dlaczego tak mało nas przystępuje do Komunii Św.? Starajmy się zawsze być w łasce uświęcającej i regularnie, na każdej mszy św. przyjąć Jezusa do Serca.
Pamiętajmy zawsze o obecności Maryi w naszym życiu i że Ona potrzebuje naszej modlitwy. Amen.
14 SIERPNIA 2011
Dzisiejsze czytania: Iz 56,1.6-7; Ps 67,2-3.5.8; Rz 11,13-15.29-32; Mt 4,23; Mt 15,21-28

W dzisiejszej Ewangelii Jezus zrównał kobietę i jej córkę z psami. Wielu zarzuciłoby Jezusowi niesprawiedliwość, nacjonalizm, szowinizm.
Wielu ludzi, gdyby usłyszało takie słowa, powiedziałoby: NIE, już się do niego w życiu nie odezwę, do tego kościoła już nigdy nie pójdę. Przecież jeśli już chciał odmówić, mógł to zrobić delikatniej: że nie ma czasu, czy jakoś inaczej, ale żeby mnie, moje dziecko porównać z psami?!
Spróbujmy spojrzeć na to z pewnego dystansu, jakoś to zobiektywizować.
Otóż różnica między zwierzętami a całym światem stworzonym jest minimalna, polega tylko na wielkości, trwałości istnienia i działaniu wg ściśle określonego programu wpisanego w ich naturę. Wiadomo, że pies czy jakieś inne zwierzę może o wiele więcej, niż kwiatek na łące. Jednak one wydają się niczym w porównaniu np. z górą czy gwiazdą. W rzeczywistości zaś koniec tego wszystkiego jest taki sam. Dopiero człowiek, którego Bóg uczynił panem całego Świata, to już całkowicie inna jakość: ma rozum, wolną wolę i duszę nieśmiertelną. Przetrwa on zatem cały Świat, ziemia i gwiazdy i przeminą a on będzie istniał, oczywiście w niebie albo w piekle, ale zostawmy to teraz. Z tego powodu tak niesamowitej różnicy między człowiekiem a pozostałymi stworzeniami nie wchodzi w rachubę żadne porównanie ze zwierzęciem, rośliną czy nawet gwiazdą i słusznie mógłby się ktoś poczuć zdegradowany i obrażony w takiej sytuacji.
Lecz można na to spojrzeć z innej strony: oto między Bogiem a człowiekiem znowu zionie ogromna przepaść, przepaść nieskończenie większa, niż między człowiekiem a zwierzętami. Z punktu widzenia Pana Boga, czy pies, czy kot, czy człowiek to są wszystko marne stworzenia. Dlatego porównanie kogoś z psem nie stanowi dla niego wielkiej ujmy.
Trzeba jednak powiedzieć, że naród izraelski doznał wielkiej łaski od Boga, przez to, że stał się Jego szczególną własnością. Dokonało się to nie z natury, czyli Bóg ich takimi nie stworzył, ale dzięki łasce, dzięki wybraniu, usynowieniu. Izraelici mieli świadomość tego wybraństwa, świadomość szczególnego kontaktu z Bogiem i Jego nad nimi opieki. Wobec tego mieli odwagę także prosić Boga o różne rzeczy. Bóg chętniej daje, jeśli ktoś prosi. Bo jeśli nie prosi, to nie wiadomo, czy chce. Dlatego Jezus mówi: proście a otrzymacie.
No tak, ale dzisiaj w Ewangelii kobieta wyraźnie prosi, naprzykrza się, a Jezus jakby był głuchy, nie odzywa się ani słowem. A jak już się odzywa, to tak ją degraduje: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom – czyli Izraelitom - a rzucić psom – czyli ludziom z poza tego narodu.
Nie chodziło wcale o to, że tego chleba czyli swoich łask, miał za mało, bo tyle co się nagadał i czasu stracił na tłumaczenie dlaczego nie pomoże jej, to o wiele szybciej by powiedział słowo i córka byłaby zdrowa. On jednak nie robi tak, tylko tłumaczy. Dlaczego? Ponieważ chodzi mu o świadomość kobiety, czy wie co i od kogo otrzymuje. Zwlekając z uzdrowieniem córki, chce sprawdzić czy kobieta jest świadoma z kim rozmawia, czy wierzy w Jego boską moc. Gdy Jezus porównał ją z psami, to Jezus nie oponuje. Postępuje zatem zgodnie z kierunkiem myśli Jezusa. Upokorzył ją, mówi: dobrze, mogę być nawet i szczeniakiem, ale nawet wtedy starczy również dla mnie Twoich łask, bo przecież Jesteś Bogiem. Daj mi chociaż jakąś okruszynę twojej łaski, czyli Twoje choć jedno słowo.
Jezus zachwycony jej wiarą w Jego zbawczą moc, daje jej to, o co prosi.
W Nowym Przymierzu wszyscy chrześcijanie są dziećmi Bożymi przez łaskę Chrztu świętego. Dostępują w ten sposób łask o wiele większych, niż Izraelici przed przyjściem Chrystusa. Potem w ciągu swego życia dostępują kolejnych łask, a najważniejsze z nich udzielane są udzielane są pod przykryciem widzialnych znaków, czyli jako sakramenty, żeby człowiek był pewien ich otrzymania. Chociaż Kościół stara się nauczać o znaczeniu tych sakramentów, naucza też jak żyć żeby ten sakrament mógł w człowieku działać, to jednak wielu ludzi nie chce się tego nauczyć: przyjmują sakramenty bez należytej świadomości, może dlatego, że ogół je przyjmuje.
Gdy zaś znajdą się w środowisku nieprzychylnym religii, gdzie praktyki religijne są niemodne albo nie ma na nie czasu, to i oni przestają praktykować.
Umiłowani w Chrystusie!
Bóg bardzo pragnie obdarzać nas swoimi łaskami, a zwłaszcza w sakramentach:
pragnę, obdarzać dusze łaska¬mi, ale nie chcą ich przyjąć. O, jak wielka jest obojętność dusz za tyle dobroci, za tyle dowodów miłości; serce moje napawa się samą niewdzięcznością, zapomnieniem od dusz żyjących w świecie; na wszystko mają czas, tylko nie mają czasu na to, aby przyjść do mnie po laski. Zawiodło się serce moje: nie znajduję całkowitego oddania się mojej miłości. Tyle zastrzeżeń, tyle niedowierzań, tyle ostrożności.[Dz 367]
Gdyby jednak ktoś przyjął sakrament a okazał się niegodnym tego, np. wyspowiadał się, przystąpił do Komunii św, czy sakramentu Bierzmowania, jeszcze bardziej rani Serce Jezusa.
Starajmy się zatem pogłębiać naszą wiedzę religijną, żeby być chrześcijanami do końca i czerpać obficie ze zdroju łask Miłosiernego Serca Jezusowego. Amen
7 SIERPNIA 2011
XIX niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: 1 Krl 19,9a.11-13; Ps 85,9ab-14; Rz 9,1-5; Ps 130,5; Mt 14,22-33
.jpg)
Mt 14,22-33 - Czemu zwątpiłeś małej wiary?
A my jaką mamy wiarę? Ufam, że mamy większość z nas ma wiarę, że wierzy w to, co zostało napisane w Ewangelii, w to że Jezus i Piotr chodzili po wodzie. Wierzymy w to. Jednak Jezus nie tylko dokonywał takich cudów 2 tys. lat temu, ale i dzisiaj takich dokonuje. Ktoś zapyta: to dlaczego nie widzieliśmy nikogo chodzącego po wodzie?
A czy ktoś poprosił: Jezu, każ mi pójść po wodzie. Nikt nie prosił, ale wobec tego może po mszy pojedziemy nad zalew i poprosimy o to?
Trzeba jednak zapytać, po co Jezus miałby nam kazać chodzić po wodzie? Żebyśmy się świetnie bawili, popisywali? Nie Bóg nie spełnia takich zachcianek, nie jest takim kuglarzem, nie popisuje się, nie szuka sensacji.
Dlaczego zatem Piotrowi kazał? Żeby wzbudzić w nich wiarę, żeby pokazać, iż nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Przecież wiele razy im mówił: gdybyście mieli wiarę, jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze rzuć się w morze, a byłaby wam posłuszna.
Ktoś zapyta, dlaczego dzisiaj nie dokonuje Bóg takich cudów. Otóż dokonuje, tylko że za mało staramy się je zauważyć. Po za tym, nie cuda są najważniejsze, tylko nasza wiara.
Jak człowiek widzi znaki, cuda, to wiara staje się łatwiejsza.
Gdyby na każdej mszy św. działy się jakieś cuda, rzeczy wykraczające poza prawa natury, to o wiele więcej ludzi przychodziłoby do kościoła. Jednak Bogu nie chodzi o takie przyciąganie ludzi nadzwyczajnymi cudami, tylko dał ludziom rozum, żeby w tym, co jest rozpoznali znaki Jego obecności. Bóg bowiem dokonał niesamowitego cudu jak stworzenie świata i uporządkowanie go w tak wspaniały sposób, że wszystko funkcjonuje tak bardzo harmonijnie. Przecież to wszystko co istnieje, musi mieć jakąś przyczynę. Gdyby ktoś mówił, że ten świat powstał i ułożył się akurat taki jaki jest z przypadku, to jak jakby powiedzieć, że można wziąć szuflę piachu, metali minerałów, podrzucić do góry i gdyby opadło, to akurat ułożyłoby się w superkomputer. Otóż nie, żeby złożyć komputer, potrzebna jest jakaś inteligencja. Tak samo że światem, żeby go ułożyć właśnie takim, potrzeba kogoś nieskończenie inteligentnego. W świecie jest ….. różnych stałych , np. stała grawitacyjna, Faradaya, - gdyby jedna z nich różniła się o jedną setną od wartości, jaką ma obecnie, to już nie mogłoby istnieć życie.
Ktoś zatem musiał dobierać te rzeczy z tak niesamowitą precyzją.
W otaczającym świecie powinniśmy zatem rozpoznać Boże cuda, tylko że już tak bardzo się do nich przyzwyczailiśmy, że stały się one dla nas czymś całkowicie naturalnym, że już nie chcemy w nich widzieć Bożych cudów.
Bóg zaznacza swoją obecność przy nas w sposób niesamowicie delikatny, wprost pieszczotliwy, dosłownie tak jak ten łagodny powiew z 1 czytania. Nie chce bowiem wzbudzać w nas trwogi, strachu, bo nie jest Bogiem mściwym, ale pełnym miłości i miłosierdzia.
Z tego powodu że Jego obecność jest tak łagodna, lekceważymy Go, niezauważany, nie chcemy zauważać. Zatracamy się w pędzie do niewiadomo czego, w wirze naszej pracy, całego życia. Gubimy gdzieś swoje człowieczeństwo i zmierzamy do wiecznego potępienia.
Boleje z tego powodu Serce Boże i dlatego czasem też Bóg zagrzmi, czyli zaznaczy, że stanie się jakiś kataklizm. Dlaczego? Czy po to, żeby ludzi ukarać?!
Nie, Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i miał życie. Bóg zatem chce powstrzymać człowieka pędzącego ku wiecznej zagładzie i może odebrać mu różne rzeczy doczesne: majątek, gospodarstwo, rodzinę
Trzeba jeszcze wspomnieć o niewłaściwym rozumieniu wiary, jakie się dzisiaj zdarza. Np. Jezus wiele razy mówi: wiara cię uzdrowiła. Wiadomo, że ma tu na myśli samego siebie: Ja cię uzdrowiłem. Wiadomo, że nie zrobił by tego, gdybyś we Mnie nie wierzył. Zatem wiara nigdy nie jest wiarą w siebie czy we własne siły, ale w Boga, że On jest przy nas i działa.
31 LIPCA 2011
XVIII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 55,1-3a; Ps 145,8-9.15-18; Pz 8,35.37-39; Mt 4,4b; Mt 14, 13-21
24 LIPCA 2011
XVII Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: 1 Krl 3,5.7-12; Ps 119,57.72.76-77.127-130; Rz 8,28-30; Mt 11,25;
Mt 13,44-52
Dzisiaj Pan Jezus poucza nas, czym jest Królestwo niebieskie. Po co? Po to, żebyśmy go zapragnęli i chcieli się tam dostać. Z pierwszych dwóch porównań, o skarbie i o perle, wynika, że jest ono tak wspaniałe, tak cenne, że ten, kto je znajdzie, zostawia dla niego wszystko, co posiada.
W innych fragmentach Ewangelii, Jezus mówi także, co zrobić, aby je znaleźć. Szukanie kojarzy się bowiem raczej z przypadkowością, nieprzewidywalnością. A tak absolutnie nie jest: Do nieba nie trafia się przypadkowo. Nie jest też tak, że Bóg wybrał sobie jakichś ludzi i przeznaczył, predestynował do zbawienia, jak moglibyśmy mylnie wywnioskować z drugiego czytania.
Owszem, Bóg współdziała z tymi, którzy Go miłują i daje im większe łaski, że oni zdążają do nieba szybciej, niż inni. Jednak bardzo chciałby dać również łaski, tym, którzy Go nie miłują, ale nie może, bo ich nie chcą.
To jest tak, jak Jezus mówi w Ewangelii (Mt 7,6-8) Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały.
Nie dziwimy się temu, bo świnia nie wie, co to jest perła i może się zdenerwować, że nie daliśmy jej ziemniaków tylko perłę. Dlatego Bóg ma zasadę: nigdy nie wprasza się ze swoim darem, zawsze oferuje, pyta: jeśli chcesz? Bóg cieszy się, gdy człowiek sam prosi. Jezus bowiem mówi dalej: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Żeby jednak człowiek poprosił, to musi pragnąć i dlatego Jezus mówi dzisiaj: Królestwo Boże jest najcenniejsze ze wszystkiego, co może być, bo to jest sam Bóg.
Jak człowiek już zapragnie, to co ma zrobić, żeby je znaleźć? Powstało znowu w tej kwestii wiele herezji, błędów dogmatycznych. No bo, czy można sobie na niebo tak zapracować, żeby je mieć mówiąc tak po chłopsku: „w kieszeni”? Zapracować nie można. Zbawienie jest bowiem łaską Boga, który jest osobą, tak, jak my i to On podejmuje decyzje. Nikt nie może po śmierci stanąć przed Bogiem i powiedzieć: no, to otwieraj to niebo i wpuszczaj mnie, bo przecież ja tyle dla Ciebie pracowałem, grzechu prawie nie popełniłem, to niebo mi się należy. Taki człowiek popełniłby wielki grzech pychy, stawiając się w roli samego Boga – sędziego. Zbawienie człowiek jest suwerenną decyzją Boga Stwórcy.
Trzeba jednak wiedzieć, że Bóg pragnie szczęścia i zbawienia wszystkich i to pragnie nieskończenie bardziej, niż sam człowiek. Dlaczego? Bo kocha człowieka nieskończenie bardziej, niż człowiek samego siebie.
Człowiek, który chce być zbawiony, powinien mieć całkowitą ufność w miłość i miłosierdzie Boże i z tego powodu mieć nadzieję na zbawienie. Jest to absolutnie zasadnicza sprawa, bez tego zaufania i nadziei, człowiek nie będzie zbawiony. Jezus wprawdzie dzisiaj o tym nie mówi, a mówi o czymś, co jest jakby na drugim miejscu, co wydaje się być mniej ważne od tej ufności w miłość i miłosierdzie Boże. Dlaczego?
Bo tak naprawdę, poza Jezusem i Maryją, nie ma na Świecie człowieka sprawiedliwego, sprawiedliwego tak do końca. Dlatego każdemu Bóg musi okazać miłosierdzie. Sprawiedliwy człowiek owszem będzie, jeśli Bóg go usprawiedliwi i oczyści z grzechów, jeśli go uświęci.
Żadna przypowieść nie obrazuje Królestwa Bożego w sposób pełny, dlatego Jezus opowiada ich wiele, żeby możliwie jak najlepiej je przybliżyć.
O ile dzisiaj pierwsze dwie ukazują, że zbawienie to inicjatywa, poszukiwanie człowieka, to w przypowieści o sieci widzimy, jakby człowiek był bierny. Oczywiście, jak powiedziano, zbawienie to współpraca człowieka z Bogiem.
Ową siecią zagarniającą wszelkie ryby jest Kościół, czyli Mistyczne Ciało Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Jesteśmy członkami Kościoła, czyli jesteśmy w tej sieci, a zatem jesteśmy już w Królestwie niebieskim. Ktoś powie: jak to? Przecież wcale nie widać tego Królestwa, a wprost przeciwnie, wydaje się, jakby nas panowało królestwo szatana.
A jednak! gdzie jest niebo? – Tam, gdzie jest Bóg. A gdzie jest Bóg? – w Kościele, również tutaj.
Jesteśmy zatem w Królestwie Boga, chociaż tego nie odczuwamy. Widzimy tylko znaki, ślady obecności Boga i trzeba nam w nie uwierzyć. Jezus (Łk 17,20-21) zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo: Tam. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. a miał na myśli samego Siebie.
Z przykrością jednak stwierdzamy, że w tym Chrystusowym Kościele, nie wszyscy Jego członkowie są dobrzy, dlatego przy końcu Świata, aniołowie oddzielą dobrych od złych.
Powstaje wobec tego pytanie: po co ta sieć zagarnia ludzi, skoro i tak im to nie pomaga? Otóż sam Kościół nie zagarnia, tylko ludzie sami chcą przyjąć Chrzest. Jeśli zaś są to małe dzieci, to dzieje się to na mocy miłości rodziców, którzy zobowiązują się wychować je po katolicku. Bardzo przykro, że w rzeczywistości wielu potem przeczy tej miłości, nie przekazując wiary. Jednak stać się członkiem Kościoła, to jest taka bardzo prosta droga do zbawienia, poza nim, jest ono wprawdzie możliwe, ale niesamowicie trudne.
Kościół daje szansę na uformowanie się człowieka zgodnie z zamysłem Bożym, czyli na wzór i podobieństwo Boga. Bóg przecież obdarzył człowieka niesamowitą godnością, dając udział w akcie stworzenia, siebie, innych ludzi i w ogóle całego Świata.
Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, ale to człowiek stwarza siebie, stając się dobrym, czy też złym, jeśli niszczy w sobie ten obraz Boga.
Bóg daje człowiekowi pełnię środków do uświęcenia: Słowo, Liturgia, Sakramenty. Poucza w ten sposób, jak żyć oraz daje siebie, przytula, rozgrzesza, uzdrawia.
Nic jednak Bóg nie zrobi, jeśli człowiek uparcie nie będzie chciał się formować. Jezus mówi o takich ludziach do św. Faustyny:
To niedowierzanie mojej dobroci najwięcej mnie rani. Jeżeli nie przekonała was o miłości mojej śmierć moja, to cóż was przekona? Często rani mnie dusza śmiertelnie, tu mnie nikt nie pocieszy. Używają łask moich na to, aby mnie obrażać. Są dusze, które gardzą moimi łaskami i wszelkimi dowodami mojej miłości; nie chcą usłyszeć wołania mojego, ale idą w przepaść piekielną. Ta utrata dusz pogrąża mnie w smutku śmiertelnym. Tu duszy nic pomóc nie mogę, chociaż Bogiem jestem, bo ona mną gardzi; mając wolną wolę, może mną gardzić albo miłować mnie.
Jan Paweł II w czasie 1 pielgrzymki do Ojczyzny wołał: Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka?
Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale — pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego „wolno”? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć „nie” Chrystusowi
Zatem Drodzy, pozwólmy się formować Jezusowi, uświęcać. Przecież niewyobrażamy sobie, żeby w niebie, gdzie jest nieskończenie święty Bóg, mogło znaleźć się coś, co do Boga nie pasuje.
Każda Komunia Święta, Msza Święta, to jest niesamowity skarb, drogocenna perła, za którą warto oddać wszystko, bo to jest Królestwo niebieskie już tu na ziemi. Zapoczątkowuje w nas Królestwo niebieskie, o ile pozwalamy, aby ona nas formowała, o ile staramy się żyć zgodnie z zaleceniami Chrystusa.
17 LIPCA 2011
XVI Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Mdr 12,13.16-19; Ps 86,5-6.9-10.15-16a; Rz 8,26-27; Mt 13,24-43
Tydzień temu Pan Jezus opowiedział nam przypowieść o siewcy siejącym ziarno. Wyjaśnił nam też, że ziarnem jest Słowo, które Bóg do nas kieruje, za pomocą którego stwarza człowieka na swój obraz i podobieństwo.
Dzisiaj również Jezus opowiada nam przypowieść bardzo podobną do tamtej, tylko że oprócz siewcy siejącego dobre nasienie, jest też nieprzyjaciel siejący nasienie złe. Ziemią uprawną gdzie wpada ziarno, jesteśmy my, którzy słuchamy Słowa i to my decydujemy, czego chcemy słuchać, jakimi słowami się karmić.
Ten zaś nieprzyjaciel to oczywiście szatan, który chce nas doprowadzić do stanu wiecznej śmierci, tam gdzie jak Pan Jezus mówi, będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Trzeba powiedzieć, że zwłaszcza w naszych czasach sieje tego złego ziarna tak dużo, że to jest tak powszechne w kulturze, tak wszechogarniające, że działania Kościoła są o wiele za małe. Przy czym to nie jest wina Kościoła, bo Kościół robi co może. Owszem, że księża za mało o tym mówią, jedni nie wiedzą, inni boją się, żeby przez poruszanie trudnych tematów, nie odepchnąć ludzi od kościoła.
Dobrze, że mówi się jaki dobry i piękny jest Bóg, pełen miłości do nas, bo to właśnie powinno być motywacją naszego życia religijnego. Właśnie miłość Boża powinna nas najbardziej pociągać. Jednak na drodze do tej miłości szatan zastawia różne pułapki i jeżeli nie będziemy o nich wiedzieć, to wpadniemy w którąś i nie dojdziemy do celu.
Gdy wybieramy się w drogę, to co z tego, że możemy mieć pełny zapas paliwa i determinację żeby dojechać do celu, jeśli nie wiemy, że ktoś zastawił na nas zasadzkę, bo tak postanowił: żebyśmy nie dojechali! A właśnie szatan zastawia na nas takie różne pułapki i nie chce, żebyśmy się o nich dowiedzieli.
Kościół o nich mówi, bo jest to obowiązek wypływający z troski o ludzi, ale przede wszystkim człowiek sam powinien się troszczyć o to, żeby się tych pułapkach szatańskich dowiedzieć. Przecież każdy człowiek powinien troszczyć się o swoje zbawienie, o swoje szczęście. Tymczasem postawa wielu ludzi jest odwrotna, mają pretensje do Kościoła, że wymaga różnych rzeczy. Dzieci na religii, ci którzy mają być bierzmowani, że za dużo pytań zadaję do nauczenia.
Mało kto sam przeczyta Pismo Święte czy stara się pogłębić swoją wiarę, bo wielu mówi: nie ma czasu. Można by tutaj dyskutować, ale wobec tego ja staram się o tym mówić w kazaniach.
Ci którzy sami nie mają czasu sami pogłębiać swojej wiedzy religijnej, powinni być bardzo ostrożni w kupowaniu różnych ozdób, obrazów, plakatów, wisiorków, w wyborze rodzaju słuchanej muzyki, bo może być muzyka satanistyczna, a nawet w kupowaniu leków, chodzi o to, by nie kupować leków homeopatycznych.
Wiele bowiem z tych rzeczy może być szatańskimi nasionami, takimi pułapkami, przez które chce nas zgubić. Na piecyku są kartki, można zobaczyć.
Ktoś może powie: ja nie wierzę w znaczenie tych przedmiotów, to dla mnie zwykła ozdoba. Jednak nie jest to prawda, ponieważ przedmioty te wprowadzają człowieka jakąś rzeczywistość duchową, bo są to przedmioty religijne.
Lepiej nie mieć niczego, żadnej maski, bransolety czy wisiorka jeśli mamy podejrzenie, że było to używane w jakiejś religii do nawiązywania kontaktu z bóstwem, ponieważ pod tym bóstwem zawsze stoi zły duch. Ktoś nie wierzy, niech przeczyta słowa św. Pawła z 1 Kor 10,20: To, co ofiarują poganie, demonom składają w ofierze, a nie Bogu. Nie chciałbym, byście mieli coś wspólnego z demonami.
Poganie myśleli, że składają ofiary swoim bóstwo, ale wiadomo, że takie bóstwa nie istnieją. Jednak złe duchy chętnie odbierają te ofiary, bo lubią odbierać boską cześć. Tak samo manifestowały swoją obecność, gdy ludzie chcieli wejść w kontakt z nimi. Gdy ludzie modlili się o zdrowie, o poznanie przyszłości czy jakąkolwiek pomoc, robiły co mogły, żeby na wszelki sposób związać człowieka ze sobą i w rezultacie doprowadzić go do zguby w piekle.
To związanie człowieka, to wprowadzenie w nową rzeczywistość duchową nazywamy inicjacją religijną. Dla chrześcijanina taką najważniejszą inicjacją jest sakrament Chrztu Świętego, przez który stajemy się członkiem Kościoła Chrystusowego, czyli związany z Nim na wieki, zostaje w nim zapoczątkowane życie Boże. To jest niesamowita zmiana jakościowa w człowieku.
Inne rzeczy, które nas jakoś łączą z Bogiem, to np. krzyż, medalik, obrazy święte. Żaden porządny katolik nie powie, że medalik noszony na szyi, to dla mnie tylko ozdoba. Nie, ponieważ przez ten medalik chcemy zaznaczyć, że należymy do Chrystusa i wyrażamy w ten sposób naszą prośbę, aby On się nami opiekował. Przykro widzieć teraz coraz mniej noszonych medalików na szyi.
Jeśli ktoś zamiast medalika nosi amulet, który niby to ma mu przynosić szczęście, to przywołuje w ten sposób demona, by się nim opiekował. Niektórzy okultyści wcale się z tym nie kryją, ale inni twierdzą, że to nie jest żaden demon, tylko taka kosmiczna energia, dająca nam zdrowie, pomyślność, chroniąca przed urokiem – otóż nic podobnego. Nie ma żadnych kosmicznych energii tylko są byty osobowe, dobre albo złe.
My tak często nie mamy świadomości, co dokonuje się przez przyjmowanie sakramentów czy używanie symboli chrześcijańskich, ochrzcimy dziecko, bo tak wszyscy robią. Szatan doskonale wie, jak to jest ważne dla człowieka, dlatego pragnie żeby przez kontrinicjacje albo inaczej inicjacje okultystyczną wiązać ludzi ze sobą samym, chce go wprowadzić w stan wiecznej śmierci.
Jak Pan Jezus mówi, że aby być w niebie, życie niebieskie musi się już tutaj na ziemi zapoczątkować. Tak samo szatan chce w człowieku zapoczątkować życie piekielne, życie nieskończenie gorsze, niż śmierć; - i zasiewa w nim nasiona śmierci.
Jak te nasiona śmierci są powszechne w naszej kulturze, świadczy choćby „trupia czaszka” – najczęstszy motyw ozdobny na ubraniach, nawet na butach. Jak człowiek a zwłaszcza dziecko tak napatrzy się na tę trupią czaszkę, jak ona jest tak wszechogarniająca, jeśli żyje jakby pod znakiem trupiej czaszki, to co wejdzie w jego podświadomość? Jestem przeznaczony do śmierci. Inne częste motywy ozdobne to smoki, węże, jakieś upiory – im bardziej upiorny, brzydki, tym fajniejszy. Te motywy są obecne wszędzie, począwszy od ubrań, przez bajki gry komputerowe, skończywszy na długopisach.
Żeby ktoś teraz nie zarzucił, że smoka wawelskiego trzeba zniszczyć, bo to symbol okultystyczny. Smok może ale nie musi przypominać nam o diable i ukierunkowywać nas na niego. Są natomiast symbole np. pierścień atlantów czy dzwonki Feng-Schui, które na pewno przypominają nie nam, ale demonowi o tym kto je nosi i wprost go przywołują. Te są bardziej niebezpieczne.
Nasion śmierci dużo jest w muzyce rockowej, metalowej. W wielu piosenkach jest wprost mowa o śmierci, o królowaniu szatana. Wprawdzie teksty są często po angielsku, ale na podświadomość oddziaływanie jest takie samo. Na podświadomość działa też i to o wiele skuteczniej przekaz podprogowy, który w tych piosenkach jest także przekazywany. Rodzice powinni zwrócić uwagę, czego słuchają dzieci, bo nawet dzieci z dobrych chrześcijańskich rodzin słuchają Dody, Lady Gagi czy innych okultystów.
Widzimy zatem, że szatan atakuje wszystkie nasze zmysły, starając się zaszczepić nam głęboko w podświadomość: jesteś przeznaczony do piekła.
Trzeba powiedzieć, że obecnie już małe dzieci są inicjowane, wprowadzane w kontakt ze światem demonów przez książkę Harry Potter. Tak właśnie pisze o niej ks. dr Posacki, specjalista od demonologii. Według wielu znawców tematyki okultyzmu, Rowling wykorzystała wszystkie możliwie symbole okultystyczne, aby zaszczepić je w duszy dzieci
Nie trzeba jej zatem czytać ani oglądać filmu, nawet gdyby program to przewidywał, bo w ten sposób niszczymy człowieka, zabijamy go. Było wiele przypadków samobójstw dzieci po przeczytaniu tej książki.
Widzimy zatem, że tych szatańskich nasion jest w świecie bardzo dużo i świat mówi, że one są dobre i postępowe. Widzimy jak wielkie oszustwo?! A potem dziwimy się, że ludzie są tak dziś znerwicowani, tyle jest samobójstw, depresji, ciągle boją się niewiadomo czego, źle się czują w kościele, nie mogą skupić się na modlitwie, nastolatki popełniają morderstwa.
Nie dajmy się zwieść, zasiewajmy w sobie ziarno dobre a nie złe i wyrywajmy chwasty przez przystępowanie do Sakramentów Świętych i życie w stanie łaski uświęcającej. Amen
10 LIPCA 2011
XV Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Iz 55,10-11; Ps 65,10-14; Rz 8,18-23; Mt 13,1-23
W Konstytucji o Liturgii Świętej Soboru Watykańskiego II czytamy, że gdy w kościele czyta się Pismo Święte, to sam Chrystus przemawia. No tak, On sam. Nie słyszymy wprawdzie Jego głosu, tylko głos lektora ale to nic. Przecież lektor także mówi przez mikrofon i jego głos także jest zniekształcony przez głośnik. Przecież nikt rozsądny nie powie, że skoro głos wydobywa się z głośnika, to głośnik przemawia.
Każdy by powiedział, że przemawia lektor i miałby rację, gdyby ten lektor przekazywał swoją naukę, swoje myśli. Tymczasem lektor udziela jedynie swoich ust, wskutek czego słyszymy barwę głosu lektora ale słowa należą do Chrystusa, bo to On decyduje, co powiedzieć. To nic, że Jezus te Słowa, które dzisiaj słyszeliśmy, wypowiedział 2 tys. lat temu, bo zostały one utrwalone na nośniku, jaki wtedy był dostępny i przekazane niezmienione do naszych czasów. Te Słowa nic nie straciły ze swej aktualności i nigdy nie stracą. Zmienia się natomiast nasze życie i dlatego jest po Ewangelii głoszona homilia, w której rolą kapłana jest wyjaśnić jak te słowa należy rozumieć. Przecież rozumienie jakichś terminów może się zmieniać w ciągu wieków. Dlatego kazanie czy homilia jest integralną częścią Liturgii Słowa.
Zatem te Słowa Jezusa zostały zapisane i są przechowywane jako najcenniejszy skarb Kościoła. Ten skarb służy Kościołowi jako pokarm, którym karmi on swoje dzieci czyli nas wszystkich.
Przecież Jezus powiedział: (Mt 4,4) Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.
I oto dzisiaj także Jezus wyszedł, żeby nauczać, żeby karmić nas swoim Słowem. I także dzisiaj zebrały się tłumy, żeby Go słuchać, tłumy o wiele, wiele większe, niż wtedy nad jeziorem. Chociaż nas tutaj nie widzimy ogromnego tłumu, ale dzisiaj Jezus po całym Świecie ma rozstawione swoje żywe głośniki i po całym Świecie są takie jak tutaj zgromadzenia, mniejsze albo większe.
Skoro są tłumy ludzi, to Jezus chcąc mówić do wszystkich, musi zastosować jakieś medium, czyli coś, za pomocą czego Jego głos dotrze do wszystkich słuchających. Dzisiaj to takie łatwe: mikrofon, głośniki rozstawione w odpowiednich miejscach i już wszyscy słyszą. Wtedy nie było głośników, ale wiemy, że po wodzie głos dobrze niesie. Dlatego Jezus wsiadł do łodzi i mówił z łodzi.
Jakimi Słowami Jezus nas dzisiaj karmi? Opowiada przypowieść o Siewcy, słyszeliśmy. Siewca sieje ziarno, czyli Słowo Boże. Ziemią uprawną jest jesteśmy my, którzy słuchamy Słowa. Od nas zależy czy w ogóle przyjmiemy Słowo Boże i wydamy plon, a jeśli tak, to jaki ten plon będzie. To my decydujemy, czy jesteśmy ziemią żyzną czy też nie.
Dlaczego tak jest? Ponieważ jak już mówiłem wiele razy, Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo czyli stworzył go do miłości, bo Bóg jest miłością. Skoro tak, to nie mógł stworzyć tak po prostu człowieka kochającego. Miłość, żeby był prawdziwa, musi wypływać z wolnego wyboru. Dlatego Bóg dał człowiekowi wolną wolę, żeby człowiek sam z własnej woli upodobnił się do Boga, dokańczając w ten sposób stwarzanie siebie.
Bóg dał też człowiekowi rozum, żeby nie tworzył bezmyślnie, ale z rozsądkiem. Za pomocą rozumu człowiek ocenia co jest dobre a co złe, co piękne a co brzydkie. Dzięki rozumowi też człowiek stwierdza jak zastosować Słowo Boże w swoim życiu, jak upodobnić się do Boga.
Przecież, nie jest łatwo upodobnić się do Boga, wymaga to ogromnego wysiłku intelektualnego, bo trzeba np. poczytać Pismo Święte, i fizycznego, bo trzeba np. rano wstać, żeby się pomodlić, iść do kościoła, żeby wykonać swoje obowiązki. Trzeba do tego wielkiego męstwa i odwagi zwłaszcza w dzisiejszym świecie, który odrzuca Boga.
Stworzenie wszelkich rzeczy materialnych, jak rośliny, zwierzęta, gwiazdy czy planety było bardzo proste: Bóg powiedział: niech się stanie… światłość, planety, gwiazdy, góry, oceany, rośliny i wszystko inne, i stało się. Wyrzekł Słowo i już są – takie, jak Bóg zamierzył i robią to, do czego je przeznaczył. Żadne ze stworzeń nie wykroczy ani na moment poza to, do czego Bóg je przeznaczył. Gwiazda jest zawsze gwiazdą, pies zawsze psem i żyje tak jak pies. Drzewo zawsze będzie drzewem. Całe to bowiem stworzenie ma wpisany wewnątrz program, który nie pozwoli mu zrobić czegoś niezgodnego z jego naturą.
Całe to jednak stworzenie, ta cała natura ożywiona i nieożywiona, również została stworzona na chwałę Boga. Istnieć na chwałę Boga albo też być do tego celu jakoś wykorzystane, to jest naturalne jego przeznaczenie.
Czy tak stanie się w rzeczywistości czy też zostanie ono wykorzystane przeciwko chwale Bożej, to zależy od człowieka, któremu Bóg dał nakaz, by panował nad stworzeniami. I rzeczywiście człowiek za pomocą rozumu panuje nad całym światem stworzonym. Dobry człowiek ukierunkowuje Świat na Boga, wykorzystuje go na chwałę Boga, zaś zły człowiek niszczy to dzieło Boże, wykorzystuje je niezgodnie z wolą Boga. Dlatego św. Paweł pisze, że stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się Synów Bożych, czyli ludzi, którzy będą je wykorzystywać na chwałę Boga.
Zostało ono bowiem poddane marności nie z własnej chęci, - widzimy zanieczyszczenie środowiska i inne niszczenie go.
To wszystko, ta niewola zepsucia stworzenia spowodowana jest ludzkim grzechem
Tylko bowiem człowiek ma wolną wolę i tylko on może popełnić grzech ale też może z własnej woli zrobić coś dobrego czyli może wykształć w sobie postawę miłości.
Bogu tak bardzo zależało na tej miłości, na tym upodobnieniu się człowieka do Boga, że zawierzył mu i dał mu cały stworzony Świat łącznie z nim samym. Za to wszystko człowiek jest odpowiedzialny, za siebie, innych ludzi – czy pomaga im zmierzać do domu i również za cały świat.
W jaki sposób Bóg stwarza człowieka na swój obraz i podobieństwo? Tak jak wszystko inne, swoim Słowem, tylko że człowiek ma możliwość odrzucenia Słowa Bożego. Bóg mówi człowiekowi co ma robić i oczekuje, że ten z szacunkiem je przyjmie i wykona. Taki człowiek jest ziemią żyzną, wydająca plon nawet stukrotny. Staje się on podobny do Boga.
Bóg mówi mu: bądź dobry i nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Kochaj Boga nade wszystko i ludzi jak siebie samego. I człowiek stara się to robić.
Żeby jednak miał motywację do tego, Bóg mówi mu przede wszystkim: JA cię kocham i obiecuję wieczne szczęście w niebie. Zapraszam cię do siebie, chcę być szczęśliwy razem z tobą. Czy przyjmiesz moją miłość? Jeśli je przyjmie, wyda w nim wielki plon, nie wróci do Boga bezowocnie.
To Słowo upodabnia człowieka do Boga.
Jeśli je odrzuci, to stanie się złym, bo Świat karmi złymi słowami, nie pochodzącymi od Boga i niszczącymi człowieczeństwo. Człowiek który nie wykona zadania, które mu Bóg zlecił i zniszczy swoje człowieczeństwo, jest jak urządzenie jakie się zniszczyło na etapie produkcji. Nadaje się jedynie na złom i idzie na wieczne potępienie.
Trzeba jeszcze powiedzieć, że tym słowem nie jest jedynie słowo mówione albo pisane, ale wszystko, co dociera do naszych zmysłów.
Uważajmy zatem jakimi słowami karmimy swoją duszę, która przecież jest ważniejsza od ciała, to i pokarm dla duszy ważniejszy jest od pokarmu dla ciała.
słuchajmy dobrych słów Bożych i tak samo my sami, bądźmy przekazicielami, głosicielami Słów Bożych. Amen
3 LIPCA 2011
XIV Niedziela Zwykła
Dzisiejsze czytania: Za 9,9-10; Ps 145,1-2.8-11.13-14; Rz 8,9.11-13; Mt 11,25; Mt 11,25-30
.jpg)
Po co Pan Bóg dał człowiekowi rozum? Po to, żeby człowiek świadomie i rozumnie wybrał jaki chce być, żeby dokończył dzieło Boże polegające na stwarzaniu siebie samego i innych ludzi na podobieństwo Boga. Człowiek bowiem jest jedynym stworzeniem przez Boga niedokończonym. Dlaczego? Mówiłem już o tym wiele razy. skoro jest on stworzony o miłości, to miłości nie można zaprogramować. Gdyby Bóg zaprogramował człowiekowi, żeby był darem, wówczas nie byłby to dar bezinteresowny i wtedy nie byłaby to miłość. Człowiek musi sam świadomie i dobrowolnie zadecydować czy chce być podobnym do Boga czy nie. Rozum zatem jest tutaj konieczny. Przecież żeby się do Boga upodobnić, najpierw trzeba Go poznać.
Wiemy że Bóg daje ludziom różne talenty w różnej ilości. Tak samo jest ze zdolnościami intelektualnymi: jedni mają ich więcej, inni mniej.
Bóg objawia się człowiekowi w świecie na różne sposoby, dokonuje dzieł, które przerastają zdolności ludzkiego rozumu. Posługując się rozumem powinien człowiek dojść do wniosku, że jedynym wytłumaczeniem istnienia świata jest Pan Bóg.
Bóg dał człowiekowi rozum, żeby poznawał świat i przez analogię również Boga, Stwórcę Świata. W rzeczywistości jednak tym rozumem człowiek jest zdolny pojąć tylko niewielką część praw rządzących Światem. Większość musi przyjąć, że tak już jest, po prostu uwierzyć.
Okazuje się, że ludzie którzy są na wysokim poziomie intelektualnym albo za takich się uważają, mają o wiele częściej problemy z przyjęciem tych prawd wiary i norm moralnych, niż ludzie prości. O dziwo nikt z tych ludzi nie wątpi w prawdziwość tego, co mówią historycy o prawdach historycznych, np. bitwy pod Grunwaldem, nikt nie wątpi w istnienie elektronów wchodzących w skład atomu, bo o tym mówią fizycy i w ogóle nie dyskutujemy raczej z naukowcami, tylko wierzymy w to co mówią, choć zwykle nie możemy tego osobiście sprawdzić.
Jeśli zaś chodzi o sprawy religii, niektórzy poddają w wątpliwość istnienie Boga w ogóle albo jakieś Jego przymioty. Nie przyjmują Boga takim, jakim się objawia.
Bóg się mu objawia na różne sposoby, mówi do niego o sobie o swojej miłości, świętości, pokorze i innych przymiotach. Czł jednak odbiera Boga przez swój filtr intelektualny. Np. wiadomo, że Bóg powinien być Święty – i jeśli dowiaduje się, że On rzeczywiście taki jest, to wszystko w porządku. To ta wiadomość przechodzi przez ten filtr rozumu i człowiek utwierdza się w przekonaniu, że Bóg jest Święty. Następnie dowiaduje się, że Bóg jest wszechpotężny – i tu także większości się zgadza choć już niektórzy się zastanawiają, skąd w takim razie bierze się zło.
Gdy jednak człowiek usłyszy, że Bóg jest nieskończenie pokorny, to już wielu ludziom nie zgadza się i to już nie przechodzi przez ich filtry. Pokora kłóci się bowiem z nieskończoną potęgą, ale ważniejszy powód to człowiek nie chce być pokorny. Gdyby zaś Bóg był naprawdę pokorny, to człowiek też musiałby taki być.
Człowiek żeby we własnych oczach uprawomocnić swoje postępowanie, stwarza sobie Boga według siebie, często na swój obraz i podobieństwo.
Żeby naprawdę poznać, jaki Jest Bóg, trzeba czasem zostawić na boku swoje ludzkie rozumowanie i przyjąć dokładnie tak, jak mówi Kościół, Ewangelie. Trzeba nam zostawić naszą ludzką roztropność i stać się prostaczkiem, przyjmując prawdy wiary bez dyskusji.
Jakie cechy Boga możemy dostrzec w dzisiejszych czytaniach, jak On się objawia?
Oto prorok zapowiada Go na osiołku. Wyobrażamy sobie Boga Wszechmogącego na osiołku?
A to właśnie z powodu Jego nieskończonej pokory. W Ewangelii Jezus także mówi o sobie: Jestem cichy i pokorny Sercem.
Taki Jest, ponieważ chce koić, przytulać nasze serca zranione brakiem miłości.
My mamy tendencje, żeby w tym naszym zranieniu jakoś zrekompensować sobie to poczucie, że jesteśmy za mało kochani. Tej rekompensaty szukamy w przyjemnościach życiowych, pieniądzach, władzy i na różne sposoby. Jednak te tanie zamienniki miłości nie leczą naszych serc, i z tego powodu jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, sfrustrowani, nerwowi.
Tylko Jezus może je tak naprawdę uleczyć. Dlatego woła: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście !
Jezus nas pokrzepi, da nam prawdziwy pokój. Nie święty spokój od zmartwień, ale pokój wewnętrzny, bo On nas kocha i co by się nie działo, zawsze będzie nas kochał.
Jezus to król pokoju. Każda społeczność chiałaby mieć króla – takiego prawdziwego, który nie będzie się znęcał nad ludem, nie wykorzysta swej władzy do swoich potrzeb, ale potraktuje ją jako służbę dla tej społeczności.
Żeby tak było, ten król musi być pokorny. Jezus pokazuje na czym polega prawdziwe królowanie – na pokorze, na służbie. Dlatego gdy On przychodzi, prorok woła: raduj się córo Jeruzalem! Czyli radujcie się wszyscy jej mieszkańcy.
Następnie prorok pisze, że On zniszczy łuk wojenny, rydwany – czyli narzędzia wojny. Jak to zrobi? Przez zaprowadzenie prawdziwego światowego pokoju, przez pokonanie zła dobrem.
Wiemy, że pokój nie polega tylko na braku wojny. Często tak właśnie jest na świecie, że ten brak wojny jest utrzymywany sztucznie przez siłę zbrojną. Siła zbrojna tłumi wszelkie niepokoje społeczne wywołane brakiem sprawiedliwości.
Jezus jako Król pokoju i pokorny Sługa, zaprowadza powszechny pokój, zaprowadza powszechną sprawiedliwość i pokój, bo nie zwycięża zła jeszcze większym złem, tylko dobrym. Jezus nie ucieka się do przemocy aż po krzyż, aż po śmierć.
Ktoś powie: no i przegrał, bo Go zabili i dalej nie ma na świecie sprawiedliwości i nie ma pokoju.
To jednak nie jest prawda, ponieważ Jego przegrana jest tylko tymczasowa i przyjdzie czas, że wyda plon również w naszej rzeczywistości. W tym celu trzeba tę Jego pokorną miłość uznać za najwyższy autorytet, punkt odniesienia i normę moralną w ustanawianiu wszelkich praw, czyli dokona intronizacji. Intronizacja to jest posadzenie kogoś na tronie.
Jest takie przysłowie: Ryba psuje się od głowy, to pewnie i naprawia się od głowy. Jezus jest naszą głową, naszym królem. Ponieważ jednak On nie chce nam swego królowania narzucać, to trzeba byśmy sami z własnej inicjatywy takiej intronizacji dokonali. Trzeba tego dokonać w wymiarze osobistym, rodzinnym i społecznym na różnych poziomach, również całe państwo polskie powinno tego dokonać, o co się gorąco módlmy.
Módlmy się o intronizację NSPJ w Ojczyźnie, o to, żeby To Serce, które jest najpełniejszym symbolem Boga, królowało w naszych sercach, rodzinach i całej Ojczyźnie.
nie stwarzajmy też Boga wg własnych wyobrażeń, ale przyjmijmy Go takim, jaki się objawia, jak naucza Kościół. Amen
26 CZERWCA 2011
XIII niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: 2 Krl 4,8-11.14-16a; Ps 89,2-3.16-19; Rz 6,3-4.8-11; Mt 10,40; Mt 10,37-42
Pewni rodzice żyjący w związku nie sakramentalnym, bardzo chcieli ochrzcić swoje dziecko. Ksiądz, widząc, że nie zaszczepią oni wiary w swoim dziecku, nie chciał się zgodzić. Mimo to oni nalegali, że przecież mają do tego prawo. Dlaczego Kościół stwarza problemy? Ksiądz zatem powiedział: czy jesteście państwo świadomi, że wasze dziecko może spotkać to samo, co Chrystusa? – i pokazał na krzyż. Ludzie ci zrobili miny wielkiego zaskoczenia, spojrzeli po sobie i poszli.
Czy dobrze zrobili? Przecież Chrzest Święty powoduje wprost niesamowitą zmianę jakościową w człowieku. To tak, jakby dziką jabłoń, ktoś zaszczepił zaszczepką szlachetnej odmiany. Wiadomo, że dzika jabłoń wydaje z natury dzikie czyli niedobre owoce, po zaszczepieniu staje się odmianą szlachetną, wydającą pyszne jabłka, nadające się na stół królewski.
Przez sakrament Chrztu człowiek zostaje uszlachetniony, podniesiony do wielkiej godności dziecka Bożego, ponieważ staje się członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa czyli Kościoła.
W tym momencie rozpoczyna się w człowieku życie Boże, zostaje człowiek z Bogiem zjednoczony.
Z tego powodu musi człowiek podzielić los Chrystusa, zgodnie z Jego słowami: Sługa nie jest większy od swego pana. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać. [J 15,20]
Nic zatem dziwnego, że św. Paweł pisze: Czyż nie wiadomo, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć?
Taki to już jest nasz współlos z Chrystusem. Nie ma co się dziwić, że chrześcijanie i cały Kościół jest prześladowany. Szatanowi bardziej zależy na ochrzczonym niż nie ochrzczonym, bardziej na gorliwym niż letnim. Im bardziej ktoś niesie sobą Chrystusa, tym bardziej szatan będzie go atakował, ponieważ nienawidzi Chrystusa, chce odciąć ludzi od Chrystusa.
Trzeba jednak zauważyć, że przecież wszyscy ludzie podlegają śmierci cielesnej i wszyscy cierpią na różne sposoby. Jednak chrześcijanie, nawet jeżeli ich cierpienie jest relatywnie większe niż innych ludzi, to jest złączone z krzyżem Chrystusa i dlatego nie jest cierpieniem bezsensownym. Cierpienie to bowiem ma wielką moc odkupieńczą wszystkich ludzi, staje się walutą zapłaty za zbawienie ludzi. Cierpienie to zanurzone w cierpieniu i śmierci Chrystusa, prowadzi chrześcijanina do zmartwychwstania razem z Chrystusem.
Oto jest prawdziwy sens Chrztu Świętego! Cierpienie i śmierć z Chrystusem i dla Chrystusa – owszem, ale to jest tylko droga przez którą trzeba przejść, żeby dojść do celu. Celem jest życie wieczne w niebie! A Pan Jezus powiedział: Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony.
Skoro Chrzest to takie wielkie dobrodziejstwo, to dlaczego Kościół nie udziela go dzieciom, gdy rodzice nie zobowiązują się wychować go w wierze katolickiej?
Otóż Chrzest zasiewa jedynie ziarno Boże w człowieku, które aby wydało plon, musi być odpowiednio pielęgnowane.
W przypadku drzewa zaszczepka rozrasta się równomiernie z drzewem i na niej są owoce szlachetne zaś na pozostałej części drzewa dzikie. W człowieku zaś ten wzrost nie jest tak równomierny, lecz od samego człowieka zależy, co urośnie więcej: czy zaszczepka przemieni jego całego i człowiek cały będzie szlachetny, czy też zaszczepka zmarnieje a zwycięży w nim dzicz.
Sakrament Chrztu wywiera na człowieku niezatarte znamię, już nigdy się go człowiek nie pozbędzie, ani w niebie ani w piekle. Trzeba jednak pamiętać, słowa Jezusa: komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie. Chrzest to ogromna łaska, pozwalająca o wiele łatwiej dostać się do nieba. Kto jednak tej łaski nie wykorzysta jak należy, tym większy dostanie wyrok.
Pamiętamy przypowieść o talentach. Należy zgodnie z wolą Bożą wykorzystać talenty, jakimi nas Bóg obdarowuje. Kto je zakopie i nie będzie rozwijał, zostanie wrzucony do piekła ognistego.
Jezus mówi w Ewangelii, co należy robić, aby rozwijać w sobie to życie Boże. Przede wszystkim umiłować Boga nade wszystko. Nawet rodzice, żona czy mąż, żaden człowiek nie może nam przysłonić Boga.
Tymczasem wielu ludzi deklaruje, że najważniejsza dla nich jest rodzina. Ktoś nie pójdzie do kościoła, bo chciałby pobyć trochę z rodziną. W ten sposób ludzie ci odrzucają Boga, jako najwyższego Pana i stawiają w Jego miejsce rodzinę, która staje się bożkiem. Oczywiście, że to lepiej, niż pieniądze, władza czy awans w pracy, ale i tak hierarchia jest niewłaściwa.
Co taki człowiek da rodzinie, jeśli Bóg nie jest dla niego najważniejszy? Nie da bezinteresownej miłości, a tylko tyle, na ile będzie się czuł przez tę rodzinę kochany. A jeśli rodzina go odrzuci i przestanie kochać, to się załamie, bo już nie ma po co żyć.
Jeśli zaś bóg będzie najważniejszy, to człowiek w imię miłości do Boga, będzie w stanie przebaczyć rodzinie brak miłości i uobecnić wobec swej rodziny samego Pana Boga.
Taki człowiek będzie ze strony ludzi dźwigał krzyż. Innym razem będzie to krzyż jego własnych cierpień, chorób. On jednak nie załamie się pod nim, ale razem z Chrystusem i z miłości do Chrystusa będzie go dźwigał. Nie załamie się, tzn. nie popełni grzechu, żeby sobie tego krzyża ulżyć. Kto bowiem popełnia grzech, a grzechy są zawsze po to, by ulżyć sobie krzyża i mieć więcej szczęścia, odcina się od Chrystusa.
Dalej Jezus mówi: kto chce zachować swoje życie, to je straci. Czyli nawet życie, choć jest bardzo ważne, nie może być bożkiem.
Następny sposób rozwijania w sobie łaski Chrztu Św. to, czerpać ze skarbów Kościoła, odnosić się do jego członków tak, jak do samego Chrystusa, ponieważ: kto Mnie przyjmuje, was przyjmuje.
Ostatnie kryterium wynikające z dzisiejszej Ewangelii: Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. Trzeba zatem być dobrym, podać wodę czy nakarmić kogoś, ale dlatego, że jest on uczniem Chrystusa. Często bowiem mamy motywacje nie mówię, że złe, ale mniej właściwe. Polegają one na tym, że kogoś polubimy, i z tego powodu mu usłużymy. A lepiej by było: Panie Jezu, dla Ciebie ja pomogę temu człowiekowi.
Starajmy się zatem oddawać Bogu wszystko, co robimy, rzeczy jakie posiadamy i ludzi których kochamy. Nawet jeśli póki co, przesłaniają nam one Boga, to prośmy Go usilnie: Jezu, oddaję ci to wszystko! Widzisz, że jestem słaby, zapominam o Tobie i kocham tych ludzi i rzeczy bardziej, niż
Ciebie, to Ty pomóż mi przywrócić właściwą hierarchię wartości.
Oddajmy Bogu także tych, których znielubimy, o których możemy powiedzieć, że nas prowadzą do grzechu, a więc również oddalają od Boga.
Nie skupiajmy się ani na dobrych ani na złych ludziach, lecz starajmy się wznieść ponad nich i zobaczyć Boga, który w tych ludziach do nas przychodzi. Czasem przychodzi jako okazujący miłość – jeśli chodzi o tych dobrych, a czasem jako potrzebujący naszej miłości i miłosierdzia – jeśli chodzi o tych gorszych. Amen
19 CZERWCA 2011
Niedziela
Uroczystość Trójcy Przenajświętszej
Dzisiejsze czytania: Wj 34,4b-6,8-9; Ps: Dn 3,52-56; 2 Kor 13,11-13; Ap 1,8; J 3,16-18

TRÓJCA ŚWIĘTA W IKONIE ANDRIEJA RUBLOWA
Niedziela Trójcy Świętej, czcimy Trzy Osoby Boskie. Ale po co?
Otóż uroczystość ta przypomina nam kim i jaki jest Bóg. Trzeba nam Boga poznawać, żeby się do Niego upodabniać i bardziej kochać.
Trójca Święta to Trzy Osoby Boskie jednej natury. Wiemy, kto to jest osoba. Osoba to ktoś, kto istnieje osobno, jest odrębny od innych i sam o sobie decyduje.
Jak to jednak zrozumieć, że te Trzy Osoby Boskie są jednej natury i są jednym Bogiem? To już jest trudne, trzeba w to po prostu uwierzyć. Nie wszystko o Bogu może człowiek zrozumieć.
Wiadomo, że Trzy Osoby Boskie mają te same przymioty: świętość, wieczność, nieskończona potęga, mądrość i inne. Najważniejszym przymiotem tych Osób jest Miłość.
Miłość zaś polega na całkowitym darze z samego siebie dla innych. Jest to dar do tego stopnia, że osoba kochająca zapomina o sobie, zatraca siebie na rzecz innych.
Osoba prawdziwie kochająca mówi: moje istnienie, wszystko co posiadam, zdolności, ciało i dusza, całe moje JA, jest ważne na tyle, na ile mogę uszczęśliwić kochaną osobę. Jestem szczęśliwy szczęściem kochanej osoby, żyję jej życiem. To jest tak, jak Tomek Kamiński śpiewa: nie ma mnie bez ciebie.
Widzimy zatem, że miłość nie jest kręceniem się wokół samego siebie, ale wokół drugiego, to bycie dla innych. Skoro zaś Bóg w swej nieskończonej mądrości stwierdził, że miłość jest czymś najpiękniejszym co może być, to postanowił taki właśnie być. Postanowił być całkowitym i bezinteresownym darem dla innych.
Skoro zaś Bóg jest miłością, to nie może być jedną tylko osobą, bo ta osoba nie miała by kogoś, dla kogo nie mogłaby być darem. Aż trudno sobie wyobrazić, tę nieskończoną miłość i jedność Osób Boskich wewnątrz Trójcy Świętej.
Jednak ktoś mógłby powiedzieć: w zasadzie nic wielkiego. Przecież Te Osoby są sobie równe co do istoty. Choć każda z Osób zatraca się dla pozostałych Dwóch, to zyskuje o wiele więcej, bo Te Dwie Osoby są całkowicie dla niej.
I oto Ten właśnie wszechpotężny Bóg zaskoczył wszystkich, którzy chcieliby stawiać podobne tezy. Stworzył bowiem marnego, słabiutkiego człowieka. A stworzył go na swój obraz i podobieństwo, czyli również uzdolnił do kochania, po to, żeby było więcej miłości.
I tego właśnie człowieka słabego i tak bardzo mało świętego, Bóg również umiłował i to umiłował do końca, aż po śmierć swojego Syna jedynego, jak mówi dzisiaj Ewangelia. Zaprosił też tego człowieka do udziału w życiu Trójcy Świętej, do relacji z Osobami Boskimi.
Tutaj znowu wielu powie: ale się Bóg wystawił, zaryzykował swoje szczęście dla tak kruchego stworzenia, dla takiego NIC!
No tak, rzeczywiście wystawił się Bóg! Wielu jeszcze doda: i przegrał, bo wielu odrzuciło Jego miłość, wybierając sobie innych bożków! To prawda, odrzuciło, ale już taka jest Miłość, że się wystawia na zranienie, odrzucenie. Choć ogromnie cierpi z tego powodu, ale dalej się wystawia, bo jest miłością! Tu jeszcze bardziej widać nieskończoną miłość Boga!
Skoro człowiek jest powołany do miłości, to również jak każda osoba jest bytem relacyjnym. Żeby być szczęśliwym, żeby się zrealizować i rozwinąć się jako człowiek, musi wchodzić w relacje z innymi osobami. Taką prawdziwą miłością powinien człowiek obdarzać przede wszystkim Boga, a potem innych i siebie.
Ponieważ zaś jest on istotą nie tylko duchową ale również cielesną, to ciało i wszystko co jest
materialne, ma dla niego ogromne znaczenie, bo służy do nawiązania komunikacji z innymi osobami. Postawą ciała zatem wyrażamy nasz stosunek do Boga i innych. Jeśli ktoś na mszy jest niestosownie ubrany, trzyma nogę założoną na nogę; jeśli nie bierze udziału w śpiewie, … na wiele sposobów człowiek na mszy wyraża swój szacunek do Boga i swoim ciałem oznajmia to sobie, innym ludziom i Bogu.
Ktoś powie: jak to, przecież żeby porozmawiać z Bogiem, nie potrzebujemy materii, bo robimy to w myślach.
Słusznie, ale trzeba powiedzieć, że takiego kontaktu nigdy człowiek nie jest pewny i dlatego takie najważniejsze momenty w których Bóg dotyka człowieka, dzieją się za pośrednictwem widzialnych znaków i nazywamy je sakramentami. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy o kamiennych tablicach, o obłoku, - były to widzialne znaki niewidzialnej łaski.
Człowiek potrzebuje materialnych przedmiotów kultu religijnego, bo one pomagają mu w modlitwie, przypominają o Bogu zawsze przy nas obecnym.
Wszelkie przedmioty używane w kulcie mają wielkie znaczenie. Wierzymy, że skoro są poświęcone, to Bóg związał z nimi jakąś łaskę. Np. ornat, w którym teraz jestem ubrany, symbol przynależności do Chrystusa.
Z tego powodu trzeba bardzo uważać z przedmiotami, które były używane w obcych kultach, różne bransolety, naszyjniki, pierścienie. Jeśli coś było pomocne do nawiązania kontaktu ze światem zmarłych, w czarowaniu, zaklinaniu, przepowiadaniu przyszłości, to najprawdopodobniej jest z tym związany zły duch.
Niektóre rzeczy z samego tylko ich wykonania poświęcone są szatanowi i przywołują go.
Ktoś powie: ja nie uznaję tego jako element okultystyczny, a jedynie jako ozdobę.
Otóż złego ducha nie obchodzi co my uważamy, jeśli gdzieś jest napisane w jego języku albo gdzieś jest jego symbol, to on przychodzi. Owszem, jeżeli ludzie umieszczają coś świadomie, to on czuje się bardziej pewnie.
Opowiem historię z mlekiem, jaką miała pewna kobieta. Wypiła ona szklankę mleka i w ogóle nie traktowała go jako elementu okultystycznego, ale jako zwykłe mleko.
O. Rufus Pereira, egzorcysta i wielki charyzmatyk z Indii, opowiadał to świadectwo na forum charyzmatycznym w Łodzi w 2009r.: przyszła do niego kobieta, która przez 20 lat cierpiała z powodu, że jej się ruszał brzuch. Dosłownie na wszystkie strony: do przodu, w tył, na boki, w górę i w dół. O. Rufus nie mógł uwierzyć własnym oczom, że nawet sfilmował jej brzuch. Kobieta ta odwiedziła ogromną ilość lekarzy, wydała cały majątek na leczenie i nic jej nie pomogło. Gdy się nad nią modlił, przypomniała sobie, że te problemy zaczęły się od dnia ślubu, od momentu, gdy wypiła szklankę mleka. Mleko to podała jej teściowa, która chciała, żeby jej syn poślubił inną kobietę a nie ją. Dlatego postanowiła jej jakoś zaszkodzić. Przeklęła mleko i podała jej do wypicia. Gdy kobieta to wypiła, jej brzuch zaczął się ruszać na wszystkie strony. Gdy o. Rufus zaczął się nad nią modlić, odezwał się zły duch, który był w mleku i kobieta ta zaczęła mówić nie swoim ale jakimś męskim ochrypłym głosem. Przez 20 lat zły duch się ukrywał, ujawnił się dopiero w obecności egzorcysty, który miał nad nim władzę. Gdy o. Rufus odprawiał nad nią egzorcyzmy, zaczęła wymiotować tym właśnie mlekiem sprzed 20 lat, a które ciągle było w jej brzuchu.
Doskonale wiemy, że to nie mleko było powodem nieszczęścia kobiety, ale zły duch i druga kobieta, która przeklęła mleko. Mleko stało się jedynie przedmiotem wykorzystanym do nawiązania relacji z osobą złego ducha. Wolą tej kobiety stało się ono czymś w rodzaju duchowej bomby. Wiemy co to jest bomba: terroryści podkładają ją w jakimś miejscu, żeby zabić ludzi. Taka bomba może być schowana dosłownie we wszystkim, w długopisie, w kluczu, w komputerze, wszędzie. Podobnie jest z bombami duchowymi, od człowieka zależy, gdzie ją umieści, czyli jaki przedmiot albo miejsce odda złemu duchowi, żeby ten mógł się tym przedmiotem posłużyć.
Trzeba powiedzieć, że są takie przedmioty, o których już z góry wiadomo, iż są oddane w ręce złych duchów. Są to wszelkie przedmioty używane w religiach okultystycznych albo w satanizmie. Przykładem są tu różne amulety, znaki magiczne, drzewko szczęścia, dzwonki Feng-Schui, coraz częściej spotykane niestety również w naszej parafii.
Może wiele ludzi nie przywiązuje do tych rzeczy uwagi, twierdząc, że są to jedynie pamiątki i nie mają dla nas magicznego znaczenia ani też religijnego, jak dla ludzi z tych religii. Jednak nie jest tak dla złego ducha: jeżeli on coś już dostał w swoje ręce, to z tego nie zrezygnuje. Jeżeli może działać dzięki jakiemuś przedmiotowi, to będzie działał.
Dbajmy zatem o cielesne i materialne wyrazy miłości wobec Boga i ludzi. Starajmy się komunikować wszędzie, że Bóg naprawdę jest dla nas najważniejszy.
Powyrzucajmy też wszystkie elementy, które mogłyby mieć związek z okultyzmem. Jak bowiem obraz czy medalik są widzialnymi znakami obecności Boga i powinno się je nosić, tak pacyfka, pierścień Atlantów, dzwonki Feng-Schui czy inne, są widzialnymi znakami przywołującymi złego ducha.
Zaś z Trójcy Świętej czerpmy wzór miłości i zawsze starajmy się być z Tymi Osobami być w relacji. Amen
12 CZERWCA 201
Niedziela Zesłania Ducha Świętego
Msza wigilii: Rdz 11,1-9 lub Wj 19,3-8a.16-20b lub Ez 37,1-14 lub Jl 3,1-5; 104,1.24.29-31.34;
Rz 8,22-27; J 7,37-39
Msza w dzień: Dz 2,1-11; Ps 104,1.24.29-31.34; 1 Kor 12,3b-7.12-13; J 20,19-23

(Dz 2,1-11)
Po co nam Duch Święty? Ktoś powiedział, że gdyby ogłoszono, że Duch Święty nas opuścił, to na wielu chrześcijanach nie wywołałoby to wrażenia. Chrześcijanie ci są podobni do tych, których spotkał św. Paweł, gdy przybył do Efezu. Zapytał ich, czy przyjęli Ducha Świętego, a oni powiedzieli, że nawet nie słyszeli o Jego istnieniu.
My owszem, słyszeliśmy o istnieniu Ducha Świętego, ale wielu żyje tak, jakby Go nie było.
Czy potrzebny jest nam Duch Święty? Co On zmienia w naszym życiu?
Weźmy balonik. Co zrobić, żeby ukazać całe jego piękno, jego prawdziwe oblicze? Trzeba go nadmuchać, napełnić niewidzialnym powietrzem. Ktoś mógłby powiedzieć, że na pierwszy rzut oka, powietrze to nic, że w środku nic nie ma. A jednak bez niego balonik jest taki zblazowany, brzydki. Dzięki powietrzu otrzymuje swoją prawdziwą tożsamość, ukazuje się jego prawdziwe oblicze, staje się tym kim powinien.
Tak samo człowiek, bez Ducha Świętego jest taki zwiędnięty, zblazowany, bez chęci do życia; jest brzydki, nieatrakcyjny i nieszczęśliwy.
Wielu ludzi tak się czuje, jakiś ściśniętych, stłamszonych przez życie, przez innych ludzi, przez swoje nałogi.
Niektórzy z tych stłamszonych, żeby poprawić sobie samopoczucie, próbują się jakby na siłę rozciągać, i myślą, że im to doda uroku. Jedni szukają tego w alkoholu, inni znęcając się nad kimś, pokazując swoją władzę, kobiety przez niestosowne ubieranie się i pokazywanie coraz więcej gołego ciała.
Bardziej kulturalni jeśli nie mają Duch Świętego, rozciągają się przez dodatkowe kursy, dodatkowe prace.
Ludzie ci jednak ciągle nie wiedzą, kim tak naprawdę są, bo takie rozciąganie tylko zniekształca oblicze, wykrzywia.
Tylko Duch Święty, jeśli nas napełni, ukaże nam całe nasze oblicze i uczyni szczęśliwymi, bo tylko On wypełnia człowieka całego. Dlaczego tak jest?
Otóż człowiek, żeby był szczęśliwy i miał ochotę do życia, musi czuć, że jest kochany. Ta miłość nie może być dla niego tylko teorią, bo teoretycznie większość ludzi uczy się na religii, że Bóg jest Miłością, poznają dowody tej miłości w Piśmie Świętym, które powinny wzbudzić w nas miłość.
Przecież Jezus dla nas stał się człowiekiem, cierpiał i umarł na krzyżu, daje siebie w Eucharystii i daje tyle innych dowodów miłości do nas, czy to nas nie rusza?!
Dlaczego te dowody nieskończonej miłości Boga, nie poruszają naszego serca?!
No właśnie Duch Święty potrzebny jest, żeby to wszystko, co Chrystus zdziałał, Jego Wcielenie, narodzenie, męka, śmierć, zmartwychwstanie, Eucharystia, żeby to wszystko miało skutek w naszym życiu.
Bez Ducha Świętego - Bóg jest daleki, niemożliwe jest zjednoczenie z Nim;
Chrystus pozostaje w przeszłości,
Ewangelia jest martwą literą, nie mającą zastosowania w naszym życiu;
Kościół zwykłą organizacją, i nie umie człowiek zobaczyć w nim nic innego
autorytet dominacją albo panowaniem,
misja propagandą,
kult wskrzeszaniem wspomnień albo zaklęciem,
a postępowanie chrześcijańskie moralnością niewolników.
Bez Ducha Świętego wszystko jest spłaszczone – nic nie warte.
Natomiast w Duchu Świętym: Stworzenie jest podźwignięte,
Chrystus zmartwychwstały jest obecny, obecny wśród nas tutaj i teraz,
Ewangelia jest siłą życia,
Kościół jest Mistycznym ciałem Chrystusa,
Autorytet jest wyzwalającą posługą,
Misja Zesłaniem Ducha Świętego
Liturgia urzeczywistnieniem i przedsmakiem nieba
Działanie ludzkie jest przebóstwione, czyli zjednoczone z Bogiem.
Dzięki Duchowi Świętemu te ogromne skarby jakie Chrystus wysłużył przez śmierć i zmartwychwstanie, stają się aktualne w naszym życiu, w naszym tutaj i teraz. Ta ofiara Chrystusa potrzebna była, żeby Duch Święty mógł zstąpić, bez tej ofiary by nie przyszedł. Dlatego Jezus mówi Apostołom: z Mojego weźmie i wam objawi. – Z mojego – czyli z mocy ofiary Jezusa. Ofiara Jezusa staje się ceną za przyjście Ducha Świętego.
Dalej Jezus mówi o swojej śmierci: J 16,7 Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was.
Duch Święty gdy przychodzi do człowieka, wlewa w niego swoją miłość.
Św. Paweł mówi: Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.
To właśnie wlanie w człowieka miłości Bożej, było odwiecznym zamiarem Bożej miłości, żeby uzdolnić go do kochania. W ten sposób spełnia się proroctwo Ezechiela, w którym Bóg mówi: Ez 36,26-27 I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali.
Cóż zatem mają zrobić ci, którzy nie czują w sobie tej Bożej miłości, dla których miłość Boża jest tylko teorią?
Trzeba otwierać się na Ducha Świętego, zapraszać Go do siebie. Bez zaproszenia On bowiem nie przychodzi. Nie przychodzi też albo odchodzi, gdy człowiek popełnił grzech ciężki, przez który traci stan łaski uświęcającej.
Trzeba nam wołać i modlić się do Ducha Świętego, a zwłaszcza dzisiaj, trzeba nam Go przyjmować.
JPII w encyklice o Eucharystii napisał: Gdy w Komunii św. przyjmujemy Ciało i Krew Chrystusa, przekazuje On nam także swego Ducha.
Zechciejmy przyjąć do serca słowa Jana Pawła II wypowiedziane w 1979 roku tak, jakby je mówił dzisiaj tutaj:
Pozwólcie przeto, że tak jak zawsze przy bierzmowaniu biskup, i ja dzisiaj dokonam owego apostolskiego włożenia rąk na wszystkich tu zgromadzonych, na wszystkich moich rodaków. W tym włożeniu rąk wyraża się przejęcie i przekazanie Ducha Świętego, którego apostołowie otrzymali od samego Chrystusa, kiedy po zmartwychwstaniu przyszedł do nich „drzwiami zamkniętymi” i rzekł: „Weźmijcie Ducha Świętego”. Tego Ducha: Ducha zbawienia, odkupienia, nawrócenia i świętości, Ducha prawdy, Ducha miłości i Ducha męstwa — odziedziczonego jako żywą moc po apostołach — przekazywały po tyle razy biskupie dłonie całym pokoleniom na ziemi polskiej. Tego Ducha pragnę wam dzisiaj przekazać, ogarniając sercem z najgłębszą pokorą to wielkie „bierzmowanie dziejów”, które przeżywacie.
Więc mówię za Chrystusem samym: „Weźmijcie Ducha Świętego!”.
I mówię za Apostołem: „Ducha nie gaście!”.
I mówię za Apostołem: „Ducha Świętego nie zasmucajcie!”.
Oto dzisiaj jesteśmy w prawie 2tys. lat od dnia zesłania Ducha Świętego opisanego w Dziejach Apostolskich, i 32 lata po tym jak następca św. Piotra na polskiej ziemi przyzywał Ducha Świętego. Po ludzku sądząc dużo nas dzieli od tamtych wydarzeń, ale po Bożemu nic nie tracimy. Oto jesteśmy na Mszy Św. w której uobecnia się ta sama ofiara Chrystusa na krzyżu, mocą której Duch Święty został posłany na ludzi. Oto w momencie śmierci Chrystus wyzionął Ducha, a z Jego boku wytrysnęła Krew i woda, symbol Ducha Świętego.
Wołajmy zatem: Przyjdź Duchu Święty, przyjdź i uświęć nas , z całą swoją mocą i siłą!, cały dzień wołajmy Go! Nieustawajmy, przyjdź, przyjdź i uświęć nas…..
Chociaż nie widzimy Ducha Świętego, ale On naprawdę jest i działa. Tak jak jest i działa niewidoczny wiatr. Możemy zobaczyć skutki jego działania z ogromną siłą. Jan Paweł II wiele razy mówił o wietrze jako o znaku obecności Ducha Świętego, np. gdy był w 1991 r. w Radomiu.
Następne znaki obecności D.Św. to języki jakby z ognia, które spoczęły na ludziach. Gołąb widziany podczas Chrztu Jezusa. Były to widzialne znaki niewidzialnej łaski, czyli znaki dostrzegalne przez nasze zmysły i świadczące o obecności D.Ś.
5 CZERWCA 2011
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego
Dzisiejsze czytania: Dz 1,1-11; Ps 47,2-3.6-9; Ef 1,17-23; Mt 28,19.20; Mt 28,16-20

29 MAJA 2011
VI niedziela Wielkanocna
Dzisiejsze czytania: Dz 8,5-8.14-17; Ps 66,1-7.16.20; 1 P 3,15-18; J 14,23; J 14,15-21

Antoon van Dyck, Zesłanie Ducha Świętego
J 14,15-21 - Co Pan Bóg mówi do nas w dzisiejszej Liturgii?
w 1-ym czytaniu, słowami Św. Piotra Apostoła nakazuje nam, abyśmy byli zawsze gotowi do obrony tej nadziei, która w nas jest. JPII w czasie pielgrzymki do Polski w 1999 r. mówił: Świat potrzebuje dziś nadziei i szuka nadziei!
Świat potrzebuje nadziei, ponieważ życie jest takie trudne, przygnębiające.
Widzimy, jak coraz więcej ludzi traci ochotę do życia, wzrasta liczba samobójstw. Wydaje się, jakby nasze czasy szczególnie naznaczone były poczuciem beznadziei, bezsensu, jakby zabito w nas nadzieję.
Jan Paweł II mówił: Świat potrzebuje dziś nadziei i szuka nadziei! Ale czy dramatyczna historia naszego stulecia: wojny, zbrodnicze ideologie totalitarne, obozy koncentracyjne i gułagi [czy to wszystko] nie skłania raczej do ulegania pokusie zniechęcenia i rozpaczy? Pascal napisał kiedyś, że poznanie przez człowieka swej własnej nędzy rodzi rozpacz. Aby odkryć nadzieję, trzeba zwrócić wzrok ku górze. Dopiero poznanie Chrystusa wyzwala od rozpaczy, bo w Nim poznajemy nie tylko naszą nędzę, ale i naszą wielkość (Toruń, 7.06.1999)
Ojciec Święty wskazuje nam lekarstwo na beznadzieję: trzeba zwrócić wzrok ku górze. Nie trzeba zatem wpatrywać się w siebie ani w innych ludzi. Ludzie dla dobrego samopoczucia mają tendencję, żeby czerpać pociechy ze świata. Poczucie swojej wartości chcą budować porównując się ze światem.
Ci, którzy według swej oceny, dobrze wypadają na tle innych, wpadają w pychę, wywyższają się nad innych. Ci natomiast, którzy wypadają źle, wpadają w kompleksy. Obie sytuacje są niewłaściwe, i taki człowiek będzie jak huśtawka, emocjonalnie niestabilny. Zawsze bowiem znajdzie się ktoś, komu nie możemy dorównać i będzie to powód do kompleksów i zawsze będą ludzie, od których czujemy się lepsi i będzie to powód do pychy.
W obecnych czasach panowania mediów, sytuacja jest jeszcze gorsza, niż kilkadziesiąt lat wcześniej, bo punktem odniesienia stają się postacie nierzeczywiste, sztucznie upiększone.
Media jest to dobry wynalazek człowieka. Jednak tak jak każda dobra rzecz, może być wykorzystana źle, może być wykorzystana przeciwko samemu człowiekowi. Trzeba pamiętać, że szatan, który jest niesamowicie inteligentną istotą, wszystkie sposoby wykorzysta żeby człowieka zgubić. Za pomocą mediów chce on oderwać nasz wzrok od Chrystusa i ściągnąć go na dół, przykuć do ziemi. On chce, żebyśmy naszą uwagę, nasz wzrok skupili na świecie, na otoczeniu, na samym sobie.
Kusi nas za pomocą doraźnych przyjemności, bo to co oglądamy w TV, naprawdę przyciąga oczy, daje jakąś pociechę, może odprężenie. Jest to jednak pociecha tylko chwilowa, gdy skończymy oglądać, okazuje się, że jesteśmy jeszcze bardziej samotni. Oglądając bowiem, przeżywamy te sytuacje z filmu, wtapiamy się w niego, utożsamiamy się z jakimiś bohaterami. Chcielibyśmy być tacy fajni jak oni, mieć takie wzniosłe uczucia. Po skończeniu filmu, a w przypadku młodzieży też po wyjściu z gry komputerowej, zderzamy się z szarą rzeczywistością.
Przygnębiająca jest już ta sama dysproporcja między standardem życia cywilizowanych ludzi, jaki uważamy, że powinniśmy mieć, a naszą rzeczywistością.
Im bardziej ktoś przykuwa wzrok do TV, jest tym bardziej niespełniony życiowo, bo mocniej widzi dysproporcję obrazu świata z mediów a otaczającą rzeczywistością.
Trzeba nam zatem wznieść oczy ku górze, na Chrystusa. On daje nam nadzieję. Dopiero poznanie Chrystusa wyzwala od rozpaczy, bo w Nim poznajemy nie tylko naszą nędzę, ale i naszą wielkość
W rzeczywistości jednak nie jest łatwo spojrzeć na Chrystusa, bo najpierw trzeba przyjąć Jego system wartości. Wiemy nawet z naszego ludzkiego doświadczenia, że aby spojrzeć komuś w oczy, trzeba mieć wobec niego czyste sumienie. Jeśli ktoś ma nieczyste sumienie, spuszcza wzrok. Np. dziecko coś nabroiło i boi się spojrzeć mamie w oczy.
Pan Jezus mówi dzisiaj w Ewangelii: Kto ma przykazania Moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca Mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu Siebie. Jezus nie warunkuje swej miłości do nas, bo Bóg kocha każdego niezależnie od jego postępowania, ale żeby człowiek dowiedział się o tej miłości, musi mieć z Bogiem kontakt, musi patrzeć i wsłuchiwać się w Chrystusa.
Gdyby matka kochała swoje dziecko, ale nigdy tej miłości nie okazała, na kolana nie wzięła, nie powiedziała, nie pocałowała, to ono będzie czuło się nie kochane; może mieć chorobę sierocą
Wydaje się jakby wiele ludzi względem Pana Boga miało właśnie chorobę sierocą i czuło się przez Niego nie kochanych. Jest to jednak przede wszystkim ich wina, bo nie chcą mieć kontaktu z Bogiem, a częściowo także otoczenia zwłaszcza rodziców, którzy nie doprowadzili do relacji z Bogiem.
Czego może spodziewać się człowiek, który patrzy w górę na Boga i stara się wsłuchiwać w Jego głos? Otóż taki człowiek niekoniecznie i nie od razu może znaleźć wzniosłe i piękne uczucia wobec Boga, czy też poczucie bycia kochanym przez Boga.
Relacja z Bogiem nie może bowiem opierać się na uczuciach, ale Ne decyzji kochania Go, na wysiłku miłowania Boga. Ten wysiłek zaś polega na przestrzeganiu przykazań.
Bóg nie zawsze daje człowiekowi piękne uczucia, ale wszystkim i zawsze daje nadzieję. Tego każdy może być pewny, póki żyje na ziemi.
Jan Paweł II na spotkaniu z młodymi w 1997 r. w Poznaniu wołał: Chrystus i nam pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu, jeżeli z wiarą i nadzieją zwracamy się do Niego o pomoc. «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!» (Mt 14, 27) Mocna wiara, z której rodzi się bezgraniczna nadzieja, cnota tak bardzo dziś potrzebna, uwalnia człowieka od lęku i daje siłę duchową do przetrwania wszystkich burz życiowych. Nie lękajcie się Chrystusa! Zaufajcie Mu do końca! On jedyny «ma słowa życia wiecznego» (por. J 6, 68). Chrystus nigdy nie zawodzi. (Jan Paweł II do młodzieży w Poznaniu 03.06.1997)
Jeżeli otworzymy się na Chrystusa, na Jego miłość, to zapowiada On, że przyjdzie do nas, że nie zostawi nas sierotami. Ponadto Jezus zapowiada nam innego Pocieszyciela, Ducha Świętego, Ducha Prawdy. Wiemy, że Duch Święty jest trzecią Osobą Trójcy Świętej, równym w naturze Bogu Ojcu i Synowi.
Umiłowani w Chrystusie!
Skoro Król i Stworzyciel Wszechświata, sam Bóg Wszechmogący w Trójcy Świętej Jedyny, chce w nas mieszkać, to czego mógłby człowiek jeszcze więcej chcieć?
Większego skarbu nawet nie można sobie wyobrazić, bo nie ma nic większego. Choćby człowiek wszedł w posiadanie połowy świata, to i tak bogactwo to będzie niczym w porównaniu z samym Bogiem
Ta właśnie perspektywa niesamowitego wprost szczęścia płynącego ze zjednoczenia z Bogiem, powinna być źródłem nadziei dla każdego człowieka.
Jednak jak mówi Jezus, świat nie może przyjąć Ducha Świętego, ponieważ Go nie widzi ani nie zna, a my możemy, bo Go znamy. Ktoś zapyta: skąd możemy znać Ducha Świętego, przecież nigdy Go nie widzieliśmy?
No właśnie Jezus nam wszystko objawia. Skoro powiedział nam o Duchu Świętym, to trzeba nam w Niego uwierzyć. Przecież w naszych ludzkich relacja też tak jest, że nie od razu musimy kogoś poznać z widzenia. Czasem poznajemy kogoś z opowiadania.
Świat nie zna i nie wie o istnieniu Ducha Świętego, ponieważ nie słucha nauki Jezusa. Nic zatem dziwnego, że nie może się otworzyć na Jego przyjście, a On sam nie wejdzie do czyjejś duszy bez zaproszenia.
Otwarcie się na Boga da człowiekowi nadzieję, która stanie się siłą potrzebną do pokonania wszelkich trudności życiowych. Jan Paweł II mówił:
Wiara w Chrystusa i nadzieja, której On jest mistrzem i nauczycielem, pozwalają człowiekowi odnieść zwycięstwo nad samym sobą, nad tym wszystkim, co w nim jest słabe i grzeszne, a zarazem ta wiara i nadzieja prowadzą do zwycięstwa nad złem i skutkami grzechu w otaczającym nas świecie. Chrystus wyzwolił Piotra z lęku, który owładnął jego duszą na wzburzonym morzu. Chrystus i nam pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu, jeżeli z wiarą i nadzieją zwracamy się do Niego o pomoc. «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!» (Mt 14, 27)
Mocna wiara, z której rodzi się bezgraniczna nadzieja, cnota tak bardzo dziś potrzebna, uwalnia człowieka od lęku i daje siłę duchową do przetrwania wszystkich burz życiowych. Nie lękajcie się Chrystusa! Zaufajcie Mu do końca! On jedyny «ma słowa życia wiecznego» (por. J 6, 68). Chrystus nigdy nie zawodzi. (Jan Paweł II do młodzieży w Poznaniu 03.06.1997)
Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie! (Warszawa, 13.06.199
22 MAJA 2011
V Niedziela Wielkanocna
Dzisiejsze czytania: Dz 6,1-7; Ps 33,1-2.4-5.18-19; 1 P 2,4-9;
J 14,6; J 14,1-12

J 14,1-12 - ,,Ja jestem drogą i prawdą, i życiem.
Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.
Od zarania dziejów, od początku swej historii, człowiek poszukiwał Boga. To pragnienie Boga jest wpisane głęboko w jego naturę.
W tym kontakcie z Bogiem człowiek ma jednak problem, ponieważ Bóg nie istnieje w widzialnym i dostępnym dla naszych zmysłów świecie. Bóg jako stworzyciel istnieje poza światem.
Jeżeli mówi się czasem, że Bóg jest w świecie, to dlatego, że wyraża się poprzez swoje dzieła. Te dzieła jednak i cały świat, są jedynie obrazem Boga, a nie Jego częścią. Tak jak każdy artysta, Bóg wyraża przez to, co stworzył, swoje wnętrze.
Bóg zatem jako istota duchowa, istnieje poza światem i nie ma możliwości spotkania z Bogiem w sposób zmysłowy, czyli taki, który by dawał człowiekowi pewność tego kontaktu.
Stąd ludzie w odwiecznych poszukiwaniach Boga, chcieli Go widzieć w różnych rzeczach stworzonych, w tym co było dla nich dobre, dawało pożywienie, np. Słońce, zwierzęta, rośliny; czy też w tym, co budziło strach, np. burze, oceany. Inni wymyślali sobie bogów bardziej podobnych do ludzi, np. w Grecji. Jeszcze inni wyznawali, że wszystko, co istnieje, cały świat, ma naturę boską, a zatem wszyscy ludzie i zwierzęta są bogami. Są to religie panteistyczne.
To wszystko jednak jest tylko wymysłem ludzi, ale trzeba zauważyć, że nie jest to złe, bo wypływa z najgłębszej ludzkiej tęsknoty za Bogiem, z naszej natury. To poszukiwanie Boga, było poszukiwaniem Go „niejako po omacku”.
Z tego powodu, Bóg w swojej nieskończonej miłości do człowieka, sam wychodzi mu naprzeciw, sam się objawia.
Najpełniej dokonał tego przez swojego Syna, który stał się człowiekiem, żeby na sposób ludzkipowiedzieć wszystko o Bogu i zaświadczyć o Jego miłości. Mało tego powiedzieć: On chce nam dać również dostęp do Boga na sposób ludzki.
Gdyby nam spuścił z nieba, z za chmur jakąś linę i powiedział: trzymaj się tej liny, a będziesz zbawiony. Po tej linie wciągnę cię do nieba. – uwierzylibyśmy?
Wielu by powiedziało: taka dziwna lina, nie wiadomo po co zwisająca gdzieś tam z przestworzy. Wielu innych chciałoby się jej nieustannie trzymać.
Oczywiście, że jest to tylko obraz, bo zbawienie nie jest przejściem w jakieś inne miejsce, w górę czy w dół. Zbawienie to stan bycia razem z Bogiem.
Taka lina jednak, taki pomost między Bogiem a człowiekiem, między niebem a ziemią, istnieje. Jest to sam Jezus Chrystus.
Jezus powiększył swoje Ciało do wielkości domu, Kościoła, który fundamenty i ściany ma na ziemi, a wierzę już w niebie. Przy czym nie chodzi tutaj o ten kościół budowlę, w której teraz się znajdujemy, ale o Kościół prawdziwy, Mistyczne Ciało Chrystusa.
Ten kościół, który teraz widzimy, zbudowany z martwych kamieni, jest obrazem prawdziwej, duchowej świątyni zbudowanej z kamieni żywych, którymi jesteśmy my sami, jak słyszeliśmy w drugim czytaniu.
Kamieniem węgielnym, czyli czymś najważniejszym tego Kościoła jest sam Jezus, fundamentem – Apostołowie, którzy widzieli Jezusa na własne oczy i byli świadkami Jego zmartwychwstania.
Widzialną głową jest papież, któremu Jezus powiedział: (Mt 16:19) tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
O tym Kościele powiedział Jezus że (Mk 16:16) Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Przyjmie Chrzest czyli stanie się członkiem Kościoła.
Trzeba powiedzieć, że niektórzy ludzie zostali ochrzczeni, ale żyją jakby Kościoła nie było. Tłumaczą, że wierzą w Boga, ale nie wierzą w Kościół. Co to znaczy, że nie wierzą w Kościół? To znaczy, że nie uznają, iż jest on dziełem Boga a jedynie ludzką instytucją; Nie uznają albo uznają nie do końca, że Bóg jest w nim obecny i działa w Kościele i przez Kościół. Ludzie ci nie czują potrzeby regularnego uczęszczania na mszę św. ani przystępowania do sakramentów, bo nie wierzą, że przez nie dotyka nas sam Bóg.
Przy czym nie chcę tutaj nikogo na siłę namawiać do przystępowania do Komunii Św. i innych sakramentów, bo są one przeznaczone dla tych, którzy wierzą i mają świadomość, Kogo przyjmują. Gdyby ktoś przystępował do Komunii Św. myśląc, że zjada zwykły opłatek, to byłaby profanacja, grzech śmiertelny.
Tym wszystkim, którzy mówią, że wierzą w Boga a nie wierzą w Kościół, Jezus dzisiaj przypomina: Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie.
Jako prawdziwy człowiek nie mógł z nami pozostać Pan Jezus przez wszystkie wieki, do końca świata, dlatego przed wstąpieniem do nieba, założył swój Kościół. Mówi bowiem do Piotra: (Mt 16:18) Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.
Jezus wyposażył także Kościół w pełnię środków zbawienia, zagwarantował, że jeśli Kościół zwiąże kogoś z Bogiem na Ziemi, to będzie on związany również w niebie; komu odpuści grzechy na ziemi, będzie miał odpuszczone i w niebie. Mówi bowiem Jezus: (Mt 18:18) Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
W ten sposób członek Kościoła, swoje życie niebieskie rozpoczyna już tutaj na ziemi. Już tutaj, choć jeszcze żyje w ciele i jego odbiór rzeczywistości jest ograniczony zmysłami ciała, to już ma dostęp do Boga.
Gdy przejdzie on bramę śmierci, ciało przestanie mu być ograniczeniem, wtedy dostrzeże człowiek to, co ma bez ciała: swoją duszę i całe jej piękno albo brzydotę. Dostrzeże, że znajduje się w przepięknej budowli Kościoła, razem z wieloma świętymi przed Najświętszym Obliczem Boga Wszechmogącego; Albo też zobaczy, że jest poza Kościołem, bo przez swoje życie odłączył się od niego. Szatan będzie go oskarżał, że godzien jest potępienia i człowiek skaże się na piekło. Jak bowiem nie korzystając z sakramentu pokuty, nie nauczył się prosić Boga o miłosierdzie i przebaczenie grzechów, tak i teraz nagle się nie nawróci i te nie poprosi o przebaczenie.
Przystępujmy zatem Drodzy Bracia i Siostry do Boga przez Jezusa Chrystusa, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Przystępujmy przez Jego Kościół. Z całą świadomością i determinacją korzystajmy jak najwięcej z łask i wszelkich środków zbawienia, jakie daje Kościół.
Pamiętajmy, że jesteśmy plemieniem wybranym, królewskim kapłaństwem… - tak królewskim kapłaństwem, choć nie wszyscy mamy święcenia, to wszyscy uczestniczymy powszechnym kapłaństwie Chrystusa, jedynego kapłana.
Jesteśmy świętym narodem – choć bowiem Kościół składa się z grzesznych członków, to o jego świętości decyduje Głowa, czyli Chrystus, a nie reszta Ciała. To uświęcenie przez Sakramenty jest rozprowadzane od Chrystusa po całym Ciele na wszystkie członki.
Jesteśmy Ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyśmy wobec świata, wobec tych, którzy nie utożsamiają się z Kościołem, którzy nie wierzą w obecność Boga w Kościele, którzy w ogóle nie wierzą w Boga, - abyśmy wobec nich ogłaszali dzieła potęgi Boga, który wezwał nas z ciemności do przedziwnego swojego światła. Amen
15 MAJA 2011
IV Niedziela Wielkanocna
Dzisiejsze czytania: Dz 2,14a.36-41; Ps 23,1-6; 1 P 2,20b-25; J 10,14; J 10,1-10

(J 10,14) Ja jestem dobrym Pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają.
Kochane dzieci! Drodzy w Chrystusie bracia i siostry!
Kto to jest pasterz? Pasterz to ktoś, kto prowadzi stado tam, gdzie jest jedzenie; broni stado od niebezpieczeństw i z nim owce czują się bezpieczne.
Pan Jezus jest naszym pasterzem, tzn. że prowadzi nas do Królestwa wiecznej szczęśliwości, miłości, pokoju i radości. Na pewno słyszeliśmy albo czytaliśmy różne bajki o wielkich bohaterach, sławnych rycerzach, którzy poszukiwali takiego właśnie królestwa.
Bajki te nie były prawdziwe, ale trzeba uwierzyć, że takie Królestwo istnieje naprawdę, bo sam Bóg nam o nim powiedział i obiecał, że dla każdego z nas, jest w nim przygotowane miejsce, każdy jest zaproszony. Skoro sam bóg nam o tym powiedział, to Bogu trzeba ufać, a Bogu trzeba ufać. Królestwo to znajduje się w niebie.
Ale nie jest łatwo się tam dostać, bo jest ono przeznaczone dla wielkich bohaterów, pięknych dam; Odważnych rycerzy, którzy chcą służyć jedynemu, najwyższemu Pasterzowi, Jezusowi Chrystusowi.
Takim właśnie odważnym rycerzem był św. Jerzy. Posłuchajmy legendy o nim, której autorką jest Zofia Kossak:
Prawy i pobożny rycerz, Jerzy z Kapadocji, postanowił zatrzymać się w pewnym mieście. Panował w nim wielki gwar, ludzie krzyczeli, płakali. Gdy zapytał jednego gospodarza o co chodzi, ten opowiedział mu, jakie nieszczęście spotkało mieszkańców miasta.
Otóż niedaleko miasta było uroczysko i smocza jama, a w niej żył straszny potwór, który zabijał i zjadał ludzi. Wielu już śmiałków próbowało go pokonać, ale wszyscy mu ulegli i dali się złapać w jego sidła.
Jego terytorium jest wprawdzie ograniczone krzyżami, ale ludzie sami tam idą, jedni żeby zabijając go, pokazać swoją siłę, inni zwiedzeni czystą ciekawością.
Król co roku musi tej bestii składać daninę w postaci jednej dziewicy. Tym razem los padł akurat na jego własną córkę, na królewnę. Całe miasto jej żałuje, bo jest wyjątkowo piękna i dobra dla wszystkich.
Rycerz włożył ciężki hełm na młodą głowę i poszedł do konia uwiązanego przy słupie. - Nie pora jeszcze spocząć, przyjacielu mój. Przygoda nas czeka, przedziwna. Pójdziemy. Nie zawiedziesz mnie, przyjacielu koniu! Nie zmami nas bestia straszliwa... Czymże ona wabi? Czarem. Czar działa na tych jeno, co chcą zawczasu poddać się czarowi. Niewątpliwie wabi ona czymś, co skryte jest w duszy człowieczej. Wędkę zarzuca, zaś człowiek sam idzie niebacznie. Ty nie ulegniesz pokusie. Lepiej niż blachy chronić cię będzie uczciwa prostota zwierzęca. Bezgrzasznyś. Nie próbowałeś owocu z drzewa wiadomości złego. Bezpiecznyś przeciw urokom. Oby pozwolił mi Bóg bodaj na ten dzień jeden stać się podobnie prostym, niewinnym, spokojnym, nie dociekającym niczego... Podjął z piersi ryngraf miedziany z wizerunkiem Zbawiciela i ucałował gorąco. Wskoczył na wysokie siodło, ujął w rękę kopię i ruszył naprzód.
Zobaczył wielki tłum i prowadzoną w środku królewnę. Wielkie trąby i bębny grały na żałobę, płaczki lamentowały, wszyscy bardzo płakali. Rycerz zobaczył, jak królewna blada i słaniająca się ze strachu na nogach, wchodziła właśnie na obszar bestii. Zobaczył jak w jej oczach oprócz lęku pojawiła jakaś ciekawość przed straszną, lecz, kto wie, nęcącą może tajemnicą.
Pojawiła się bestia pełznąca ku nim swoim ogromnym cielskiem. Gdy stanęła, zaczęła się rozglądać po okolicy, a gdy dojrzała królewnę, wbiła w nią swoje ślepia. Rycerz zdumiał się, bo z twarzy dziewczyny natychmiast znikł strach, stała jak czymś urzeczona. Zaczęła iść w kierunku bestii, potem przyśpieszyła.
On krzyknął: stój! lecz ona już biegła. Rycerz ruszył koniem w poprzek jej drogi i zarzucił na jej głowę swój płaszcz. Królewna Oślepiona, stanęła, jęcząc i słaniając się bezradnie.
Teraz sprawiedliwy rycerz stał oko w oko z potworem. Spojrzał w iskrzące ślepia i opuścił kopię mimo woli. Bo ślepia smocze, małe i podłe na pozór, nagle rozjarzyły się, rosły, aż zapłonęły olbrzymie, przesłaniając sobą wszystko inne. Niby dwie banie ogromne z czarodziejskiego kryształu, migotały tysiącem powierzchni, z których każda jawiła się ukrytym i cudownym światem. Spojrzał rycerz raz wtóry i ujrzał w nich naraz wszystkie rzeczy ziemi, wszystkie uczucia i myśli, i nieskończenie zawiłe sprawy człowiecze. Nienazwane, kuszące, tajemne, kłębiły się wirem barwnym, wyłaniały się i znowu zapadały w głębię. Rzeczy cenne i potrzebne w zwierciadle oczu smoczych jawiły się błahe, bezużyteczne i śmieszne, ustępujące miejsca słodkiej ponęcie pokusy. Przebłyskiwały co moment jakoby światy dalekie i znikające, dziwne, nieznane, i rycerz poczuł niezmożoną chęć spojrzenia w nie z bliska, chwycenia nici zagadki. Koń nie chciał postąpić w przód, lecz potwór przysuwał się sam i czarnoksięskie zwierciadła były coraz bliżej. Pochylił się nad nim rycerz zaciekle, badawczo. Wtem miedziany ryngraf, na piersi jego wiszący, odbił się w oczach poczwary. Z migotliwej bani wyjrzała ku rycerzowi twarz Chrystusowa zniekształcona bluźnierczo, wykoszlawiona, przesmutna. Strwożony, zasłonił twarz dłonią. Czar prysł. Znikły ułudne światy - pozostały zwoje cielska, opasujące go już kręgiem wokół. Spiął konia i runął na bestię. Świsnęła ostra kopia, przebiła paszczę straszliwą na wskroś. Pochwycił miecza. Wielkimi ciosami odrąbał poczwarną głowę, a gdy upadła martwa, buchająca krwią, zdjął hełm i przeżegnał się.
Drogie dzieci!
Zapewne pamiętacie w jaki sposób owa bestia nęciła ludzi? swoimi oczami. Kto spojrzał jej w oczy, zobaczył wszystkie skarby świata. Nawet rycerz Jerzy zapomniał się i zapragnął spojrzeć w nie z bliska.
Wszystko wydawało się w jej oczach tak piękne do czasu, gdy odbił się w nich ryngraf Jezusa. Szatan jak wiemy nienawidzi Jezusa, nie może na Niego patrzeć. Dlatego wykrzywia Jego obraz i rycerz zobaczył obraz Jezusa w oczach bestii wykrzywiony, szkaradny. Szatan nie chce, żeby ludzie ufali Jezusowi Dobremu Pasterzowi i słuchali Jego Głosu. Szatan chce, żeby ludzie dali się jej pożreć i nęci ich wielkimi bogactwami.
Pan Jezus chce, żebyśmy wszyscy byli takimi dzielnymi rycerzami, żebyśmy wszyscy tylko Jemu służyli i słuchali tylko Jego głosu. Tylko On jest Dobrym Pasterzem i tylko On poprowadzi nas do zwycięstwa, do prawdziwej wolności.
Nie ulegajmy zatem pokusom tego świata. Ta bestia patrzy na nas okiem TV, komputera, nie dajmy się zwodzić, ale uzbrojeni w medalik Chrystusa i Matki Bożej, walczmy mężnie pod Jego wodzą. Niech nie będzie nikogo, kto nie nosiłby medalika Jezusa i Maryi!
W dniu dzisiejszym, gdy obchodzimy rocznicę I Komunii Świętej, pamiętajmy, że Chrystus przyjmowany w Eucharystii, daje człowiekowi ogromną moc w walce z szatanem. Starajmy się przyjmować ją na każdej mszy Św, jak najczęściej. Amen
8 MAJA 2011
III Niedziela Wielkanocna
Dzisiejsze czytania: Dz 2,14.22-28; Ps 16,1-2.5.7-11; 1 P 1,17-21; Łk 24,32;
Łk 24,13-35

Spotkanie z Jezusem na drodze do Emaus
O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!
A my, za jakich się uważamy, za rozumnych czy nierozumnych? Czy skłonne są nasze serca do wiary w Słowo Boże, przekazywane nam przez proroków a zwłaszcza samego Jezusa Chrystusa?
Przecież ci uczniowie z dzisiejszej Ewangelii byli naprawdę dobrymi ludźmi, poszukującymi dobra. Świadczy o tym choćby to, że byli uczniami Jezusa, więc chodzili za Nim. Byli smutni z powodu Jego śmierci. Widać zatem ich wysiłek w kierunku dobra. A mimo to nie rozpoznali obecnego Jezusa. Oczy ich były niejako na uwięzi.
W końcu gdy Go rozpoznali, to znikł. Niewiele się Nim nacieszyli. Jezus jednak nie opuścił ich, tylko zmienił sposób bycia. Przecież połamał chleb, a więc odprawił Eucharystię, bo tak w pierwotnym Kościele nazywano mszę Św.
Co byśmy zrobili, gdybyśmy teraz tu na Rożku w kościele, widzieli Jezusa przechadzającego się między nami? Pewnie by nas dotykał, przytulał, rozmawiał. Ale byśmy Go chcieli dotknąć, mieć jak największy kontakt, przytulić się, zajrzeć w oczy, coś powiedzieć. Nawet, jeśli by nas nie uzdrowił, to żeby tylko wiedział, jak bardzo cierpimy! Chcielibyśmy, żeby tak ze współczuciem pochylił się nad nami.
Gdyby chociaż na 10 min pojawił się w ten sposób wśród nas, ależ by była sensacja, ale byśmy przeżyli tę Mszę! Do końca życia byśmy ją zapamiętali!
Czy jednak tak właśnie nie jest??!
Otóż JEST! Jezus jest z nami obecny! ON JEST wśród nas!!
Otwórzmy oczy naszego serca. Dlaczego nasze serca są tak nieskore do wierzenia w to, co mówi Bóg?!
Jezus jest wśród nas, tylko, że nie widzimy Go przed naszymi oczami, jak ci dwaj uczniowie w pierwszym etapie dzisiejszej Ewangelii: widzieli Go na zewnątrz siebie. W drugim etapie mieli Go już tylko pod postacią Chleba i przyjęli do swojego wnętrza. Ten pierwszy etap jest mało ważny i nie musi go być. Najważniejsze jest, żeby przyjąć Jezusa do swojego serca. Teraz w czasie mszy św. mamy tylko drugi czyli najważniejszy etap.
Jezus nie chce przechodzić obok nas, między ławkami. Nie musi się witać z nami ani pogłaskać po głowie. On chce dotykać głębiej, pragnie wnikać w najgłębsze struktury naszej osobowości, chce wchodzić w nasze serca i przemieniać nas od wewnątrz.
Dotykając naszych serc, Jezus chce uzdrawiać wszystkie najgłębsze zranienia naszej duszy.
Chce brać w swoje ręce wszystko to z czym sobie nie możemy poradzić ani my sami ani żaden lekarz.
Przy tym nie chodzi o to, żeby Jezus usuwał od razu wszystkie bóle, cierpienia. Boli mnie głowa, przyjmuję Komunię Św. i przestaje mnie boleć. Owszem, zdarzają się przypadki cudownych uzdrowień, wiele takich zdarzeń, również w czasie Eucharystii. Jezus gdy chodził po ziemi, nikomu nie odmówił, gdy ktoś przyszedł z prośbą o uzdrowienie. Dzisiaj także Jezus dokonuje takich znaków, żeby nam pokazać: jestem przy tobie i kocham Cię! Zaufaj Mi!
Jednak to nie jest szczyt. Szczytem jest miłość! , miłość do końca, aż po krzyż, aż po śmierć! Szczytem jest zaufanie Jezusowi mimo cierpienia
Dlatego Jezus chce wchodzić w nasze najgłębsze zranienia i pyta każdego z nas: czy ofiarujesz Mi tę ranę, ten twój krzyż? Bo przecież Jezus potrzebuje naszych ofiar w celu zbawienia świata.
Umiłowani!
Bóg Wcielony w Najświętszym Sakramencie pragnie przychodzić do naszych serc i przemieniać nas. Żeby jednak mógł On działać w nas, trzeba w to uwierzyć. Do św. Faustyny Jezus powiedział:
[Dz 1447] + Ach, jak mnie to boli, że dusze tak mało się łączą ze mną w Komunii św. Czekam na dusze, a one są dla mnie obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one mi nie dowierzają. Chcę je obsypać łaskami — one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze mną, jak [z] czymś martwym, a przecież mam serce pełne miłości i miłosierdzia.
Nic nam nie pomoże spożywanie Ciała Chrystusa, jeśli nie będziemy wiedzieli, co spożywamy, jeżeli nie uczcimy Go należycie, jeśli nie przyjmiemy z miłością, jeśli będziemy się z Nim obchodzili jak z czymś martwym.
Z czymś martwym – no właśnie, jaki poważny zarzut, bo przecież Jezus jest żywy! żywy! Cuda Eucharystyczne potwierdzają to, np. w Lanciano, gdzie przez wiele wieków Ciało i Krew nie obumarły. Naukowcy to potwierdzają.
Ciało Chrystusa jest inne, niż wszystkie potrawy jakie człowiek spożywa, a które są martwe. Chrystus nadal żyje, żyje w nas.
Tak właśnie, nieśmiertelny Bóg rozprowadza w naszym śmiertelnym ciele swoje życie. Rozprowadza je po to, żeby zapoczątkować w nas życie niebieskie. Wiemy przecież, że niebo jest tam, gdzie obecny jest Bóg.
Do św. Faustyny Jezus powiedział: [Dz 1810] Widzisz, opuściłem tron nieba, aby się z tobą połączyć. To, co widzisz, jest rąbek dopiero, a już dusza twoja omdlewa z miłości, lecz jak się serce twoje zdumieje, gdy mnie ujrzysz w całej chwale! Lecz chcę ci powiedzieć, że to życie wiekuiste musi się już tu na ziemi zapoczątkować przez Komunię św. Każda Komunia św. czyni cię zdolniejszą do obcowania przez całą wieczność z Bogiem.
Oto Wszechmogący Bóg rozprowadza w naszym śmiertelnym ciele swoją nieśmiertelność. Czyż może być większy dar? Czy w całym stworzonym świecie materialnym i niematerialnym mogłoby być coś wspanialszego? Oto w mitach greckich jest mowa o ambrozji, czyli napoju bogów. Wiemy, że nigdy takiego napoju nie było, ale nawet gdyby był, to co znaczyłby w porównaniu z samym żywym Bogiem Wszechmogącym?!
Żeby jednak Jezus mógł w nas działać, trzeba Go nie tylko przyjmować, ale i starać się żyć według Jego zaleceń, żeby czuł się w naszym sercu, jak w domu.
Co nam da przyjmowanie Boga do swego serca, jeśli nie nastroimy naszego umysłu i serca na przyjęcie Go?
Jeżeli nie będziemy upodabniać naszego życia i nas samych, naszego myślenia, sposobu reagowania – do życia Chrystusa, to będzie On w nas obcym Ciałem, jak coś, co zawadza a nie wpasowuje się w nasze życie.
To tak, jakby ktoś miał umeblowane mieszkanie. Patrząc na to mieszkanie, widać jakiś zamysł, jakiś porządek, styl. I nagle dostaje wspaniały, zabytkowy regał, niesamowicie drogi, pięknie ozdobiony, ale w całkowicie innym stylu od swoich mebli. Tak naprawdę w ogóle nie go gdzie postawić, bo gdzie by nie postawił, od razu widać, że on tu nie pasuje, że nie gra z całością. Człowiek ma dwa wyjścia w tej sytuacji: może wyrzucić podarowany regał na śmieci, mimo że jest droższy od całego jego domu i w ogóle posiadanego majątku, albo też może powyrzucać wszystkie swoje posiadane stare meble, odnowić mieszkanie w stylu nowego regału.
Czy przyjmując Chrystusa w Eucharystii, dostosowujemy mieszkanie naszego serca do Niego, czy nasze życie jest Eucharystią? Czy może przyjmujemy i zaraz wyrzucamy na śmietnik, bo nie chcemy się pozbyć starych mebli, bo zbyt jesteśmy przywiązani do tych rupieci?
Trzeba zatem przyjmując Chrystusa, odnawiać nasze życie według Jego wymagań, w Jego stylu. Trzeba się do Chrystusa upodabniać. On sam nam w tym pomoże, ale trzeba z Nim rozmawiać, prosić: pomóż mi Jezu odnowić moje życie! Ufam Tobie i tylko Tobie! Wiesz, że sam nie dam rady.
Trzeba zatem traktować Go jako żywą osobę, przychodzącą do nas, a nie jako kawałek opłatka, nie jak kawałek chleba, nie jak coś martwego.
Powtarzajmy za św. Faustyną modlitwę: [Dz1811] Królu mój, o nic Cię nie proszę, choć wiem, że wszystko mi dać możesz. Proszę Cię tylko o jedno: zostań Królem na wieki mojego serca, to mi wystarcza.
3 MAJA 2011
Wtorek
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, Patronki Polski
Dzisiejsze czytania: Ap 11,19a;12,1.3-6a.10ab; Ps: Jdt 13,18-20; Kol 1,12-16;
J 19,27; J 19,25-27

Na początku XVII w. Maryja ukazała się dwom włoskim kapłanom, prosząc, aby nazywali ją Królową Polski. Do Jezuity Mancinellego powiedziała: Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja, to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do mnie płoną jego synowie.
w 1656 roku król Polski Jan Kazimierz uroczystym aktem ślubowania oddał jej swoje królestwo. Odtąd Maryja jest królową Polski po dzień dzisiejszy, nikt jej nie zdetronizował. Jest to wielki zaszczyt dla naszego narodu, wielkie wyniesienie, bo przecież Maryja jest pierwszą damą dworu niebieskiego. Nie ma większej władzy, wyższego autorytetu, o większym majestacie ponad ten dwór w którym panuje sam Bóg Wszechmogący.
Maryja jest naszą Królową czy to się komu podoba czy nie. Z drugiej strony Ona nikomu nie narzuca swojego królowania, swojej woli. Maryja nie narzuca nam siebie, nie dlatego, żeby nie miała siły wojskowej i policyjnej dla karania nieposłusznych. O nie, Ona ma siłę, przecież całe zastępy aniołów czekają tylko na jej skinienie, tylko sposób Jej działania jest odmienny od naszego ludzkiego rozumowania.
Oto w czasie oblężenia Jasnej Góry nocne straże Szwedów widywały w nocy przechadzającą się po murach jasną panią. Bardzo się Jej bali. W rezultacie, choć w czasie potopu szwedzkiego Polska wydawała się już stracona, że najlepsi patrioci przechodzili na stronę króla szwedzkiego, z myślą że już tylko pod jego opieką jest ratunek dla Polski, to właśnie wtedy całkowity zwrot w sytuacji zaczął się od cudownej obrony Jasnej Góry.
Takich dowodów opieki Matki Bożej nad Polską mamy w historii dużo: wspomniany Potop, cud nad Wisłą czy inne. Te wydarzenia historyczne powinny być oczywiste nie tylko dla katolików, którzy patrzą na świat oczami wiary, ale dla wszystkich: wierzących i
niewierzących. Bóg wszystkim chce pokazać, gdzie mają szukać pociechy
Jak mówi dzisiejsza kolekta, Bóg w NMP daje naszemu Narodowi przedziwną pomoc
i obronę.
Oto gubernator niemiecki w Polsce w czasie II wojny Światowej, Hans Frank zapisał w swoim dzienniku: Gdy wszystkie światła dla Polski zgasną, zostanie tylko jedno: Kościół i święta z Jasnej Góry. Oto świadectwo człowieka, który tak zaciekle zwalczał Polskę! Czyż może być bardziej wymowne świadectwo?!
Maryja pragnie, żebyśmy to co jest wolą jej samej a przede wszystkim Boga, wykonywali nie pod przymusem, ale z własnej woli, pociągnięci jej miłością; żebyśmy z własnej woli służyli Jej tak wiernie, jak niewolnicy.
Oto Episkopat Polski w 1966 r. oddał Matce Bożej całą Polskę i wszystko co ją stanowi w macierzyńską niewolę miłości.
Ktoś może jednak zapytać: Jak to, przecież słowo niewolą, że się kojarzy. W historii byliśmy i na różne sposoby zniewalani: politycznie, gospodarczo, finansowo. Wiele razy jakiś system, ideologia czy sposób działania, był nam narzucany siłą.
Czy jednak Pan Bóg, który Jest Miłością, mógłby w jakiś sposób zniewalać człowieka? !
Wiemy ,że to przede wszystkim Bóg, Matka Boża jest raczej niewolnikiem człowieka, bo jest powodowany miłością do człowieka. Bóg Wszechmogący z całą swoją potęgą, wszechmocą staje przed człowiekiem jak niewolnik przed swoim panem, bo go kocha.
Potwierdzeniem tego są słowa Jezusa w Ewangelii: Że Syn człowieczy nie przyszedł aby Mu służono i oddać swoje życie na okup za wielu.
Wiemy, że nie jest to prawidłowa sytuacja, że to raczej człowiek powinien służyć Bogu i Jego Matce, jak niewolnik.
Prymas w Akcie Milenijnym oddania Polski w macierzyńską niewolę miłości, nie mógł przymusić wszystkich do uczynienia tego samego, ale jak powiedział Karol Wojtyła jeszcze jako kardynał, droga została otwarta, dana możliwość.
Dokładnie to samo uczynił Jezus wisząc na krzyżu, jak słyszeliśmy w Ewangelii: Oto syn twój, Oto Matka twoja.
Episkopat Polski jedynie potwierdził te właśnie słowa wobec całego narodu polskiego.
Odtąd każdy z nas powinien poczuć się odpowiedzialny za wykonanie testamentu Jezusa z krzyża, czyli jak Jan Apostoł, powinien wziąć Maryję do siebie, stać się Jej dzieckiem. Chodzi o to, żeby każdy Polak uczynił akt milenijny swoim aktem, żeby powiedział: tak Maryjo, jestem twoim dzieckiem. Ty moją Królową, Panią i
Matką.
Wiemy, że uznanie kogoś za królową i matkę, wiąże się z posłuszeństwem, czyli wykonywaniem woli matki. Czy dla nas Maryja stanowi jakiś autorytet, czy jej słuchamy i jesteśmy posłuszni? Czy udajemy się do Matki przy podejmowaniu jakichś życiowych decyzji?
Dzisiaj w dobie źle pojętej wolności, w dobie wszechogarniającego nas „ róbta co chceta” wielu ludzi nie chce nikogo słuchać, zwłaszcza zaś Boga i Maryi. Myślą, że w ten sposób są niezależni. Mało tego, wielu ludzi nie chce być w ogóle Polakami, bo to się coraz bardziej nie opłaca. Nie chodzi o to, że zmieniają obywatelstwo ale że nie żyją ideami Polskości, nie chcą się wiązać z Polską ani z tym, co polskie.
Coraz trudniej jest być Polakiem, ale takim Polakiem prawdziwym, bez pójścia na kompromis ze złem? Czy mam siłę jeszcze walczyć o siebie, swoją rodzinę, polskość? Czy może łatwo poddaję się temu co mówią media, propaganda?
Posłuchajmy co mówi JP2: Wszyscy mamy powołanie, aby być szlachetnym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, naśladowcą Chrystusa, a także, aby być dobrym Polakiem. Polska stoi Polakami, możemy być tego pewni. Będzie ona taka, jaką ją stworzą Polacy, bez względu na wszystkie okoliczności, które się na tę rzeczywistość, jaką jest Naród polski, nakładają na przestrzeni ostatnich dwóch wieków. Polska jest taka, jaką ją kształtują Polacy, jakimi są Polacy. Dlatego tak bardzo wiele zależy od tego, jakim jest każdy Polak, każda Polka, każdy młody Polak i każda młoda Polka.
Trzeba nam wielkiej siły duchowej; próba, przez którą przechodzi nasz Naród, właściwie na przestrzeni prawie już dwóch wieków, domaga się wielkiego hartu ducha. Nie jest łatwo być Polakiem, ale to, co kosztuje to i warto. Ponieważ nie jest łatwo, tym bardziej warto. Watykan, Sala Klementyńska, 12 lutego 1985
Bądźmy zatem Polakami przez nawrócenie i modlitwę, przebaczenie i trzeźwość, przez to, że będziemy darem z siebie dla innych.
1 MAJA 2011
II Niedziela Wielkanocna, czyli Miłosierdzia Bożego
Dzisiejsze czytania: Dz 2,42-47; Ps 118,1.4.13-14.22.24; 1 P 1,3-9; J 20,29; J 20,19-31

oto idzie papież słowiański, ludowy brat – idzie i będzie szedł, poprzez wieki i tysiąclecia, do końca świata. Bo przecież tak jak Pan Jezus wstępując do nieba mówi: oto Ja Jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata, tak w jakiś sposób i każdy człowiek nie cały umiera – jak Ojciec Święty pisze w Tryptyku – to, co we mnie niezniszczalne trwa!
Człowiek jest jak jakiś najszlachetniejszy metal, który należy poddać wielokrotnej obróbce, przetapiać w tyglu, oczyszczać z brudów, hartować to w niskich, to w wysokich temperaturach. Tak, żeby w końcu uzyskać najwyższą próbkę złota, diamentu czy innego metalu szlachetnego. Chociaż jednak złoto poddawane jest takim próbom ogniowym, to i ono jest zniszczalne.
Dusza ludzka jest o wiele cenniejsza od złota i diamentów, i ona jest niezniszczalna, wieczna. Dlatego człowiek jest mocniej hartowany, szlifowany i jeśli się nie załamie, jeśli nie zrezygnuje z walki o siebie, to stanie się wspaniałym diademem w królewskiej koronie Boga!
Teraz możemy mieć takiego swojego znajomego tam u szczytów wszelkiej władzy. Niech on będzie naszym osobistym powiernikiem, przyjacielem, z którym możemy w każdej chwili porozmawiać, powierzyć mu swoje sprawy, troski.
Ja także przygotowując się do tego kazania, prosiłem: Janie Pawle, pomóż, no bo nie idzie mi. Czas leci a ja nie wiem, co mam sobie napisać. Tylu ludziom pomagasz a mnie nie pomożesz w kazaniu? Co byś powiedział dzisiaj gdybyś był z nami? Przecież ja nie chcę, żeby to było moje kazanie, ale twoje, od Ducha Świętego.
I myśli zaczęły mi tak szybko przychodzić, że nie mogłem nadążyć pisać na komputerze. Starałem się jak najszybciej pisać, żeby nie ich zapomnieć, takie to były fajne myśli.
Patrząc na osobę i życie JP2, wielu słusznie mówi: wielki. Wielki papież, wielki człowiek, ale nie wielkością ciała lecz ducha. Skąd on to ma?!
Otóż człowiek sam z siebie jest niczym, bez żywej relacji, kontaktu z Bogiem Stworzycielem, jest człowiek słaby i grzeszny, jest skazany na zagładę. Bez relacji z Bogiem jest człowiek jak urwany z drzewa liść, który wcześniej czy później uschnie.
Patrząc na człowieka trzeba widzieć Boga, jako źródło wszelkiego dobra. Człowiek jest o tyle dobry o ile żyje w większej przyjaźni z Bogiem, o ile posłuszny jest Bogu.
JP2 wielokrotnie dawał świadectwo, że cała jego ogromna moc, siła ducha, pochodzą od Boga, a zwłaszcza przez wstawiennictwo Maryi. Nieustannie powtarzał: Totus Tubus, cały Twój, bo cały należał do Niej.
Nie zatrzymywał papież chwały na sobie, tzn. nie wpadał w pychę, gdy go ludzie chwalili, bili brawo, bo świadom był, że to Bóg się nim posługuje. Dlatego Był doskonałym narzędziem w rękach Boga.
Dlatego mógł się nim posłużyć w przeprowadzaniu swoich wielkich dzieł. A cóż to były za dzieła? Chociażby biorąc pod uwagę sam moment śmierci papieża, który także Bóg określił. Papież sobie nie wybierał, kiedy chce umrzeć.
2 IV pierwsza sobota miesiąca – Matka Boża w Fatimie prosiła, żeby obchodzić pierwsze soboty miesiąca. Ci, którzy będą to robić, to po śmierci zabierze ich do nieba właśnie w pierwszą sobotę miesiąca. Nie będą musieli dłużej czekać w czyśćcu. Czy można sobie wyobrazić lepszy dzień śmierci, zwłaszcza dla człowieka, który ostatecznie spełnił prośbę Matki Bożej z Fatimy, polecając świat i Rosję Jej Niepokalanemu Sercu? Zwłaszcza temu, który wszystkie swoje zasługi i to kim był i co posiadał, oddawał Maryi, jak niewolnik? !
Jednocześnie jednak o godz. 21:37 było już po pierwszych nieszporach święta Niedzieli Bożego Miłosierdzia. To jest drugie wielkie Orędzie przekazane ludzkości z nieba w XX wieku, Orędzie na nasze czasy! I znowu JP2 był jego największym promotorem. Dzięki niemu właśnie dzisiaj jest Święto Bożego Miłosierdzia.
Podczas konsekracji bazyliki Bożego Miłosierdzia, papież mówił: Kościół od początku swego istnienia, odwołując się do tajemnicy Krzyża i zmartwychwstania, naucza o Bożym miłosierdziu, które jest rękojmią nadziei i źródłem zbawienia człowieka. Wydaje się jednak, że dzisiaj jest szczególnie wezwany, by głosić światu to orędzie.
Sam Pan Jezus powiedział do św. Faustyny, że to Orędzie jest Orędziem na nasze czasy. Zapytalibyśmy, dlaczego jest ono aż tak ważne?
Otóż w ostatnim stuleciu było tak dużo zła na świecie, że wydaje się jakby to zło zwyciężyło. Wydaje się, że szatan zapanował nad tym światem, że już nie opłaca się być dobrym! Niektórzy ludzie w swojej zarozumiałości i niezrozumieniu Boga i Jego miłości, wołają: a gdzie jest Bóg, że pozwala na to wszystko?!
Jak Bóg Wszechmogący, który jest Miłością, odpowiada na to zło? JP2 pisze w książce Pamięć i tożsamość, Tajemnica Paschalna potwierdza, że ostatecznie zwycięskie jest dobro; że życie odnosi zwycięstwo nad śmiercią; że nad nienawiścią tryumfuje miłość. że miarą wyznaczoną złu, jest ostatecznie Boże miłosierdzie.
Dalej JP2 mówił w Łagiewnikach: A wybrał Bóg do tego nasze czasy. Może dlatego, że w. XX, mimo niewątpliwych osiągnięć w wielu dziedzinach, naznaczony był w szczególny sposób «misterium nieprawości». Z tym dziedzictwem dobra, ale też i zła weszliśmy w nowe tysiąclecie. Przed ludzkością jawią się nowe perspektywy rozwoju, a równocześnie nowe zagrożenia. Człowiek nierzadko żyje tak, jak gdyby Boga nie było. Uzurpuje sobie prawo Stwórcy do ingerowania w tajemnicę życia ludzkiego. Usiłuje decydować o jego zaistnieniu, wyznaczać jego kształt przez manipulacje genetyczne i w końcu określać granicę śmierci.
Bez Bożego przebaczenia, człowiek przytłoczony swoimi i cudzymi grzechami, nie będzie w stanie podnieść się z moralnego upadku. Bez Bożego przebaczenia nie dostrzeże w sobie tego dobra, o które miałby walczyć, dlatego nie będzie widział sensu żadnej walki.
W encyklice o Bożym Miłosierdziu JPII pisze: W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowywanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku.
Dlatego w homilii na niedzielę Miłosierdzia w 2001 roku mówił: Orędzie to jest właściwą i przekonującą odpowiedzią, jakiej Bóg zechciał udzielić na pytania i oczekiwania ludzi naszej epoki, naznaczonej przez straszliwe tragedie. Pewnego dnia Jezus powiedział do siostry Faustyny: Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia mojego. I Ojciec święty dodaje: Boże Miłosierdzie! Oto paschalny dar, który Kościół otrzymuje od Chrystusa i ofiarowuje ludzkości u zarania trzeciego tysiąclecia.
Dlaczego Jezusowi aż tak bardzo zależy na tym orędziu, dlaczego ludzkość się bez tego nie ostoi? Pan Jezus mówił do św. F: Dusze giną mimo mojej gorzkiej męki. Daję im ostatnią deskę ratunku, to jest święto Miłosierdzia mojego. Jeżeli nie uwielbią miłosierdzia mojego, zginą na wieki. Sekretarko mojego miłosierdzia, pisz, mów duszom o tym wielkim miłosierdziu moim, bo blisko jest dzień straszliwy, dzień mojej sprawiedliwości.
Podejmijmy wezwanie nie tylko papież ale i samego Jezusa, aby być świadkami Bożego Miłosierdzia. Żeby takim być, trzeba tego miłosierdzia najpierw samemu doświadczyć, czyli spowiadać się i prosić Jezusa o pomoc;
Z drugiej strony umieć ze względu na miłość Boga, wznieść się ponad nasze zranienia, przebaczyć naszym winowajcom. Trzeba do tego modlitwy, bo tylko dzięki modlitwie, człowiek będzie miał siłę przebaczyć.
24 KWIETNIA 2011
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego
Dzisiejsze czytania: Wigilia Paschalna – Rdz 1,1-2,2; Ps 104,1-2a.5-6.10.12-14.24.35c; Rdz 22,1-18; Ps 16,5.8-11; Wj 14,15-15,1; Wj 15,1-2.4-5.17-18; Iz 54,4a.5-14; Ps 30,2.45-6.11-13; Iz 55,1-11; Iz 12,2.3-5; Ba 3,9-15.32-4,4; Ps 19,8-11; Ez 36,16-17a.18-28; Ps 42,2-3, Ps 43,3.4; Rz 6,3-11; Ps 118,1-2.16-17.22-23; Mt 28,1-10;
msza w dzień – Dz 10,34a.37-43; Ps 118,1-2.16-17.22-23; Kol 3,1-4 lub 1 Kor 5,6b-8;
sekwencja: 1 Kor 5,7b-8a; J 20,1-9 lub Łk 24,13-35

Po śmierci Jezusa, Apostołowie i uczniowie Jego zostali jakby zabici razem z Jezusem. Ich ciała były wprawdzie żywe, ale co to było za życie, raczej wegetacja pozbawiona sensu. Przecież z Jezusem wiązali oni całą swoją przyszłość.
Wiedzieli, jak wielki to człowiek. Nawet Piotr wyznał, że jest on Mesjaszem i Synem Boga. Układali swoje plany życiowe, że gdy świat przekona się, kim jest Jezus, to z pewnością zyska On wielką władzę. Wtedy oni będą Jego ministrami i także będą mieli wielkie znaczenie. Dwaj synowie Zebedeusza prosili Go, żeby mogli zasiąść po Jego prawej i lewej ręce.
Nawet przez myśl im nie przeszło, że Jezus mógłby ponieść śmierć. Gdzieżby, On – który tyle ludzi uzdrowił, życie im przywrócił – On miałby umrzeć?! 3 razy Jezus zapowiadał Apostołom swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie, ale nawet tego nie słuchali, bo było za trudne do zrozumienia, a bali się Go pytać. Znajdowali sobie w tym czasie inny temat do dyskusji, mianowicie: kto z nich jest największy.
Raz gdy im Jezus to zapowiadał, a było to pod Cezareą Filipową, gdy Piotr zapulsował, bo wyznał wiarę w Jego Bóstwo i w związku Piotr mówi: Panie, nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Jezus zgromił go za to i porównał do szatana, lecz i tak nie rozumieli tego.
Gdy w czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus zapowiedział im, że pouciekają i zostawią Go samego, to także nie przyjmują tych słów. No bo dlaczego mieliby Go opuścić, przecież miał On w sobie tak niesamowitą moc. Skoro poskromił morze, uciszył burze, to da sobie radę z armią żołnierzy. Kto by się zresztą targnął na Jezusa? Nie, to było dla nich nie do przyjęcia. Nie chcieliby też Go opuszczać, bo to właśnie On dawał im poczucie siły i bezpieczeństwa.
Wreszcie, gdy Jezus jednak został pojmany, grunt zaczął im się walić pod nogami. Gdy zaś został skazany i zabity, to całkiem stracili sens życia. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Piotr mówi: idę łowić ryby. Idziemy i my z tobą. Znaleźli sobie jakiekolwiek zajęcie, żeby tylko zabić czas. Pewnie, że było to lepsze, niż siedzenie i nie robienie niczego.
A przecież nie zabicie czasu powinno być motywacją do podejmowania wszelkich naszych działań, tylko dążenie żeby coś osiągnąć, dążenie do jakiegoś celu. Jeśli człowiek nie ma celu, albo ten cel jest niejasny, słabo określony czy mało ważny, to przestaje mu na tym celu zależeć i wtedy chce tylko zabić czas. Dla zabicia czasu człowiek robi zwykle to, co lubi. Piotr lubił łowić ryby i w tym był najlepszy, więc poszedł je łowić. Ktoś inny lubi oglądać TV, grać na komputerze albo po prostu spać, więc to robi. Inny znowu lubi pić alkohol, to pije. Oczywiście, że są bardziej i mniej szlachetne hobby, są hobby budujące i niszczące człowieka. Łowienie ryb, czytanie książek czy uprawianie sportu jest budujące. Zawsze należy wybierać te dobre, wybierać hobby rozwijające człowieka.
Podejmując jednak jakieś działanie, trzeba widzieć cel. Żeby mieć cel, trzeba spotkać kogoś, kto nas do tego celu zapali, jak Apostołowie spotkali Chrystusa.
Patrząc na świat, na to jak wielu ludzi się zatraca, jak wielu się zabija przez alkohol czy po prostu tracenie czasu na rzeczy całkiem niepotrzebne, niszczące człowieka, wydaje się, jakby stracili oni z oczu cel, jakby już nie mieli po co żyć. Żyją tylko z dnia na dzień, podejmując doraźne czynności, mające zaspokoić głód i inne potrzeby dla ciała, ale nie widzą głębszego sensu tego wszystkiego. Nie mają w sobie radości życia.
Jedni się przy tym upijają, inni namiętnie siedzą przed TV jeszcze inni jakoś inaczej zabijają czas. Ludzie ci są w takiej samej jak Apostołowie po śmierci Chrystusa a przed Jego zmartwychwstaniem. Nie widzą sensu swojego życia.
Gdy Chrystus zmartwychwstał ukazał się najpierw kobietom, kobiety powiedziały Apostołom, ci jednak nie chcieli im wierzyć. Gdy potem ujrzeli pusty grób, wreszcie na własne oczy zobaczyli Zmartwychwstałego, i tak jeszcze nie wszyscy byli pewni, że to jest On. Później Tomasz, któremu opowiadają pozostali, że naprawdę widzieli Pana, mówi: jeśli nie włożę paca w Jego rany i ręki w Jego bok, nie uwierzę. W końcu i on ujrzał i uwierzył. Ale jak mówi Jezus: błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli.
Już ludzie tacy są, jedni bardziej inni mniej skłonni do wierzenia innym na słowo. Nie jest to najważniejsze. Ważna jest natomiast determinacja, wytrwałość w poszukiwaniu prawdy. Ważne jest pragnienie spotkania się z Chrystusem zmartwychwstałym.
W naszych czasach również żyją ludzie, których życie jest świadectwem Chrystusa, np. JP2 czy inni święci. Chyba żaden człowiek nie ma wątpliwości nawet ateista, że JP2 był człowiekiem prawdomównym. Zatem również, gdy mówił o zmartwychwstaniu, to mówił prawdę.
Ktoś powie: ale skąd papież mógł to wiedzieć? Otóż bardzo mocno doświadczył działania Boga w swoim życiu. Spotkał się z Chrystusem osobiście. Ktoś powie: Gdzie Go spotkał?!
- w swoim sercu.
Zmartwychwstały Pan naprawdę pragnie wchodzić i mieszkać w naszych sercach. Jednak nie wejdzie na siłę, jeśli Go człowiek sam nie zaprosi.
Jak zaprosić Chrystusa do swojego życia i serca? Niby łatwo: przyjąć Komunię Świętą. Wiemy, że wcale nie jest tak łatwo, bo najpierw trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli trzeba żyć zgodnie ze wskazówkami Jezusa, trzeba uczynić Go jedynym Panem swojego życia.
Gdyby ktoś nie uczynił Jezusa swoim jedynym Panem a mimo to przyjął Go w Komunii, to tak jakby przyjmując Go, od razu wiązał Mu ręce. Jezus nie może działać w człowieku, jeśli w jego sercu panuje szatan, który zniewala człowieka przez różne grzechy: pieniędzy, żądzy władzy, alkohol, nienawiść czy brak przebaczenia.
Jezus zmartwychwstały ze swoją uzdrawiającą mocą pragnie wejść do serca każdego człowieka. On stoi u drzwi i kołacze. Jednak nie wszyscy Go przyjmują, nie wszyscy wierzą, że On naprawdę zmartwychwstał i chce wejść. Niektórzy zaś przyjmują ale od razu krępują Mu ręce, bo nie chcą zerwać z jakimś grzechem, bo nie czynią Go swoim Panem i Królem.
Poczucie bezsensu życia jest straszną, nawet śmiertelną chorobą, na którą choruje coraz więcej ludzi. Chorobą tą można się zarazić od kogoś, kogo kochamy, od kogo jesteśmy jakoś zależni. Gdyby np. dziecko słyszało od rodzica: jesteś do niczego, nie lubię cię, nie potrzebuję, nikomu się nie podobasz, jesteś moją pomyłką to takie ziarna zasiewane w jego duszy, gdy wydadzą owoc po latach, zabiją je.
Dziecko niekoniecznie musi słyszeć takie słowa, to samo jest jeśli doświadcza za mało miłości i akceptacji. Człowiek dorosły również jest narażony na takie rany, choć jest bardziej odporny. Te wszystkie nasze zranienia może uleczyć tylko spotkanie z Chrystusem zmartwychwstałym i oddanie Mu całego naszego życia.
Trzeba powiedzieć, że wiele ludzi widzi cel swojego życia, ale nie jest on do końca właściwy. Jest to bowiem rodzina, praca, nauka – tymczasem cele te mogą być jedynie celami cząstkowymi. Wiele ludzi załamuje się gdy nie udaje się ich zrealizować, albo gdy mija ich czas. Jedynym prawdziwym celem życia człowieka może być tylko Bóg. O tym właśnie należy nieustannie pamiętać. To Bóg stawia przed nami te cele częściowe, jak rodzina, praca.
Trzeba sobie odpowiadać na pytanie o cel mego zycia i starać się korygować go. Trzeba sobie odpowiadać na pytanie: O czym świadczę swoim życiem: Czy moje życie jest świadectwem Chrystusa zmartwychwstałego, żyjącego i obecnego wśród nas, czy może raczej temu zaprzeczam i jestem kłamcą?
Poczucie bezsensu życia to straszna choroba, z której może wyleczyć nas tylko spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem i oddanie Mu całego naszego życia.
Gdy będzie wam trudno, gdy będziecie w życiu przeżywać jakieś niepowodzenie czy zawód, niech myśl wasza biegnie ku Chrystusowi, który was miłuje, który jest wiernym towarzyszem i który pomaga przetrwać każdą trudność.
Jeśli ktoś lub coś każe ci sądzić,
że jesteś już u kresu, nie wierz w to!
Jeśli znasz odwieczną Miłość, która Cię stworzyła,
to wiesz także, że w Twoim wnętrzu mieszka dusza nieśmiertelna.
Różne są w życiu" pory roku": jeśli czujesz akurat, że zbliża się zima,
chciałbym abyś wiedział, że nie jest to pora ostatnia,
bo ostatnia porą Twego życia będzie wiosna: wiosna zmartychwstania.
Całość twojego życia sięga nieskończenie dalej niż jego granice ziemskie: Czeka cię niebo.
Może też być sytuacja, że ktoś wie o istnieniu celu, ale że on go nigdy nie osiągnie.
Ale przecież Chrystus zmartwychwstał naprawdę. A może ktoś zabił Go w naszym sercu, może ktoś zadał nam taką ranę, oszukał nas, że dla nas dla naszej rodziny, Chrystus nie żyje albo my nie żyjemy dla Niego. Amen, alleluja.
22 KWIETNIA 2011
Wielki Piątek
Dzisiejsze czytania: Iz 52,13-53,12; Ps 31,2.6.12-13.15-17.25; Hbr 4,14-16;
5,7-9; Flp 2,8-9; J 18,1-19,42

Dzisiaj Kościół nie sprawuje Mszy Św, no bo kto miałby ją sprawować? Przecież wspominamy dzisiaj śmierć Chrystusa. Skoro zaś Głowa umiera, to ciało podąża za nią. Tym Ciałem jest właśnie Kościół.
Ktoś by powiedział, że przecież żyją inni księża, mogliby sprawować. – Nie. Chrystus jest jedynym kapłanem, jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. Natomiast ja, ks. proboszcz i wszyscy inni mają tylko udział w kapłaństwie Chrystusa. Gdy Chrystus jest w otchłani, nie ma kto dokonać tego, czego dokonał On w czasie ostatniej Wieczerzy.
Dzisiaj Głowa Kościoła umiera na Krzyżu i dlatego jeśli ktoś identyfikuje się z Kościołem, musi także przez ten Krzyż przejść, za Chrystusem – swoją Głową! Trzeba nam zatem ten Krzyż uczynić swoim, trzeba przyjąć go we własne życie!
Dzięki Chrystusowi Krzyż stał się dla nas maszyną treningową służącą rozwojowi pięknego człowieczeństwa. Wiemy, że są różne maszyny treningowe do różnych partii ciała. Jedne służą trenowaniu mięśni nóg, inne brzucha, jeszcze inne grzbietu. Wiemy też, że kto trenuje na siłowni na tych maszynach, to może wspaniale wyćwiczyć swoje ciało, może wystartować w zawodach i zdobyć medal. Taki człowiek może ponieść większe ciężary, niż ci, którzy nie trenują.
Wiemy zaś, że życie człowieka nie jest łatwe, musi on ponosić przeróżne ciężary, które często wydają się być ponad siły! Ile to razy wydaje się, że spadają na nas ciężary wydające się być ponad nasze siły, załamujące, miażdżące nas! Nie ma na świecie człowieka, którego by takie nieszczęścia ominęły. Dlatego trzeba nam trenować nie tylko nasze ciała, ale całe nasze człowieczeństwo! Służy do tego właśnie Krzyż Chrystusowy.
Kto by na tym Krzyżu nie trenował swojego człowieczeństwa, tego wcześniej czy później zmiażdżą życiowe nieszczęścia. Kto zaś Kto zaś podejmuje ten Krzyż z miłości do Chrystusa, razem z Chrystusem jak zawodnik pod okiem doświadczonego trenera, ten rozwinie swoje piękne człowieczeństwo, tego nie załamią żadne nieszczęścia.
Nie można też podejmować krzyża, żadnego cierpienia, bez Chrystusa. On jest tym trenerem, który lepiej wie, jak nam podać ciężar, żeby ten ciężar nas nie zmiażdżył. Jak każdy trener swoim zawodnikom, tak też Chrystus mówi nam jak mamy żyć, odżywiać się, czyli trzeba pościć, żeby dać sobie radę z ciężarem. Sportowiec słucha trenera i wszystkiego sobie odmawia.
Gdy z Chrystusem dźwigamy Krzyż, to tak naprawdę Chrystus sam go dźwiga, a my tylko trochę Mu pomagamy, na ile nas stać. Tak samo, jak ojciec z synkiem niosą jakąś ciężką belkę. Ojciec niesie belkę, trzyma ją na środku i dźwiga cały jej ciężar. Synek widząc to, chce pomóc, więc łapie się jej i też mu się wydaje, że dźwiga. Ojciec w tym miejscu lekko popuścił i dlatego synkowi jest naprawdę ciężko i poci się i stęka; wkłada całego siebie. W końcu jak już doszli, zrzucają ciężar, a synek szczęśliwy, że mógł pomóc tacie, z satysfakcją ociera ręce, pytając: Ale ci dużo pomogłem tato, prawda? O, tak synku, bez ciebie nie dałbym rady! Jestem z ciebie naprawdę dumny, że taki z ciebie silny mężczyzna!
Tak samo i Bóg chce, żebyśmy mieli poczucie, że się napracowaliśmy, że zasłużyłyśmy na wieczną nagrodę. W rzeczywistości jednak to On dźwiga nasze ciężary.
Bez Chrystusa jako trenera, nawet mały ciężar może nam zaszkodzić. Z Chrystusem, jeśli Mu zaufamy, podołamy wszystkiemu.
Na czym zatem polega ta łączność z Chrystusem jako trenerem naszego życia? Polega ona na byciu z Chrystusem w relacji miłości, czyli rozmawianiu z Nim w modlitwie, przystępowaniu do Sakramentów Świętych. Polega też na tym, żeby wszystko, co robimy starać się robić z miłości do Chrystusa, czyli ofiarowywać Mu wszelkie nasze cierpienia, smutki i radości, wszelkie starania, zawierzać Mu całe nasze życie.
Żyjąc zatem w jedności z Chrystusem przez sakramenty Święte, należy odważnie i z zaufaniem w pomoc Chrystusa podejmować Krzyż. Nie wolno go omijać, zostawiać na później, zrzucać na innych. Nie wolno się zwalniać od dźwigania krzyża.
Przykładowo: jakiś człowiek jest na złej drodze, nie postępuje dobrze, ale on tego nie widzi albo nie ma motywacji, żeby z tym skończyć. W imię miłości Boga i bliźniego powinienem zwrócić mu uwagę, porozmawiać z nim, powiedzieć mu trudną prawdę. Jednak rezygnuję z tego, ponieważ wiem, że spotka mnie za to cierpienie, bo ta osoba może źle o mnie pomyśli, że źle będzie mówiła i powie nieprzyjemne słowa.
Inna sytuacja. Wiem, że Bóg powołuje mnie i mojego małżonka do bycia rodzicami. Jednak boję się wziąć odpowiedzialność za życie kolejnego dziecka, ponieważ wiem, że wymagałoby to ode mnie i mojej rodziny rezygnacji z niektórych wygód. W ten sposób nie wykształcam w sobie i swojej rodzinie postawy bardziej ofiarnej, czyli nie wykształcam większej miłości, nie podejmuję krzyża.
Jest wiele takich sytuacji, że mógłbym w imię większej miłości do Boga i ludzi zrezygnować z czegoś, co nawet nie jest grzechem, ale wyrzeczenie się tego
|